Trudno świętować podział



Z Jego Eminencją ks. kard. Gerhardem Ludwikiem Müllerem, byłym prefektem Kongregacji Nauki Wiary, rozmawia Beata Falkowska.

Eminencjo, stwierdził Ksiądz Kardynał niedawno, że wielu wiernych Kościoła katolickiego ma zbyt entuzjastyczny stosunek do reformacji Marcina Lutra, co wynika z braku znajomości tego, co głosił. Jakie zatem były prawdziwe intencje Lutra, gdy upublicznił swoje 95 tez?

– Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do późnego średniowiecza. Wtedy dużo mówiło się o odnowie Kościoła, którego Chrystus jest Głową, a my – członkami. Chodziło więc o odnowę, reformę w kontekście duchowym, związaną z Ewangelią, tak jak to zrobił św. Franciszek. Słowo „reformacja” zostało wykreowane dopiero 200 lat po samym akcie Marcina Lutra z 1517 roku. W ówczesnych Niemczech, które były wtedy wielkim państwem, cesarstwem obejmującym wiele krajów, Kościół był bardzo zlaicyzowany, największy wpływ mieli na życie kościelne świeccy książęta, czyli ludzie władzy świeckiej, niemający wiele wspólnego z życiem Kościoła. To był istotny element mający wpływ na Lutra.

Kościół się tymczasem sam reformował. Taka reforma struktur, posługi biskupów i kapłanów miała miejsce na przykład w Hiszpanii. To działo się niezależnie od wystąpienia Lutra i jego skutków, a później zaowocowało dziełem soboru trydenckiego. Luter poszedł jednak w innym kierunku.

Święci odrzucali nadużycia i grzechy ludzi Kościoła, Luter odrzucił sam Kościół?

– Święci, ludzie dobrej woli, próbowali zwracać uwagę na błędy. W tamtych czasach wielu duchownych zostawało biskupami nie po to, żeby głosić Królestwo Boże, ale korzystać z przysługujących profitów i przywilejów. Jeśli ktoś zostaje kapłanem, powinien być zorientowany na Chrystusa i głoszenie Ewangelii, a nie na dochody. Kościół zawsze staje przed niebezpieczeństwem przewagi wymiaru materialnego nad duchowym. Papież Franciszek także bardzo często przestrzega przed górowaniem ludzkich ambicji, robieniem kariery w Kościele. Stąd ciągła potrzeba reformy, walki wewnętrznej, konfrontacji między dobrem i złem. Reformacja, którą zapoczątkował Luter, nie stanowiła jednak żadnego duchowego odnowienia. Kiedy już ukonstytuowały się odrębne wspólnoty protestanckie, okazało się, że dotychczasowe problemy Kościoła katolickiego stały się ich problemami. Ta sama konfrontacja stała się ich udziałem. Nie można było już powiedzieć, że to problemy tylko Kościoła katolickiego. Trzeba więc w Kościele mieć zawsze świadomość aktualności wezwania do oczyszczenia, nawrócenia, powrotu do Ewangelii, do Chrystusa, czyli tego, co jest najistotniejsze, czego chce od nas Pan.

Dochodzimy tu do sedna różnicy strukturalnej między wiarą katolicką a tezami postawionymi przez Lutra. Rozłam i powstanie nowej wspólnoty to skutek przede wszystkim myślenia teologicznego Lutra. To była jego odpowiedź na ocenę Papieża, przy czym nie chodziło mu o samą konkretną osobę, ale o cały Kościół katolicki. Mówił, że Papież wykorzystuje swoją misję duchową do zarabiania pieniędzy poprzez stypendia mszalne czy ofiary związane z odpustami. Lutrowi nie chodziło jednak o zreformowanie Kościoła, ale jego ukonstytuowanie na nowo. Stąd uznał istnienie dwóch sakramentów: chrztu i Wieczerzy Pańskiej (Eucharystii), które jednak zdefiniował po swojemu. W protestanckim znaczeniu Wieczerza Pańska jest obrzędem oczyszczenia z naszych osobistych grzechów. Luter twierdził, że Kościół sam wymyślił pozostałe pięć sakramentów, ponadto zakwestionował wszystko, co wiązało się z autorytetem kościelnym, a więc odrzucił papiestwo, naukę soborów itd.

Mamy pewność, że reformacja Marcina Lutra nie była dziełem Ducha Świętego?

– Nie można tego wydarzenia traktować w kategoriach działania Ducha Świętego. Tam, gdzie przychodzi Duch Święty, wzrastają wiara, nadzieja i miłość. Reformacja jako historyczne wydarzenie zaczęła się 500 lat temu i trwa do dziś. Nie należy jej łączyć z Duchem Świętym. Tak jak z Duchem Świętym nie należy łączyć wojen religijnych, które zaczęły się bezpośrednio po wystąpieniu Lutra i trwały wiele lat, także po pokoju w Augsburgu w 1555 r., jak na przykład wojna trzydziestoletnia. Pod natchnieniem Ducha Świętego nie mogło dojść do zanegowania pięciu z siedmiu sakramentów. Nie można powiedzieć, że Duch Święty nie chce jedności Kościoła, a przez reformację nastąpił wielki rozłam. Zadaniem dla nas jest, by analiza reformacji, jej początków sprzed 500 lat dopingowała nas do tego, żeby coś podobnego się nie powtórzyło, by nie nastąpił ponowny rozłam Kościoła. Wiedząc, co się zdarzyło w wymiarze historycznym, religijnym i społecznym, musimy wszelkimi siłami zabiegać, by ponownie nie było takiego wydarzenia. Jesteśmy zobligowani do życia tak, aby nikomu nie dać argumentu do zgorszenia naszą postawą. Szczególnie ważne to jest w Kościele hierarchicznym, żeby zło nie wchodziło do Kościoła.

Trzeba jednak w tym kontekście położyć nacisk na rozróżnienie między substancją wiary a formą. Nie mogę powiedzieć, że nie idę do kościoła, bo mój proboszcz nie wierzy, czy jest dla mnie zgorszeniem. Msza św. to nie tylko piękna celebracja, wspomnienie Ostatniej Wieczerzy, w której nie ma głębszej treści, ale realna obecność Chrystusa. Nie mogę powiedzieć, że nie idę do kościoła, bo Msza jest na przykład po łacinie, a nie po polsku, czy na odwrót. To wszystko kwestia formy.

Luter głosił zasadę „sola fide”, wskazując, że zbawienie można osiągnąć tylko przez wiarę, a nie przez uczynki. Jakie konsekwencje dla rozumienia moralności miała ta rewolucyjna teza?

– Oczywiście w wymiarze moralnym ma to ogromne konsekwencje. Dla Lutra najważniejsze jest to, że wierzymy w Chrystusa, natomiast nasze czyny nie odgrywają żadnej roli. Jeżeli mamy wiarę, to nasza wiara nas usprawiedliwia. Oddziałuje to na całą moralność. Nasze czyny powinny być oczywiście konsekwencją wiary, ale człowiek ma grzeszną naturę, więc sprzeciwia się swojej wierze. Protestanci zatem uznają celebrację Ostatniej Wieczerzy, podczas której grzechy są po prostu odpuszczane. To zupełnie nie zgadza się z koncepcją katolicką.

Możemy powiedzieć, że idee Lutra stanowią podłoże dzisiejszego relatywizmu?

– Luter nie był zwolennikiem relatywizmu takiego, jaki występuje dzisiaj. Wskazywał na konieczność moralnych punktów odniesienia dla naszego postępowania, ale cała konsekwencja usprawiedliwienia z wiary wydaje się do tego prowadzić. Już w społeczeństwie tamtych czasów pojawił się początek takiego sposobu myślenia, który współcześnie nazywamy relatywizmem. Zaczęto sobie wszystko ułatwiać, iść na skróty. Na przykład pojawiła się tendencja do odrzucenia dzieł miłosierdzia, bo po co pomagać biednym, skoro nie odgrywa to żadnej roli teologicznej, gdyż Luter odrzucił możliwość zasługi przez uczynki. A więc w konsekwencji zaczęto bardziej cenić gromadzenie pieniędzy i układanie sobie dostatniego życia niż dzielenie się dobrami z potrzebującymi. Przecież dążenie do Boga odbywa się jedynie za pośrednictwem wiary. Przestano traktować poważnie Dziesięć Przykazań, zaczęto je odsuwać. Od Lutra pochodzą znane zasady protestanckie „solus Christus”, „sola fide”, „sola gratia”, „sola Scriptura” (tylko Chrystus, tylko wiara, tylko przez łaskę, tylko Pismo Święte), od których zaczęło się zjawisko dziś określane jako relatywizm.

Błędne tezy Lutra szybko rozprzestrzeniły się w Europie. Abstrahując od poparcia politycznego, jakie pozyskały, dla wielu osób były i do dziś pozostają atrakcyjne. Dlaczego tak się dzieje?

– Ponieważ w przeciwieństwie do prostych zasad „sola, sola” (jedynie, jedynie) nasza wiara jest bardziej skomplikowana. Ale jest też bardziej zgodna, nawet w wymiarze antropologicznym, gdyż także nasze życie jest o wiele bardziej złożone, nie daje się opisać kilkoma prostymi formułami. Kościół katolicki musiał się przeciwstawić fałszywemu myśleniu Lutra. Dlatego mówi: wiara – tak, ale też uczynki. To wynika z Ewangelii: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Człowiek wierzący ma relację z Chrystusem, ale nie można pominąć relacji ze światem, począwszy od pochylenia się nad drugim człowiekiem. Zgodnie z koncepcją katolicką nie można tego oddzielić. Są to dwie strony tej samej rzeczywistości, która jest nam dana i zadana.

Posłużę się przykładem z życia małżeńskiego – mężczyzna ma żonę, a żona ma męża, zaś małżeństwo jest jednością. Tak samo jest z wiarą i uczynkami. Takich nierozdzielnych związków mających analogię w małżeństwie odrzuconych przez Lutra jest więcej. Przede wszystkim związek Chrystusa i Kościoła jako Głowy i Ciała, następnie Pisma Świętego i Tradycji apostolskiej. Tradycja jest dopełnieniem Objawienia zawartego w Piśmie Świętym. Oczywiście obok wiary mamy też rozum, gdyż wiarą przyjmujemy Chrystusa jako Logos, czyli Słowo, a więc człowiek jest także powołany do tego, by wiarę wyrazić. Wiarę człowiek musi w sobie poukładać, a do tego potrzebuje rozumu. Wspomnijmy też jeszcze o jednej ważnej jedności: duszy i ciała, których nie należy rozpatrywać dualistycznie, jako byty sobie przeciwstawne, ale dostrzegając w nich jedność osoby ludzkiej.

Jakie elementy leżące u korzeni reformacji uważa Eminencja za najbardziej niebezpieczne z perspektywy współczesnych skutków?

– Najważniejsze jest to, że protestanci zaczęli myśleć o swojej osobistej relacji z Bogiem jako czymś wyłącznym. Protestant sam odnosi się do Boga poprzez swoją wiarę i nie musi się z nikim liczyć, tak jak katolik z Papieżem w Rzymie, przykazaniami, tradycją, soborami itd. Dla protestanta to nie jest istotne, w swoim fideistycznym indywidualizmie nie musi dostrzegać innego człowieka. To, być może, ma największe konsekwencje. Nie przeczymy temu, że każdy człowiek ma osobistą relację z Bogiem, ale nie możemy zapominać jak protestanci, że zostaliśmy stworzeni w pewnym kontekście, do którego należy także ciało, cała materialna struktura rzeczywistości. Badania naukowe pokazują, że nasze nawet najbardziej wzniosłe myśli powstają w mózgu, którego komórki są materialną tkanką ludzkiego ciała.

Żeby strona duchowa człowieka miała swój punkt odniesienia, potrzebna jest też część fizyczna, materialna. Do Boga Ojca dochodzimy przez Chrystusa, ale to dojście jest całą historią zbawienia, która dokonała się tutaj, na ziemi. U jej początku jest Wcielenie, czyli przyjście Chrystusa w ludzkim ciele. Nie można tego odrzucić. Nie można ograniczyć się do wymiaru wertykalnego (pionowego), ale trzeba uwzględnić też wymiar horyzontalny (poziomy), czyli to wszystko, co łączy nas ze światem i innymi ludźmi. Chrystus jest Głową, a my wszyscy tworzymy Jego Ciało. My z całym ciężarem naszej fizyczności.

W reformacji Lutra możemy dopatrywać się współczesnego kryzysu więzi wspólnotowych i afirmacji fałszywie rozumianego indywidualizmu?

– To nie jest skutek zamierzony przez Lutra, ale rzeczywiście zwolennicy indywidualizmu powołują się na Lutra i innych teologów reformacji. Nie można mieć relacji do Boga zupełnie wyizolowanej, zawsze istnieje ona w jakimś kontekście. Ma ważny wymiar społeczny. Wiele członków tworzy jedno Ciało Chrystusa. Koncepcje dominujące w protestantyzmie zasadniczo odnoszą się do jednostki, a Kościół katolicki uczy czegoś innego: tworzymy jedność, wspólnotę, gdzie każdy jest ważny i każdy zależy od drugiego. Jedność między członkami Kościoła jest bardzo ważna w wierze katolickiej.

Konsekwencją tego indywidualistycznego paradygmatu jest współczesny zamęt wokół rozumienia roli ludzkiego sumienia w rozróżnianiu dobra od zła, czego przykładem są kontrowersje wokół zapisów adhortacji „Amoris laetitia”.

– Sumienie człowieka musi się odnosić do przykazań Bożych i Bożego prawa. Nie ma innej drogi. Tak jak oko nie może zobaczyć samo siebie inaczej niż w lustrze, tak my powinniśmy widzieć nasze czyny w lustrze Bożym.

Jak rozumieć zatem ideę „wzajemnego ubogacenia”, która czasem pojawia się w kontekście dialogu ekumenicznego katolików i protestantów? To fałszywa koncepcja?

– Tutaj trzeba wyraźnie rozróżnić, że nie można mówić o żadnym ubogaceniu w zakresie doktryny. Te różnice nie mogą nas ubogacić właśnie dlatego, że to są różnice. Są to kości niezgody między wyznaniami chrześcijańskimi. Na przykład, prymat Piotra nie został zmyślony przez Kościół katolicki, ale jest czymś, co Chrystus ustanowił. Dzięki św. Piotrowi kontynuowana jest sukcesja apostolska obecna w biskupach i kapłanach. Papież jako Następca św. Piotra jest widocznym znakiem jedności Kościoła. Nie można tego zanegować. Z perspektywy katolickiej protestanci mogą nas ubogacić w taki sposób, że krytykują z zewnątrz pewne postawy w Kościele katolickim i ta krytyka może być uzasadniona, bo może wystąpić w Kościele dążenie do kariery, uparte trwanie przy własnym zdaniu. Nie można natomiast krytykować niezmiennych podstaw wiary katolickiej.

Co jest zatem celem dialogu ekumenicznego z protestantami?

– Celem nadrzędnym jest to, co zostawił nam Chrystus, który jako Dobry Pasterz opiekuje się swoją trzodą. Ta trzoda to my, najpierw Papież, który jest Następcą św. Piotra, potem biskupi i wszyscy inni członkowie Kościoła. Zabieganie o jedność jest tym, czego chciał Chrystus. „Aby byli jedno” (J 17,11.21). To jest też nadrzędny cel dialogu ekumenicznego. Protestanci nie muszą odrzucać swoich zasad „sola, sola”, tylko je rozszerzać i pogłębiać. Możemy się ubogacać nawzajem. Dziedzictwo liturgiczno-kulturalne wspólnot protestanckich jest godne zachowania. Weźmy muzykę kościelną, dzieła Jana Sebastiana Bacha, wszyscy możemy uczestniczyć w tym pięknie, które w szerokim sensie także należy do Kościoła. Pozwala to patrzeć w przyszłość, przede wszystkim widząc to, co nas łączy. Z przeszłości trzeba się uczyć. Kościół musi dbać o zachowanie poprawnego nauczania teologii, bo jedną z przyczyn reformacji było to, że powstało wiele nieporozumień, nieścisłości, niewiedzy odnośnie do prawd wiary. Podziały konfesyjne po reformacji były jeszcze większe. My, katolicy, musimy zadbać, by nasza wiara była spójna i poprawna, zgodna z nauczaniem Kościoła. Nie musimy się sobie starać przypodobać czy wysługiwać. Każdy z nas ma za co uderzyć się w piersi, także w kontekście dialogu. Jedynie Panu Bogu należy oddać cześć.

Pochodzi Eminencja z Niemiec, kraju, w którym od wieków koegzystują katolicy i protestanci.

– Z perspektywy Niemiec wynika potrzeba jedności między chrześcijanami, gdyż jest to społeczeństwo wielokulturowe i wieloreligijne. Według statystyk jest mniej więcej jedna trzecia katolików, jedna trzecia protestantów, a pozostała jedna trzecia to inne wyznania i ateiści. Mamy kilka milionów muzułmanów. Są tu zatem jeszcze większe różnice, które wskazują na konieczność współpracy.

A jakie są dopuszczalne dla katolików granice tej współpracy?

– Możliwe jest to, co odpowiada prawdzie wiary katolickiej. Jest to kryterium szerokie, ale jednoznaczne. Próbujemy zbliżać się, by się zrozumieć i pokonać różnice, które powstały na przestrzeni wieków. W Niemczech funkcjonuje szeroko rozumiany ekumenizm na różnych polach społecznych – w kulturze, edukacji, sprawach socjalnych. Już w czasach Trzeciej Rzeszy, za Hitlera, były takie próby. Obie wspólnoty widziały, co się dzieje, i doszły do wniosku, że odpowiedzią na doktrynę zła jest ofiara aż po męczeństwo za wiarę, za prawdy inne niż narzucone przez dyktaturę.

Wielu katolików obawia się dziś przenikania zasad luteranizmu do Kościoła katolickiego i protestantyzacji naszej wiary.

– W doktrynie ściśle teologicznej Kościół katolicki nie może przejąć niczego z luteranizmu. Dzisiejszy protestantyzm również bardzo różni się od tego, który zapoczątkował Luter. Po 500 latach zaszły zmiany, które niestety idą w kierunku laicyzacji. Ona jest także obecna w Kościele katolickim, choć nie w tak dalekim stopniu. Laicyzacja wdziera się do Kościoła wraz z innymi niebezpiecznymi współczesnymi trendami. Protestanci przejęli na przykład ideologię gender, akceptują tzw. małżeństwa homoseksualne, a ich pastorzy nie negują często takich zachowań. Związki homoseksualne nie są przez protestantów piętnowane, ale uznawane za normę. Kościół katolicki oczywiście nigdy na to się nie zgodzi, ale jest niebezpieczeństwo, że świadomie lub nie przejmujemy to. Dlatego trzeba ciągle zabiegać o czystość naszej wiary.

Pewien zamęt wniosło niedawno świętowanie także przez katolików 500-lecia reformacji.

– Za jakiś czas będziemy mieli tysięczną rocznicę Wielkiej Schizmy Wschodniej z 1054 roku. Można zapytać, czy powinniśmy to świętować, czy prawosławie też powinno to świętować? Zgodnie z Ewangelią trudno świętować podział. Tak jak w małżeństwie – należy np. świętować 50. rocznicę ślubu, ale nikt nie będzie świętował 50. rocznicy rozwodu. To tak zwane świętowanie w wymiarze indywidualnym dotyczyło wielu kwestii niezwiązanych z istotą wydarzenia, wiele osób wskazywało np., że bez reformacji nie byłoby demokracji. Ale dla mnie jako kardynała Kościoła rzymskokatolickiego najważniejsze jest pytanie o to, jaki ma być Kościół Jezusa Chrystusa.

Dziękuję za rozmowę.
Nasz Dziennik

Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :