Jak w niebie

To były 4 dni rekolekcji, 6-9 lutego 2006 roku. Czułam się jak w Niebie. Tak blisko Jezusa, Maryi, drugiego Człowieka i poniekąd siebie. Przyjechałam napełniona niezdrowymi emocjami, niespokojna. Szybko okazało się, że jestem zazdrosna o dziewczyny-współuczestniczki rekolekcji (a powinnam iść swoją drogą do świętości, nie oglądać się na drugich ani się nie cofać, co zrozumiałam podczas rekolekcji). Bałam się, że są bardziej święte niż ja, chciałam być pierwsza-pyszna. Ani w ogóle nie znałam, była dla mnie obcym człowiekiem, a Sławka darzyłam niechęcią. Po pierwszym dniu wspólnego bytowania, po szczerej spowiedzi świętej w moim sercu zagościł pokój. Ania wydała mi się siostrą, a Sławek bratem, siadywałam koło Niego z lubością. Myślałam: Taka przemiana serca! Jakieś cuda! Kto mi zabrał te uczucia, gdzie one są, jak to tak, że ja już nic złego przeciwko Nim nie czuję? Jak? Kiedy? Po ludzku nie mogłam pojąć tej zmiany. Po ludzku była niemożliwa. Wspólne przygotowywanie posiłków, wspólne biesiadowanie, sprzątanie i takie zwyczajne krzątanie sprawiły, że czułam się, jak w Bożej Rodzinie, tak błogo i syto. Jakieś nieopisane wspólne zgranie się w pracach kuchennych, jakiś logiczny i jasny podział ról, bez żadnych niemiłych emocji, rywalizacji, czy nawet najmniejszych spięć. Myślałam: Boże, czy to możliwe? Jak? Chwilami przychodziło mi do głowy, że Ktoś to już zaplanował, Ktoś to układa, prowadzi niewidzialną ręką. Powoli zanurzał się mój niespokojny duch w prostą i szczerą modlitwę: różańcową, brewiarzową i Koronką. Nie trzeba jej dużo, wystarczy, żeby “płynęła” z serca. Chłonęłam proste, jasne i konkretne słowa Kapłana Prowadzącego: “tak, tak, nie, nie” i nic ponad to. Każde Jego Słowo miało swój głęboki sens. Ksiądz Witold nie dawał nikomu odczuć, że jest mistrzem a my uczniami. Relacja ta, mistrz-uczeń, wypływała z Jego miłości, szacunku względem nas i wielkiej wyrozumiałości wobec naszych słabości. Program rekolekcji ustalaliśmy wspólnie z Kapłanem Prowadzącym. Nie tylko On mówił, my również, a każde nasze słowo było z uwagą słuchane. Słuchaliśmy wspólnie pieśni z koncertu poświęconego Ojcu Świętemu, tuż po Jego odejściu do Domu Ojca, “TU ES PETRUS” (Ty jesteś skała), ze słowami z Pisma Świętego i z dzieł Jana Pawła II. Muzyka mocna, tworzona naturalnymi instrumentami przez muzyków Filharmonii Świętokrzyskiej, słowa mocne wyśpiewywane przez Chór i Solistów przemieniały nasze serca. W pieśniach tych jest obecny Boży Duch. Raz po raz kapały po naszych policzkach łzy oczyszczenia. Po odsłuchaniu dzieliliśmy się swoimi myślami, mądrością, jaka przemówiła do nas poprzez muzykę i konkretne słowa: o miłości, o pokoju, o stworzeniu świata, o męce i śmierci Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy w moim życiu doświadczyłam takiej harmonii między ludźmi. Każdy gest, myśl i słowo przepełnione było Miłością. Nie sposób porównać tego stanu duszy do żadnej emocji, uczucia, czy przyjemności na ziemi. Myślałam: to przedsmak Nieba, tak musi być w Niebie! “Gładko”, radośnie i ciepło!
Raz zdarzył się wieczór dziwny, nieboży. Było nas pięć dziewcząt w Kościele. Zostałyśmy po Mszy świętej na dziękczynieniu, które jednak niekontrolowane przerodziło się nie na chwałę Bożą. Śpiewałyśmy i coraz to nowe kawałki piosenek religijnych rozpoczynałyśmy nie kończąc ich. Szło dziwnie, opornie. Ja osobiście nie potrafiłam śpiewać pieśni o Maryi. To był wyraźny znak, by przerwać i w ciszy, skupieniu, na Różańcu dziękować Panu króciutko. Racjonalnie popędzić do domu, bo mróz aż trzaskał. Odjęło nam rozum, emocje-słabości nasze przyćmiły go. Ksiądz Witold w ciszy modlił się wtedy na Różańcu i Koronką o nasze rozeznanie i zaniechanie śpiewania nie na Bożą chwałę. Powstało dziwne zamieszanie, niezrozumienie siebie nawzajem, mylenie słów, jakaś wieża Babel-pycha. Nasz Kapłan nie krzyczał na nas, nie karcił, diabeł by się ogromnie z tego cieszył. Na spokojnie, jasno wytłumaczył nam – jak kochający Ojciec - że dałyśmy się ponieść naszej pysze, pod konkretną postacią odpowiadającej każdej z nas słabości. Jakaż mądrość! Postanowiłam wewnętrznie nauczona tym “zajściem” czuwać nad sobą stale, nie ulegać błahym emocjom i nie wpadać w euforię, nie dziwaczyć i nie przesadzać podczas modlitwy. Z trudnej sytuacji, nad którą nie panuję, wychodzić zawsze “obronną ręką” Różańca. W tej prostej modlitwie, ustalonymi “z góry” słowami, nie ma miejsca na to, by się wmieszał szatan.
Różaniec przywraca wewnętrzny pokój, wycisza emocje i daje rozeznanie.
Pokój serca powrócił, bo moje serce znów otworzyło się na Jezusa i Maryję, wcześniej pychą zamknęłam je na Świętość i stąd pomieszanie.
Już wiem, Kto te rekolekcje zaplanował, Kto przemawiał przez Kapłana Prowadzącego, Kto prowadził i dzielił role, czuwał i chował do swego serca – Jezus i Maryja! To po ludzku jest niemożliwe. Życie harmonijne przez 4 dni z ludźmi w różnym wieku, z różnych środowisk, z niektórymi nieznanymi sobie bliżej.

Bóg zapłać za Niebo na Ziemi, Maryjo!

Ewa

Odwiedzin :