Strona główna -> Świadectwa -> Sekta S.M. Moona z Korei

Tak trafiłem do destrukcyjnej sekty – Kościoła Zjednoczeniowego S.M. Moona z Korei. Kiedy pierwszy raz zjawiłem się w poznańskiej kamienicy przy Śniadeckich, byłem pod wrażeniem. W gigantycznym pokoju na miękkim dywanie siedzieli w kręgu ludzie, młodzi, uśmiechnięci, z gitarami; śpiewali, bawili się, śmiali, widać było, że weseli, że im w życiu dobrze, że miny beztroskie, dusze lekkie, wolne od zmartwień. Myślałem: a to ci dopiero, dyskusyjna grupa studencka czy co, warto posłuchać, pobyć z nimi, ponapawać się ciepełkiem. No tak, bo to ciepełko, CIEPEŁKO, czuło się, bardzo namacalne było, takie, że oj – chciało się w nim zatopić. Dobra, więc jestem w Centrum CARP, siadam na podłodze, zostaję na 8 godzin. Szybko zorientowałem się, kto tu rządzi. Taki śmieszny facecik z brodą, Michał, na paluchu olbrzymi, złoty pierścień z jakimiś znakami. Oczyska zamglone, wyglądał jak czarodziej. Polubiłem go, nie ma co. Taka transakcja wiązana, bo i on zdawał się mnie czegoś bardzo lubić.
Zaczęliśmy głośne czytanie książki “Toksyczni rodzice" Susan Forward. Po każdym rozdziale dyskusja i porównania – jak mają/mieli bohaterowie książki, jak mamy my, co możemy zrobić, żeby jednak mieć lepiej, wydobyć się z toksycznego uścisku szalonych matek, wrednych ojców, nudnych ciotek, sióstr, braci, upierdliwych dziadków i, co wybiegało daleko poza tematykę książki, “oddanych Szatanowi" znajomych. Nie zastanowiła mnie wtedy ukryta wrogość, jad sączący się z ust Michał, tendencyjność tego czytania, będącego zarazem wykładem i supersprytną indoktrynacją. Jak każdy młody człowiek, miałem, uzasadnione czy nie, pretensje do rodziców. Kierownictwo sekty przebiegle sobie to umyśliło – akcja z rodzicami jako forma łowienia narybku była genialna.
- Powiedz, bili cię? - Nie bili. - A w odrabianiu lekcji pomagali? Dwóje z uśmiechem na ustach witali?
- Nooo, jakby teges… Wrzeszczeli wtedy, kary były. Szlaban i zabieranie magnetofonu.
- Widzisz, widzisz, cała szatańskość wyłazi na wierzch. Oni cię w ogóle nie kochali! Prawdziwi rodzice to miłość bezwarunkowa, czysta. Miałeś uczucie wsparcia?
- To znaczy… Bo nie wiem.
- Ile razy dziennie mówili ci, że cię kochają i że będziesz wspaniałym człowiekiem?
- Oj, ja wiem, jakoś niespecjalnie często… - Ha, no tak! I pewnie chcieli cię obarczyć odpowiedzialnością za wszystkie swoje małe porażki. Pewnie kariera była na pierwszym miejscu. Pewnie wierności sobie nie dochowywali. Co? Co?
- Szajse, zgadza się.
- A kłótnie? - Codzienność.
- Czas dla dziecka?
- Niańka mnie wychowywała.
- Prezenty pod choinkę?
- Sporo.
- To by pasowało do schematu. Zamiast uczucia zatykanie małego człowieka świecidełkami, kupowanie lojalności, przywiązywanie do siebie przez wzbudzanie poczucia winy. Nieładnie.
Dalej nie wiem. Chyba nie potrafię wracać do tamtego okresu. Chaosi mi się wszystko i zapętla. Z wielu rzeczy nie zdawałem sobie sprawy. Że zawalam studia, że bywam u nich codziennie, że przyssali się do mnie i ja do nich, że związek pępowinowy między nami jest coraz silniejszy, że… Wiedzę tajemną przekazywano mi powoli, w starannie odmierzonych dawkach. Najpierw zaproszono na wykłady. Słuchałem z zapartym tchem. O Bogu, który nie dokończył dzieła stworzenia, o tym, że Chrystus według planu nie miał umrzeć za nas, ale założyć z Marią Magdaleną idealną rodzinę, o Eliaszu i wreszcie o Moonie, następcy Chrystusa, kontynuatorze jego misji. Mieliśmy mocno zakodowaną awersję do wszystkich, którzy nie poznali Ojca. Tak go nazywaliśmy: Ojciec, Tata, nasz Papcio, jedyny prawdziwy, niosący światło, zbawienie, życie wieczne. Zadaniem moonisty było, kolejno, doskonalenie siebie na płaszczyźnie osobowościowej i jednostkowej, w relacjach z innymi, m.in http://m.in. przez głoszenie słowa bożego (mooniego), wreszcie poprzez założenie idealnej rodziny.
Pamiętam wieczór grudniowy. Wracałem z wydziału germanistyki UAM, po zajęciach z gramatyki opisowej byłem cokolwiek załamany. Fuck, myślałem, nie obejmę tego. Jak miałbym, skoro ja jeden jestem po roku nauki niemieckiego, podczas gdy inni ocierają się o język Goethego przynajmniej od 4 lat, są po placówkach, kursach wakacyjnych, olimpiadach. Tylko Maciej taki-siaki-owaki, nuworysz próbujący topić skrzydła w obcej mowie. Nie, nie ma lekko. Zawalę. Wywaliłem to z siebie na Śniadeckich. Przytulono mnie dosłownie i w przenośni. Tam w ogóle uprawiało się przytulanie na wielką skalę. Z zastrzeżeniem: facet nie może dotykać kobiety i vice versa. Więc ściskali mnie jacyś Michałowie i inni – wszyscy z błyskiem fanatyzmu w oku, nakręceni, euforyczni, sztuczni jak bazarowe arlekiny. Nie dostrzegłem wtedy gry, pozy, roli. Musiałem mieć spory deficyt uczuciowy, skoro dałem się złapać na pochwały i krytykę. Chwalono mnie. Krytykowano rodzinę i resztę świata.
Narkotyki? Nie mam stuprocentowej pewności, w jaki sposób, ale – TAK, zdecydowanie. Po dwóch tygodniach wychodziłem z CARP-u do domu “na skrzydłach".
Ad. 1. CARP – angielski skrót od Collegiate Association for the Research of Principles, "odnoga" Kościoła Zjednoczeniowego zajmująca się rekrutacją młodzieży akademickiej.
Taki szczęśliwy nigdy nie byłem. Mówiono mi: - Bo Boga dotknąłeś! Bo poznałeś Ojca. Radość rozpierająca pierś jest naturalnym, całkiem oczywistym skutkiem grzania się przy ogniu Prawdy.
Prawda – kochali to słowo.
Prawdziwy Ojciec, Prawdziwy Bóg, Prawdziwa Rodzina, Prawdziwe Dziecko, Prawdziwy Testament. Czytaliśmy szaroburą książczynę, nazywała się “Boska zasada" (Divine Principle, umajona kretyńskimi infografikami). Była naszym uzupełnionym i wolnym od błędów pismem świętym.
Kiedyś po kolacji zobaczyłem w korytarzu gigantyczną świetlistą kulę i wysypujących się z niej jak płatki śniegu ludzi. Dobrych, złych, nijakich, błyszczących, szarych albo niebieskich. Wiedziałem, że ta kula to rodzaj bramy, przejście z naszego świata do świata nadprzyrodzonego, pozagrobowego. Na ulicach za każdym mijanym w pośpiechu przechodniem (ganialiśmy wszyscy w CARP-ie bardzo szybko!) ciągnął się ogon, coś jakby minikometa z tysiącem gwiazd. Wszędzie cuda, wizje, anioły, dusze zmarłych, wszystko bajeczne, tajemnicze, dziwne, kolorowe. Nigdy przedtem i nigdy potem tak się nie czułem!
Przychodzili do nas na wykłady uwiedzeni sposobem studenci. Dwie dziewczyny patrzą raz na mnie i na Agatę. Dziwią się, w końcu mówią: - Jedno w was uderza. Macie takie oczy, takie oczy, jakbyście narkotyki brali. Przecież bez tego nie da się wzbudzić w sobie aż takiego zachwytu!?
- Narkotyki? Hahaha! – odpowiedzieliśmy. – Nie ma tu żadnych narkotyków! To Bóg, Prawda, nowe życie! Przystąpcie do nas, będziecie czuły to samo.
Cholera wie, co nam dosypywano do herbaty. Do obiadów i kolacji. Do deserów. Byliśmy ożywieni, a spaliśmy od 1 w nocy do 4 rano. Godzinami na przemian medytowaliśmy w Pokoju Modlitw przed potężnym zdjęciem Moona i Hak Ja Han, Boskiej Małżonki; śpiewaliśmy, łaziliśmy po domach z ewangelią (boską zasadą), nawracaliśmy przechodniów wciskając im tandetne koreańskie pocztówki albo żebraliśmy na Targach Poznańskich, wystrojeni w specjalnie na tę okazję wytworzone plakietki głoszące, że jesteśmy z Fundacji Charytatywnej Niosącej Pomoc Chorym Na Raka Dzieciom. Tłumaczyło nam naczialstwo na wieczornych zebraniach, co to jest usprawiedliwione kłamstwo – że można wciskać kit, o ile służy on zbawieniu nieświadomych Potęgi Ojca zbłąkanych dusz. Wychudłem tam strasznie. O mały włos, a sprzedałbym mieszkanie. Rzuciłem studia. Pieprzyłem rodzicom o Moonie, o tym, że jestem szczęśliwy, że chcę być z nimi, tam, w Poznaniu, na Śniadeckich, albo w jakiejkolwiek innej części świata, już na zawsze. Mówiąc, miałem wypieki na twarzy. Język mi się plątał. Informacje wyskakiwały z gęby jak roje wściekłych komarów; jedna za drugą, szybko, tempo, finisz. Zerwałem z przyjaciółmi spoza sekty, śmiałem się z wierzeń “nieoświeconych", zarazem pilnie studiowałem dzieje religii, bo ponoć wszędzie były przemycone ziarenka prawdy o Moonie. Taki na przykład hinduizm… Przecież już w Bhagavadgicie stało jak byk, że na ziemi w epoce Kali zjawi się Prawdziwy Ojciec. Niemal co tydzień, w każdy weekend, wyjeżdżałem z moonistami za miasto. Do centrum Kościoła Zjednoczeniowego w Glanowie pod Krakowem, do headquater w Warszawie i Krakowie, do Zakopanego. Wyprano mi tam mózg, zmieniono sposób myślenia, sprawiono, że miałem wizje utwierdzające mnie w wierze. Wszystko bajka, kawał straconego życia…
Jak to się skończyło?
Zapowiedzią ślubu.
Siedzimy w Glanowie przy stole z Jacentym: - Niedługo dostąpisz niebywałego zaszczytu. Trzecie błogosławieństwo. Założysz rodzinę. Ojciec widział twoje zdjęcie, wyczuł, jaką powinieneś mieć żonę, kto ci jest pisany. To dziewczyna z Korei Południowej, spotkacie się w dniu ceremonii zaślubin. Możesz być dumny, bo obok ciebie stanie na ślubnym kobiercu 300 tys. innych par.
Zgłupiałem. Na chwilę. Otrząsnąłem się. Nie, to nie może być prawda, myślałem, to bełkot jakiś nieprawdopodobny! Bo jak to tak, żona, której nie znam? Tak na sucho, bez miłości?
Brałem udział w specjalnym seminarium, do dzisiaj w szufladzie leży certyfikat. Zmuszono mnie na koniec do publicznej spowiedzi. Miała oczyścić, a sprawiła ból. Wszystko wylazło: martwe ciało babci, sanatorium neuropsychiatryczne, związki grzeszne, myśli moje niepoprawne, akt przemocy, którego ofiarą padłem. W nagrodę wtajemniczono mnie w charakter związku małżeńskiego.
- Ty teraz będziesz jeździł po świecie. Żeby się nie przywiązywać. Żonę spotkasz raz, pobędziecie ze sobą dwa tygodnie, ale tylko za dnia. Bez seksu, bez dotykania się. Dozwolone rozmowy i planowanie przyszłości poświęconej Moonowi. Po dwuletnim okresie próbnym odbędziecie stosunek seksualny, którego owocem powinno być dziecko.
- Dobra, ale jak mam gadać z Koreanką, która ani mru mru po angielsku, niemiecku czy polsku? Minął tydzień. Wróciliśmy z Glanowa do Poznania. Coś we mnie pękło. Z hukiem. Niewiarygodnym. Zrozumiałem, że uległem manipulacji. Miałem stać się orwellowskim trybikiem w machinie pseudozbawiciela. Sporo czytałem, wreszcie sobie na ten luksus pozwalając. Wyszperałem informacje o Kościele Zjednoczeniowym – o tym, że córka Moona była narkomanką, że on sam prawdopodobnie uśmiercił jednego ze swych synów, który był niewygodny, bo nie chciał się poddać doktrynie, że Moon zbudował imperium na handlu bronią, oszustwach i malwersacjach, w tym na narkotykowej dilerce.
Michałowi powiedziałem:
- Słuchaj, Prawdziwy Ojciec to dla mnie puste słowo. P-U-S-T-E jak bazylika w nocy. Koniec zabawy, pakuję manatki. Proszę mnie nie szukać, nie zmuszać do przemyślenia sprawy. Ja chcę być wolnym człowiekiem. Stałem się wolnym człowiekiem. Z bagażem doświadczeń. Dwa lata życia do tyłu. Świadomość, że mnie oszukano. Zerwane więzi. Mnóstwo do nadrobienia, w tym odbudowa poczucia własnej wartości, bo przecież szefostwo poznańskiego Kościoła Zjednoczeniowego nie omieszkało na “dowidzenia" zastraszyć:
- Oczywiście, Twoja wola. Musisz tylko zdawać sobie sprawę z pewnej rzeczy: ludzie, którzy nie poznali Moona, wprawdzie nie są we najszczęśliwszej sytuacji, ale Bóg ich nie odrzuca. Bo może nie mieli okazji… Ta okazja pojawi się w niebie. Ludzie, którzy poznali i odrzucili, są na wieki przeklęci. Pamiętaj-pamietaj-pamiętaj, NIGDY już nie zaznasz szczęścia, do samego końca będziesz błądził, cierpiał, szukał niewiadomoczego, nie poznasz prawdziwej miłości, nie nawiążesz właściwych kontaktów z ludźmi, nie… Na szczęście ZAWSZE możesz wrócić, pokajać się.
Nie wróciłem, to jasne, chociaż przez chwilę czułem się podle. Jakby ktoś rzucił na mnie klątwę. Potem, dopóki mieszkałem w Poznaniu, przez jakiś czas musiałem udawać, że mnie nie ma w domu, bo nachodzili – stukali, pukali, brzęczeli domofonem, wystawali pod klatką schodową. Często zasłaniałem okna i leżałem na podłodze, byle się nie domyślili, że jestem. Skończył się ten horror jakoś po pół roku, kiedy wyjechałem z Poznania do rodzinnego domu.

Maciek

Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :