Strona główna -> Duchowość -> MIŁOŚĆ A MEDIA

WSTĘP

Narodziłam się i przyszło mi żyć w epoce uwikłanej w labirynt świata mediów. Jestem istotą rozumną, córką Polskiego Narodu, wywodzę się z chrześcijańskiej tradycji. Od zarania dziejów wszystko toczy się wokół miłości, czego dowodem jestem ja - fakt mojego istnienia. Miłość jawi się mi przeto jako siatka, która oplątuje, ale nie w sensie, że nas zniewala, ale jako konstrukcja, która sprawia, że gdzie się nie obrócimy nasze zachowanie ona wyznacza. Moja matka podała mi książkę, która wprowadziła mnie w tajniki rozumienia miłości (zanim zaczęłam budować ją sama), gdzie jest napisane: “Miłość to nie jest przygoda. Ma smak całego człowieka. Ma jego ciężar gatunkowy. I ciężar całego losu. Nie może być chwilą. Wieczność człowieka przechodzi przez nią. Dlatego odnajduje się w wymiarach Boga, bo tylko On jest wiecznością”. Moje pojęcie miłości ze względu na moją tożsamość ulega zderzeniu z obrazem medialnym miłości, co rodzi we mnie pytanie: czy rzeczywiście miłość jest prawdą w obrazie (przekazie) medialnym? Może niekoniecznie zafałszowaniem, ale czy całą prawdą? Śmiem twierdzić, że nie, co zamierzam udowodnić przedstawiając w pierwszym rozdziale tej pracy prawdziwy kształt miłości, a przeciwstawiając mu szereg redukcjonizmów kreowanych przez media, które śmie się nazywać miłością. Kształt miłości jest uwarunkowany przyjętą w problemie koncepcją człowieka. W treści podrozdziału drugiego nakreślona zostaje wizja człowieka zgodna z naturą, która daje nam asumpt do określenia prawdziwego kształtu ludzkiej miłości. Kolejny podrozdział wskazuje na powołanie każdego człowieka i dowodzi, iż został on stworzony z miłości i ku miłości, czemu zostaje przeciwstawiona tragiczna rzeczywistość zabijania nienarodzonych, tym samym przeciwstawiania się naturze ludzkiej krokiem samobójczym, usankcjonowanym prawnie. Rozważania na temat miłości kończy podrozdział, będący głęboką refleksją nad “Hymnem o miłości” świętego Pawła, rozciągającą przed czytelnikiem szeroki horyzont bogatej natury miłości. W drugiej, dalszej części pracy obnażam oblicze dzisiejszych mediów, znajdujących się w okowach władzy, oraz przedstawiany przez nie zniekształcony (ponieważ niezgodny z naturą ludzką) obraz miłości. Jak to słusznie zauważa największy autorytet moralny dzisiejszych czasów, Papież Jan Paweł II, w kolejnym już Orędziu - XXXVII – wygłoszonym na Dzień Środków Społecznego Przekazu4, że te narzędzia komunikacji społecznej fałszują dziś dalece obraz człowieka. Od tego obrazu, od jego prawdziwości, zależy kształt ludzkiej miłości. Istnieje taka prawidłowość, że im bardziej wizja człowieka jest oddalona od rzeczywistej, tym bardziej ludzka miłość ulega deformacji. Tę szczegółową deformację ludzkiej miłości kreowaną przez dzisiejsze media zawiera podrozdział drugi. Na koniec znajduję alternatywę wobec tych zniekształceń wyrządzających krzywdę człowiekowi – prawdziwy, nie tylko z nazwy, środek społecznej komunikacji, czasopismo “Miłujcie się” adresowane do ludzi młodych, które przedstawia im prawdziwy, zgodny z naturą obraz miłości, pozwalający im na prawidłowe budowanie swej tożsamości – osobowości.

I. O MIŁOŚCI

PRAWDA O MIŁOŚCI

Prawdziwa miłość nie jest uczuciem1. Gdyby nim była, nie mogłaby trwać wiecznie, a “wieczność człowieka przechodzi przez nią”2. Uczucia mają swój początek i koniec, ich istotą jest zmienność i są one poniżej “miłości”, która jest wolą bycia. Uczucia znajdują się w człowieku w sferze psychicznej, zaś wola wypływa z umysłu, ze sfery ducha, wnętrza człowieka (“Miłość – miłość pulsuje w skroniach, w człowieku staje się myślą i wolą, wolą bycia, wolą bycia Teresy Andrzejem, wolą bycia Andrzeja Teresą”3). Można czuć nienawiść wobec czynu drugiego człowieka, którego się kocha. Uczucie nienawiści nie wyklucza jednoczesnego istnienia miłości. Miłość wręcz nakazuje nam nienawiść do grzechu, zła (nigdy do człowieka)4. Uczucia są w człowieku przejawem działania dwóch, jak to określa św. Tomasz5, popędów, czy “władz psychicznych”, odnoszących się do tego, co wydaje się dobre lub złe: władzy pożądawczej, która skłania do dążenia ku temu, co odpowiada zmysłom i do unikania tego, co szkodliwe, i władzy zdobywczej. Ta zaś skłania do walki z tym, co zagraża dobru odpowiadajacemu jestestwu i z tym, co jest szkodliwe dla niego. Przedmiotem tej władzy są trudy, by pokonać przeciwności i zapanować nad nimi. Uczucia św. Tomasz dzieli na cielesne i psychiczne i podkreśla, że są nam one zadane naszemu rozumowi i wolnej woli na wychowanie.
Miłość nie jest czymś zadanym, gotowym, należy ją budować. Przechodzi przez różne formy. Oczywiście, najpierw jest przeżywana emocjonalnie, gdzie przede wszsytkim jest zaangażowana własna osoba i znajduje się ona wtedy na pierwszym miejscu. Wtedy to uczucie nazywa się wielką miłością, a gdy odchodzi czujemy wielki żal i rzadko kto wie, że owa wielka miłość musi odejść, owo uczucie, musi się zmienić... przerodzić się w wolę bycia, z prymitywnej, tej pierwszej, emocjonalnej miłości w głębszą, spokojniejszą – duchową. I od formy “ja i ty” przechodzi miłość do formy “my”, gdzie forma połączenia tych dwóch świadomości (świadomości “ja” i świadomości “ty”) przechodzi w “ja” dla “ty”. Stanowi ona pewną wartość złożoną z dwóch równorzędnych, ale niejednorodnych osób. “My” w hierarchii wartości zajmuje wyższe miejsce niż “ja”. Wreszcie staje się tak, że ta druga osoba w związku “my” przyjmuje dla mnie pozycję uprzywilejowaną.
Poprzez tak rozumianą miłość, która jest wolą bycia człowieka, nie kocha się samego jego piękna zewnętrznego, jego cielesności; wtedy celem tej miłości jest inne piękno, piękno umysłu, jakim jest prawda. To, jaką miłością będziemy kochać zależy od tego, kim jesteśmy i jak siebie postrzegamy – koncepcja człowieka wyznacza rozum miłości. Jedyną i najlepszą receptą na prawidłowe odczytywanie znaczenia miłości jest uświadomienie sobie dziś na nowo prawd dotyczących człowieka. Wszelkie zafałszowania obrazu miłości mają swe źródło w fałszywym obrazie człowieka. Odpowiedzmy sobie, w takim razie, na zasadnicze pytanie, które pozwoli nam odkryć to, czym i jaką powinna być miłość? Udzielmy sobie mianowicie odpowiedzi na pierwszą świadomą wątpliwość naszej człowieczej egzystencji: kim ja jestem i dokąd zmierzam? Poszukajmy swej tożsamości, odnajdźmy swe miejsce w Kosmosie.

PRAWDA O CZŁOWIEKU - NIEZMIENNOŚĆ NATURY LUDZKIEJ

Stałość natury ludzkiej, niezmienność w jej rozumieniu odkryli już Grecy, wtedy nazywano to zwyczajem. Dziś to, co jest zgodne z naturą stara nazywać się konwencją. Profesor KUL – owski Ojciec Mieczysław A. Krąpiec twierdzi, że natura ludzka to to, co dla człowieka jest istotne (to, to bez czego człowiek nie jest człowiekiem). Dla etyka Karola Wojtyły natura ludzka to tyle, co istota ludzkiego bytu.
Z natury ludzkiej wypływają stałe skłonności człowieka, są one bezwzględnie niezmienne. Rzeczywistość tych skłonności wyznacza prawa naturalne. Do stałych inklinacji ludzkich należy:

- skłonność fizyczna, instynktowo – wegetatywna, wspólna wszystkiemu, co żywe, która wyraża prawo do zachowania życia,

- skłonność zmysłowa, skłonność do dobra rozpoznanego przez zmysły, wyraża ona prawo do przekazywania życia,

- skłonność umysłowa, zdolność dążenia do tego, co rozum przedstawi człowiekowi jako dobre; wyraża prawo do doskonalenia się i rozwoju osobowego w społeczeństwie.

Skłonności te występują łącznie w człowieku, rozum zaś prześwietla całego człowieka i on decyduje ostatecznie o kierunku naszych czynów1. Instynkty i popędy są zadane nam do wychowania. Człowiek nie zawsze dobrze odczytuje swoją naturę; to nie działa na zasadzie magnesu, do tego potrzebna jest ciężka, świadoma praca nad sobą. Odejście od natury jest niczym innym jak błądzeniem człowieka, ponieważ postępuje on wtedy wbrew sobie, wbrew swej naturze. Znamienną rzeczą jest, o czym przypomina Ojciec Krąpiec, aby pamiętać, że żadna władza nie ma prawa zmieniać naturalnych praw ludzkich ani żaden człowiek nie może ich zmieniać. Zmiana ich oznacza pójście “wbrew” i zawsze kończy się krzywdą ludzką.
Człowiek jest stworzony ku dobru, miłość zaś jest dążeniem do dobra. A więc miłość jest wpisana w naturę człowieka. Jest współnaturalnością - wspólnotą natury pomiędzy podmiotem i przedmiotem miłości, gdzie podmiotem (i przedmiotem równocześnie) jestem ja, ponieważ kocham, a przedmiotem (i podmiotem jednocześnie) Ty, ponieważ Ciebie obdarzam tą miłością. Jeśli ktoś twierdzi, że nie kocha, nie potrafi pokochać, ba – twierdzi, że miłość nie istnieje2 - “idzie wbrew sobie”, swej naturze na zaprzepastne, w manowce.

NARODZIĆ SIĘ, ABY KOCHAĆ!

Można żyć nie kochając, ale czy jest to naprawdę życie? Oddycham, czuję, czynię, krzyczę, piszę, ale czy to wszystko sprawia, że żyję? Przecież żyć to - kochać. A jeśli ja wciąż nie zaczęłam kochać, to wciąż jeszcze nie zaczęłam żyć. Zaczynam żyć, gdy zauważam, że w życiu chodzi o więcej niż o życie i dla tego “więcej” życie oddaję. Wtedy dopiero rodzę się, wtedy dopiero wchodzę w samo życie. Dopiero wtedy, gdy kocham - żyję2. Dopiero wtedy zrozumie człowiek samego siebie do końca, jeśli sam prześwietli siebie promieniami tej Miłości, która pozwoliła się Człowiekowi przybić do krzyża na Golgocie (pozwoliła mu sobą wzgardzić i nie przestała go mimo to nadal kochać)3.
Na myśl nasuwa się wołanie młodej dziewczyny, Greczynki, wołanie Antygony z dramatu Sofoklesa, skierowane do mieszkańców Aten wypełniających po brzegi świątynię, jakim był amfiteatr u stóp Akropolu, pozostający po dziś dzień, zresztą także i dla nas symbolem tożsamości naszej własnej, europejskiej kultury. W kulminacyjnym momencie dramatu Sofoklesa Antygona wypowiada słowa: “Mój los - współkochać, nie, by współnienawidzić!”4. Czy nie trzeba, by słowa te, wobec tragicznie, nieprzerwanie trwającej na całym świecie (we wszystkich państwach!) egzekucji dokonywanej na ludziach zupełnie niewinnych, jeszcze nawet nienarodzonych, egzekucji zgodnej z prawem, która przez to zadaje sobie samobójczy cios i czyni się bezprawiem, zabrzmiały także dziś we współczesnych amfiteatrach – salach parlamentarnych - całego świata? Powodem, dla jakiego z ust Greczynki padły te słowa, była troska o ludzki kształt prawa i demokratycznego państwa, by prawo nie uległo wynaturzeniu w bezprawie, zwracając się przeciwko człowiekowi pod zwodniczą maską nazwy prawa. Antygona zadaje pytanie zasadnicze, na które odpowiedzi powinna szukać dzisiejsza Europa, cały świat: czy wolno kogokolwiek z ludzi pozbawić czci należnej człowiekowi z racji bycia człowiekiem w sytuacji, gdy prawo stanowione tego zabrania? Grecka dziewczyna ostatecznie decyduje się na “świętą zbrodnię”, wypowiada posłuszeństwo prawu, które jest antyludzkie (i tym samym znosi samo siebie). A choć prawo to przewiduje w tym wypadku dla niej karę śmierci, wybiera ona ją świadomie, aby ofiara jej życia stała się publicznym świadectwem, iż nigdy nikomu z ludzi nie wolno nikogo pozbawić czci należnej mu jako człowiekowi. Cześć dla człowieka jest niepodzielna. Niepodobna uczcić kogokolwiek kosztem krzywdy wobec kogokolwiek.
Tam, gdzie rodzina zabija tych, których rodzi (z aprobatą prawa), która nie bierze pod uwagę “niemego krzyku” zabijanych, trzeba pilnie przywołać głos co najmniej takich myślicieli, jak Sofokles, Hipokrates lub Seneka, skoro Bogu z góry nakazano milczenie w sprawach państwa i prawa wyrzucając z tekstu Konstytucji Unii Europejskiej Invocatio Dei (odniesienie do Boga). Ocalić swe życie - oznacza kochać, nie kochać - oznacza nie żyć. Europo, ocal samą siebie!

MIŁOŚĆ W BIBLII

“Hymn o miłości” świętego Pawła Apostoła jest arcydziełem literackim1 opiewającym piękno, dobro i prawdziwość miłości - jej dynamizm, szlachetność i poświęcenie. Autor hymnu czyni w nim bardzo głęboką refleksję nad całą bogato złożoną naturą miłości.
Miłość cierpliwa jest, a nie jak dziś “zaczynamy ją przeżywać na podobieństwo pochłaniania bagietki w barze szybkiej obsługi – nerwowo, niecierpliwie”2. Jacy dziś jesteśmy zachłanni na tego drugiego człowieka, zabieramy ludziom wolność i uzależniamy ich od siebie. Prawdą jest, że zamiast bycia delikatnym, pełnym szacunku wobec tego drugiego człowieka zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli przeniknąć natychmiastowo, na wskroś “ukochaną” osobę. Natychmiastowość3 i obnażenie do nagości wewnętrznej, pozostawienie bez tajemnic duszy człowieka poniża go. Pragniemy totalnego zjednoczenia, stopienia się z drugim człowiekiem na wzór żelaza. Chcemy, by stał się naszą własnością... zapominając o tym, że mamy być jednością w różności..., bo kobieta i mężczyzna to nie to samo! To nie jeden stop metali! Wielkość miłości nie zależy od intensywności jej przeżywania... to nie burzliwe romanse, intrygi. “Pośpiech jest synem diabła i zabija duszę”4. Zabija miłość przede wszystkim. Skoro pośpiech jest synem diabła, to Bóg jest Ojcem cierpliwości.
Żyjemy dziś na wielkim targowisku, gdzie nic sami nie zdobędziemy ani nie dostaniemy od kogoś za darmo, za wszystko trzeba płacić. Nawet na miłości i świętości “zbija się” w dzisiejszych czasach interes, uczuciami się obraca jak papierami na giełdzie wartościowej i żąda się wielkiej ceny za falsyfikat. Istnieje znikoma liczba ludzi, którzy nie oczekują zapłaty za dobro. Twarze ich zawsze pokrywa uśmiech, a ich serca są wielkie. A prawdziwa miłość płynąca z ich serc łaskawa jest, wręcz hojna w swej wspaniałomyślności i dobroci. Ona daje i nie oczekuje niczego w zamian. Jej źródło bije i jest niewyczerpalne, ponieważ ludzie, którzy je mają karmią swoje serca w Bogu, u Którego wszystko jest niewyczerpalne, jak Jego miłość.
Czasem miłość “zachoruje” na zazdrość. Dzieje się tak w przypadku, gdy kocha się kogoś tylko za to, że należy do nas. Kiedy ktoś zabiera część naszej własności uraża nasze ego, myślące tylko o sobie. Biada nam wtedy, kiedy się będziemy chcieli uwolnić od chorej na zazdrość miłości, kiedy będziemy chcieli przestać być przedmiotem. Wtedy taka miłość nam dokuczy, będzie się mścić i niszczyć w imię zasady: jeżeli nie będziesz mój (moja) nie będziesz niczyj (niczyja). Uwolnienie jest trudne, lecz możliwe. Trzeba być stanowczym. Przed taką konsumpcyjną i z nikim niedzielącą się miłością należy wszystkich przestrzegać.
Miłość nie chce widowni i braw, nie jest aktorem; jest prawdziwa, nie grywa w sztukach. Reflektory ją rażą, jest bardzo delikatna. Masek unika, uwielbia światło i patrzeć drugiej miłości głęboko w oczy. Nie lubi huku opadającej kurtyny, bo to by oznaczało... koniec spektaklu..., a ona chce być wieczna... Miłość to nie walentynkowe serduszka, sztucznie barwione róże, pocałunki i pieszczoty na ekranie, spektakularne akcje... to wszystko to iluzja! Miłość ceni sobie intymność i cichość. Nie dla niej tłumy, mikrofony, reporterzy, kamery - to ją peszy i sprawia, że niknie.
Miłość jest pokorna i nie unosi się pychą. Nawet jeśli mamy rację w sporze, powinniśmy ustąpić5, jeśli jest w nas miłość. Swą pyszałkowatość chowajmy głęboko i wstydźmy się jej, jeśli pragniemy prawdziwie kochać. Wszyscy ludzie, bez względu na swoje postępowanie, są godni miłości z powodu człowieczej natury. Nie unośmy się pychą nawet wobec tych, którzy nas ranią, pochylmy się nad nimi w pokorze, z “sercem na dłoni”. Oni potrzebują, by ich ktoś wysłuchał; jeśli unoszą swój głos to znaczy, że cierpią i są bezradni wobec tego bólu. Niejednokrotnie unoszą swój głos nie potrafiąc wskazać źródła swego zachowania. Potrzebują pomocy. Potrzebują miłości. Należy pamiętać, jeśli się jest chrześcijaninem, kto pierwszy uniósł się pychą, krzycząc na cały Kosmos: nie będę służył, nie będę słuchał, sam sobie będę panem, wszystko mi wolno! To korzenie zła, nieszczęść, pogardy, większych i mniejszych piekieł na Ziemi.
Miłość nie dopuszcza się bezwstydu. Wstyd to wielce wartościowa cnota o najwyższym znaczeniu pedagogicznym, stoi ona na straży ludzkiej moralności. Wstyd jest sprawiedliwą reakcją na popełnione zło i jest on wyrazem skruchy. Od wstydu zależy żal i poprawa, a zatem jest on konieczny do rozwoju pozytywnych sprawności charakteru, czyli cnót. Człowiek, który nie zna wstydu, nie poprawi się ze swoich wad6. Jest jeszcze jednak inny wstyd, wstyd pokory, wstyd skromności, typowy dla wielkich świętych. Ludzie głębocy, szlachetni ukrywają swoje szlachetne czyny. Ten wstyd by trzeba raczej nazwać wstydliwością7.
W Polsce dziś obserwuje się raczej bezwstyd. Czyżby skromność i wstyd przestały być cnotą? Kiedy byłam małą dziewczynką uczono mnie, że “samochwała w kącie stała”, tymczasem teraz rzecz ma się przeciwnie. Dziś “w cenie” są szumne słowa, gesty, chwalenie się zdobyczami materialnymi, będącymi odzwierciedleniem wartości związku obojga ludzi (oni się dorobili). Miłość jednak wyraża się w czynach, a nie w wzniosłej mowie, i nie mierzy się jej miarką ilości posiadanych rzeczy materialnych (należy ona do kategorii “być” nie “mieć”). W istocie rzeczy wzniosła mowa i wartościowe czyny wykluczają się wzajemnie, jako że “pies, co dużo szczeka, mało daje mleka”8. Istnieje jeszcze inny rodzaj wstydu połączony z seksualnością człowieka, który chroni godności ludzkiego ciała. Pierwsi ludzie “byli nadzy, a jednak nie odczuwali wstydu”, bo nie byli skażeni grzechem. Dopiero później, kiedy Adam wraz z Ewą dopuścili się grzechu, spuścili swój wzrok ze wstydu przed Bogiem. Ich oblubieńcze ciała, nieskażone grzechem, były pierwotnie niewinne, były medium quo, znakiem przeźroczystym, wskazującym na podmiot, na człowieka9. Z obawy, aby nie zgubił się sens oblubieńczy ciała ludzkiego, pojawia się uczucie wstydu. Człowiek powinien je odczuć zawsze, kiedy ciało postrzega poprzez pryzmat płciowości.
Zmysł wstydu w człowieku zabezpiecza jego osobowość. Jest gwarancją naszej szlachetności. Sprawia on, że jesteśmy zdolni pokonać nasze pożądanie fizyczne do drugiego człowieka w tym sensie, że możemy “iść” dalej. Możemy odbić się od powierzchni, nie zatrzymując się tylko na jej poziomie, gdzie pozostanie groziłoby nam nie dotarciem nigdy, tak naprawdę, do ukochanego człowieka. Wstyd pozwala nam na kochanie w tej drugiej, drogiej istocie “tajemnicy”, czyli czegoś, czego do końca poznać nie można10, co jest wciąż przed ciekawskim wzrokiem ukryte. To “coś” każe nam szanować tę drugą osobę. Wstydliwość dziś jest wyśmiewana przez profanów, ludzi bezwstydnych, którzy sądzą, że jak już fizycznie obnażą czyjeś ciało, to posiądą tajemnicę. To biedni ludzie, którzy nie znają smaku prawdziwej miłości, żyjący powierzchownie, skupiający swą uwagę głównie na cielesności drugiego człowieka. Należy pamiętać, że wstydliwość i skromność są bronią chroniącą w nas “tajemnicę”. Kochajmy w sobie tę przestrzeń, która ma na imię “godność” - również teraz i ta wartość jest niemodna i deptana słowem i czynem. Ale, czy my musimy płynąć zgodnie z prądem, czyż nie stać nas na oryginalność?
Pamiętajmy jednak o tym, że istnieje jedyna na świecie “sytuacja”, która absorbuje ten naturalny wstyd i przeradza go w radość – jest nią miłość. Wstyd seksualny powinien zaniknąć dopiero wtedy, gdy jest pełnia zaufania i pełnia miłości pomiędzy dwojgiem ludzi.
Kochając nie szukajmy swego. Zawsze miejmy na uwadze dobro drugiej osoby. Mówi się dziś o wszechogarniającym egoizmie, który ludzie mylnie nazywają miłością. Ludzie w związkach mówią: ja kocham, ja tęsknię, ja się raduję, ja, ja i ja..., a gdzie miejsce w związkach ludzkich na “my”? Prawdziwa miłość nie szuka egoistycznie swego szczęścia i zadowolenia. To ona chce uszczęśliwiać i chce sprawiać innym radość. Chce być darem dla innych.
Miłość nie unosi się gniewem. Grożenie ukochanej osobie przed nosem za to, że źle uczyniła z jednoczesnym wskazaniem dobra, to bardzo wartościowe zachowanie, za które należy dziękować. To Boży gniew, według zasady: im bardziej się kocha, tym bardziej się wymaga. Wiemy wtedy, że mamy przy sobie prawdziwego przyjaciela, który nas kocha, któremu zależy na naszym dobru... możemy być spokojni. Ale jeśli ukochany grozi nam a przy tym krzywdzi nas... wiemy, że przyjaciela w nim nie znajdziemy, a jego słowa o miłości są niczego warte. To tylko słowa, a liczą się czyny; groźba nie jest wyrazem miłości.
Miłość nie pamięta złego. Pamiętajmy stare przysłowie: “To, co cię złego od ludzi spotyka - zapisz na piasku, lecz to, co dobrego cię od nich spotyka - wykuj w granicie”. Wybaczenie nie tylko uzdrawia tego, którego przepraszamy, lecz nas samych – przepraszających.
Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, miłość współweseli się z prawdą i wszystko znosi. Znosić to znaczy wytrzymać trudne chwile razem. Znosić nie oznacza tolerancji na zło w ukochanym, na współuzależnienie w wyniszczającym, często śmiertelnym, nałogu. Znosić to usuwać to zło, przeszkody, to pomagać powstawać z upadków, to pomoc w niesieniu krzyża drugiego brata czy siostry. Znosić to usuwać to, co dzieli, by być ciągle razem. Kochajmy się taką miłością, która wbrew przeciwnościom trwa. Kochajmy się nawet wtedy, kiedy boli. Bardzo boli.
Miłość wszystkiemu wierzy. Nie chodzi o to, by być łatwowiernym lub po wariacku zakochanym. Miłość nie jest ślepa. Ona jest jak najbardziej roztropna i rozsądna. Jeśli powoduje zaślepienie na wady tej drugiej osoby, na dostrzeganie innych ludzi (szczególnie tych w potrzebie) zwać ją miłością nie wypada. To zgubne, jakieś uczucie owładnia umysł, które zamiast “uskrzydlać” kochającego, oślepia go, czyli “przywiązuje”, czyniąc go niewolnikiem. Ufność miłości nie polega na tym, że ona wierzy każdemu słowu, ponieważ może być ono fałszem, chodzi o inną wiarę wszystkiemu. Miłość wierzy wszystkiemu w Bogu.
Miłość we wszystkim pokłada nadzieję. I nie jest prawdą, że “nadzieja to matka tych, co mają zielono w głowie”, tak naprawdę bez nadziei nie moglibyśmy żyć. Nadzieja kojarzy się z tęsknotą, pragnieniem... jest jakby niespełnionym marzeniem, oczekiwaniem, niepewnością. Niepewność to niepokój, a to uczucie na pewno nie jest nadzieją. Nadzieja jest radosna i daje pokój, jest pewnością, że spełni się wszystko to, czego Pan Bóg chce.
Miłość wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje. Jest ona transcendentna, przekracza ramy ludzkie, czasu i przestrzeni, śmiertelności ziemskiego bytu, i wzbija się w wieczność. Czyż to nie cudowne, że my, śmiertelni ludzie, jesteśmy zdolni kochać, poprzez co dotykamy transcendencji – Absolutu?

II. OBRAZ MIŁOŚCI W MEDIACH

PRAWDA O MEDIACH. MEDIA W OKOWACH WŁADZY

Jako że człowiek ze swej natury jest dobry i że “jest jedna dla całej ludzkości moralność, która realizuje się w rozumnym spełnianiu dobra przez ludzką osobę”1, zatem wszystko, co jest wytworem rąk i umysłu ludzkiego winno służyć dobru człowieka. Analogicznie rzecz ujmując, media powinny służyć realizowaniu dobra. W praktyce jednak środki społecznego przekazu wykorzystywane są przez ludzi w dwojaki sposób - zarówno do szlachetnych celów, które służą człowiekowi, jak i do niszczenia istoty ludzkiej2.
A konkretnie - najnowsze dziś osiągnięcie techniki medialnej o światowym zasięgu swego oddziaływania, jakim jest internet, może niszczyć ludzi poprzez zawarte w nim treści i obrazy destrukcyjne (pornografia), z drugiej strony może służyć ono jako narzędzie globalnego apostolstwa, jako nowe forum do głoszenia Ewangelii, do czego zachęca Jan Paweł II słowami “ wypłyńcie na głębie sieci”3. Faktem jest, że media to potężna siła oddziałująca na ludzkie umysły, zarówno w sposób pozytywny i negatywny. W dzisiejszych czasach, niestety, większość mediów nie funkcjonuje jako środek obiektywnego, społecznego przekazu, środek społecznej komunikacji, budujący wśród społeczeństwa prawdziwą więź ludzką. Prawdą jest, że media dziś tkwią głęboko w okowach władzy. Nie przekazują realnego obrazu świata, lecz same tworzą rzeczywistość według interesów pseudoelit państwowych i międzynarodowych.
Najprostszym pomysłem na spędzenie wolnego czasu, nie wymagającym fizycznego i intelektualnego wysiłku, jest oglądanie telewizji. Z psychologicznego punktu widzenia człowiek spędzający większość swego wolnego czasu przed szklanym ekranem skazuje się na brak samodzielnego myślenia, czego efektem, z czasem, staje się uznawanie przez niego każdej informacji medialnej za prawdziwą. Jest to bardzo niebezpieczne zachowanie odbiorcy mediów dla niego samego; poprzez nie zatraca on zdrowy krytycyzm, co czyni go podatnym na manipulację. Człowiek staje się często istotą zagubioną w labiryncie świata mediów i tę słabość do nadmiernego, bezkrytycznego oglądania wizji świadomie wykorzystują “rządzący”.
Jeśli chodzi o media w Polsce obserwuje się, że system polityczny w sposób jawny lub skryty ma wpływ na kształt i sposób działania naszych rodzimych środków społecznego przekazu. Obecny liberalny4 system polityczny głoszący pozornie wolność5 ekonomiczną, społeczną i indywidualną dopuszcza relatywizm (brak jednoznacznych ogólnoludzkich zasad moralnych) i stwarza w ten sposób anarchię (chaos). System ten dysponuje tymi samymi lewicowymi mechanizmami manipulacji medialnej i propagandy, które były stosowane przez decydentów podczas Rewolucji Francuskiej, w Rosji bolszewickiej i w państwach o systemie komunistycznym. Propaganda w minionych czasach “w swych hasłach odwoływała się zawsze do tych samych oszczerczych stereotypów, opartych na nienawiści i apoteozie terroru wobec inaczej myślących”6 i niczym w swych założeniach nie różniła się ona od tej, którą stosują współczesne środki przekazu. Polski odbiorca staje dziś wobec ogromnego braku równowagi w dostępie oraz w preferencjach w stosunku do mediów propolskich. Zostaje mu narzucony jeden styl, jedna wizja człowieka, i tym samym miłości, niekoniecznie zgodna z obiektywną prawdą.

ZNIEKSZTAŁCONY OBRAZ MIŁOŚCI W MEDIACH

W świecie dzisiejszym panują trzy podstawowe, obiektywnie błędne, zasady (redukcjonizmy) wobec miłości1, wykreowane przez środki społecznego przekazu: zasada materializmu, sentymentalizmu i determinizmu, które zafałszowują prawdziwy obraz miłości. Pierwsza z nich dotyczy wymiaru biologiczno – fizjologicznego człowieka, którego głównym popędem życiowym jest instynkt, skupiający się na cielesności ludzkiej. Sentymentalizm zaś wyraża miłość będącą niepohamowanym uczuciem, nad którym nie panuje rozum. Dzięki tej logice myślenia, na takim uczuciu, oparte jest całe życie duchowe człowieka i oznacza, iż ten kocha bardziej, kocha namiętniej. Determinizm z kolei głosi, że miłość zniewala, że człowiek nie powinien z tym wszechogarniającym uczuciem walczyć, lecz poddać mu się. Ze względu na stan psychiki człowieka – nie zaleca się hamować rodzącego się uczucia miłości, ponieważ takie działanie naraziłoby zakochanego na niepotrzebny stres. Takie rozumowanie miłości człowieka zniewala, każe mu zapomnieć o rozumie i wolnej woli. Do takiego pojmowania w trzech prymitywnych wymiarach miłości dochodzi kolejna, wymodelowana patologia jej, tzw. psychologizacja miłości. Objawia się ona w traktowaniu miłości poprzez pryzmat potrzeby, koniecznej do zaspokojenia, w postaci bezwzględnego prawa do niej. Miłość traktowana w kategoriach potrzeby zakłada, że nie wychodzi ona po za człowieka jej pragnącego (a miłość jest wysiłkiem dotarcia do drugiego człowieka, jest przerzuceniem pomostu2); jest zupełną koncentracją na sobie, czyli egoizmem. Wszystkie te koncepcje miłości nie odzwierciedlają godnego obrazu człowieka, wręcz odwrotnie - pozbawiają go wolnej woli, rozumu, całego człowieczeństwa; są dla niego poniżeniem.
Jednoznacznie trzeba stwierdzić: środki społecznego przekazu w XXI wieku ulegają ideologizacji, nie skupiają się na przekazywaniu prawdy; pomiędzy ideami, jakie są przedstawiane człowiekowi, a ideami realnie istniejącymi, ma miejsce wielki rozziew, a konkretnie - media dziś starają nam się wmówić, że:

a) Miłość to seks. Miłość pożądawcza, wyrażająca się w misterium aktu współżycia seksualnego w związku małżeńskim, nie wyczerpuje znamion miłości ludzkiej. Współżycie pomiędzy dwoma osobnikami płci przeciwnej nie jest charakterystyczne jedynie dla człowieka, tak potrafią również zwierzęta. Jednak my, jako ludzie - jedyne istoty posiadające wolna wolę i rozum, powinniśmy się “wznosić” ponad “to”, jak powiedział Karol Wojtyła “na poziom osoby”, tzn. powinniśmy wychować w sposób subtelny i dyplomatyczny nasze popędy i uczucia. Nie mamy na nie bezpośredniego wpływu, nie możemy sobie powiedzieć “stop” i już mechanizm blokujący zadziała, ale zawsze możemy to zrobić pośrednio poprzez rozum, poprzez pracę nad sobą. Moim zdaniem to zafałszowanie (miłość to seks) wyrządza największą szkodę młodym ludziom. Sprawia, że ludzie ci miłość utożsamiają tylko ze sprawami erotycznymi, seksualnymi, czego konsekwencją jest powstawanie wśród młodych propozycji kierowanych wobec siebie, czy wręcz żądań współżycia jako “dowodu miłości”. Takie życzenie, czy żądanie, chłopaka wobec dziewczyny oczywiście nie oznacza, że on ją kocha, ale tyle tylko, że chce ją wykorzystać, użyć do rozładowania popędu i vice versa. Nie jest to nic innego jak szantaż. Nie można kogoś kochać wymuszając na nim określone zachowania czy zastraszając go. Miłość nigdy nie zmusza drugiej strony. Prawdziwa miłość daje drugiej stronie wolność, nawet pozwala jej powiedzieć “nie”3.

b) Miłość to uczucie. Ten bardziej kocha, kto bardziej przeżywa, kto czuje namiętniej, kto eksponuje swoje uczucia. Ten rodzaj miłości - zmysłowo–uczuciowy - jest stanem ulotnym i nie gwarantuje stałości związku. Uczucie pożądania minie, wraz z osłabnięciem atrakcyjności ciała osoby, np. w sytuacji choroby fizycznej lub naturalnego procesu starzenia się, i miłość oparta na fundamencie zmysłowym się kończy!

c) Przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną w małżeństwie nie jest możliwa, ewentualnie jest dopuszczalna po rozwodzie. A prawdą jest, że małżeństwo, czy rodzina, nie może istnieć bez przyjaźni. Przyjaźń jest najwyższym stopniem miłości. Jest to oddanie całego siebie drugiemu człowiekowi. Jest to bycie – życie – dla drugiego, bycie – dar – dla drugiego. Przyjaźń jest pragnieniem dobra ukochanej osoby i czynienia tego dobra dla niej4. Z psychologicznego punktu widzenia jest niemożliwe bycie żoną męża, z którym nie jest się w przyjaźni i vice versa. Ludzie żyją wtedy obok siebie, są blisko fizycznie, ale psychicznie, emocjonalnie i duchowo są samotni. Może w takiej sytuacji pojawić się niebezpieczeństwo szukania przyjaciela “drugiej połowy mej duszy” z osobą trzecią z poza związku małżeńskiego, co może niestety skończyć się tragicznie rozpadem małżeństwa.

d) Mamy bezwzględne prawo (prawo roszczeniowe) do miłości, nie możemy niszczyć tego uczucia, ponieważ nie jest to zgodne z naturą i jeszcze się to źle odbije na naszym zdrowiu psychicznym, trzeba koniecznie zaspokoić swoje zmysły i popędy. Człowiek dzięki posiadanej wolnej woli i rozumowi jest w stanie wychować swoje popędy i uczucia. Kobieta czy mężczyzna nie powinni natychmiastowo podążać – dosłownie ulicą – za napotkaną atrakcyjną osobą po to, by tylko nakarmić swoje zmysły. Wyobraźmy sobie taką groteskową sytuację w naszym umyśle (niemal jak ze sceny kabaretu): mężczyzna (kobieta) biegnący (biegnąca) z językiem na brodzie, by zaspokoić pragnienie swoich zmysłów. W ten sposób biegają za sobą małpy po dżungli. W ludzkim przypadku sytuacja ta uwłacza godności człowieka. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że miłość nie jest czymś, co nas zniewala; dzieje się poza nami. Ona ma swoje przyczyny i śmiało nią możemy pokierować.

e) Mamy kochać siebie, afirmować, ubóstwiać, chodzić do salonów piękności, na solarium, stosować drakońskie warzywne diety tylko po to, by być atrakcyjnym cieleśnie (zmysłowo) dla naszego partnera. Mamy kochać bliźniego swego jak siebie samego. Jeśli siebie nie kochamy, jeśli w sobie nie mamy miłości, nie obdarujemy nią drugiego człowieka. Logiczne. Bo jak można dać coś, czego się nie ma? Kochajmy siebie, ale z umiarem; niech nie będzie to miłość egoistyczna, mająca w centrum uwagi tylko siebie. Miłość do samego siebie oznacza akceptację samego siebie takiego, jakim jestem, ale (co należy podkreślić) nie wyklucza to, że mamy siebie kształtować (zawsze mogę być lepszy), zmieniać (na lepsze), doskonalić (ku dobru), wymagać od siebie. Nie możemy przesadzić z miłością do siebie (tym bardziej do drugiego człowieka), tzn. nie należy nam popadać w dwie skrajności: odrzucać siebie, swoje ciało (anoreksja, bulimia, depresja) ani też popadać w euforię i ubóstwiać siebie (pycha). Niech nasza miłość będzie zrównoważona.

f) Małżeństwo może istnieć niekoniecznie jako związek trwały, co oznacza dopuszczalność luźnych związków bez zobowiązań, w których ludzie są dla siebie nie świętością, a partnerami w grze na boisku ludzkiego życia. Ludzie mali, o tchórzliwym sercu, kierujący się własnymi przyjemnościami, boją się wchodzić w związki stałe, boją się odpowiedzialności za tę drugą ukochaną osobą, a tym bardziej za mogące się narodzić w ich związkach nowe życie, wtedy - niepożądane. Nasuwa mi się tu na myśl pewna dyskusja w telewizji. Dwie ślicznotki opowiadają o “wolnej miłości” (tej bez zobowiązań) i “o wolnych związkach”, w jakich żyją. Twierdzą, że im i ich partnerom jest z tym dobrze, nie widzą potrzeby legalizacji tych związków. Twierdzą, że ich miłość jest wolna, bo oni potrafią kochać się bez papierka. Wolna od pęt nakładanych przez prawo i moralność katolicką. Jest to “w żywe oczy” wyśmiewanie się z instytucji sakramentu małżeństwa, typowa, książkowa technika manipulacji cliche5, czyli przedstawianie w negatywnym świetle danego problemu. Ludzie ci myślą, że są wolni nie zdając sobie z tego sprawy, jak bardzo oszukują siebie. Możliwość dysponowania sobą to istota wolności. Najwyższym aktem wolności jest oddanie się drugiej osobie, związanie się z nią na wieczność. Ślubując sobie dozgonną wierność, partnerzy nie ograniczają swej wolności, lecz wychodząc ponad siebie maksymalnie z niej korzystają i realizują się, jako istoty ludzkie. Ślubując wiążą się ze sobą – a to zakłada uznanie i przyjęcie drugiej osoby, akceptację nie tylko jej pozytywów, ale i jej słabości.

g) Małżeństwo można zawrzeć niekoniecznie z osobą o odmiennej płci. Dopuszczalność zawierania związków homoseksualnych. Trzy dziedziny naukowe, zarówno medycyna, psychologia, jak i psychiatria, znajdują się dziś na bardzo wysokim poziomie rozwoju klinicznego (praktyka). Dowiodły one faktu, że gen homoseksualizmu nie istnieje, a jedynie niektórzy ludzie mogą mieć przekazane poprzez geny pewne predyspozycje do bycia osobą o skłonnościach homoseksualnych (predyspozycje nie są grzechem, jedynie sprawiają istnienie silnej skłonności do postępowania wewnętrznie moralnie złego6). A więc ludzie, jeśli nie zaistnieją w ich życiu pewne warunki zewnętrzne, nie stają się homoseksualni; są w potencjalności bycia nimi, ale żyją jako heteroseksualni. Zastosujmy myślenie analogiczne, jeśli chodzi np. o alkoholizm. Kiedyś naukowcy twierdzili, że gen alkoholizmu istnieje i jest determinantem nałogu dziedziczonym z pokolenia na pokolenie. A jednak istnieją dzieci alkoholików żyjące w abstynencji, choć genetycznie ich ciało posiada skłonności do alkoholowego nałogu. Dziś już wiemy, że zarówno alkoholizm jak i homoseksualizm można leczyć, jeśli tylko pacjent wyrazi swoją wolną wolą chęć leczenia. Trzeba nam bezwzględnie pamiętać, że nie wolno nam odrzucać ludzi “kochających inaczej”. Powoduje to, iż oni zamykają się w swych własnych, hermetycznych środowiskach. Oni tym bardziej, ze względu na swoją odmienność, wymagają delikatności, szacunku i miłości z naszej strony. Homoseksualizm jest dla nich trudnym doświadczeniem7. Żyjąc w strachu, w przeświadczeniu, że są inni, na pewno nie będą się w stanie otworzyć i naprawić swoich relacji w stosunku do świata. Trzeba im pomóc w odkryciu prawdy o samych sobie, swego powołania zgodnego z płcią. Trzeba im pomóc uwolnić się od mechanizmu głęboko tkwiącego w ich psychice, polegającego na pragnieniu bycia z człowiekiem tej samej płci, będącego wynikiem nienaturalnego, wynaturzonego systemu wychowawczego stosowanego przez rodziców, opiekunów, lub będącego wynikiem braku przy dziecku w czasie wzrastania tych osób wychowujących lub jednej z nich. Natomiast osoby homoseksualne powinny pamiętać, że to, iż nie ponoszą winy za istnienie w nich predyspozycji do skłonności homoseksualnych nie wyklucza tego, że ponoszą one odpowiedzialność za nią samą, za jej świadome wykorzystanie. Homoseksualizm istnieje w nas, rodzi się w nas. To tak jak z miłością: nie istnieje ona poza nami, nie rodzi się poza nami, a istnieje w nas; miejsce jej narodzin jest w nas i to my nią sterujemy. Homoseksualizmem jesteśmy w stanie kierować w ten sam sposób, poprzez rozum i wolną wolę.
Mając do dyspozycji swój rozum, jego logiczne myślenie oraz opierając się na prawie naturalnym, przeanalizujmy akt seksualny par heteroseksualnych i homoseksualnych, ich znaczenie. Zacznijmy od tego, że stosunek seksualny między kobietą a mężczyzną to nie przypadkowe działanie, posiada ono szczególny status, który stanowi o jego ważności. Gdyby było inaczej to gwałt (akt seksualny) dokonany bezprawnie w sytuacji poniżenia godności drugiej osoby, która nie wyraża zgody na ten akt, nie różniłby się niczym od misterium miłosnego kochających się dwojga osób różnej płci. Seks między parą heteroseksualną jest znakiem jedności tych osób. Integracja ciał jest znakiem zjednoczenia osób. W stosunku heteroseksualnym można wyróżnić dwa elementy, które mówią o jedności osób: mężczyzna jest wewnątrz kobiety (jego członek wewnątrz jej pochwy), a kobieta wewnątrz mężczyzny, otoczona jego ramionami. Stosunek płciowy kobiety i mężczyzny dąży do spłodzenia potomstwa. Potomstwo to łączy w sobie cechy męża i żony, potwierdzając tym samym jedność małżonków. Tak więc stosunek heteroseksualny wynika z naturalnego stanu rzeczy (jest naturalnym znakiem). W stosunku homoseksualnym brakuje tych dwóch elementów, które czynią znak naturalny z aktu płciowego. Jest to wzajemne przyjmowanie siebie w miłości. W stosunku homoseksualnym nikt nie znajduje się wewnątrz drugiego, narząd płciowo – rozrodczy jednego z mężczyzn w akcie homoseksualnym pozostaje na zewnątrz, bezczynny, bezużyteczny, co oznacza brak wzajemnego oddania się sobie. Akt homoseksualny nie dąży także do prokreacji, a tym samym nie jednoczy uczestniczących w akcie poprzez spłodzenie dzieci, które łączą w sobie cechy rodziców. W akcie homoseksualnym brakuje właśnie tych dwóch elementów, które czynią ze związku naturalny znak jedności. Skoro akt homoseksualny nie może oznaczać jedności, nie dąży do zjednoczenia osób w niego zaangażowanych, jest to czynnik wyjaśniający niestabilność związków homoseksualnych8.

h) Zrównanie praw małżeńskich związków heteroseksualnych z homoseksualnymi, traktowane jako dziejowa sprawiedliwość, czego konsekwencją jest dopuszczalność adopcji przez pary homoseksualne dzieci. Jak to zostało wyżej, w punkcie g) udowodnione, związek homoseksualny nie spełnia celu komplementarności (bycia jednego człowieka w drugim), jedności, i jest związkiem niepłodnym. To obnażenie nagiej prawdy o tych związkach doprowadza do idei adopcji po to, by mieć jakiś cel, jakieś przedłużenie. Sama idea adopcji daje asumpt do stwierdzenia, że jest ona dowodem na to, iż związki homoseksualne ze swej natury nie są trwałe, że ludzie znajdujący się w nich nie są w stanie pomiędzy sobą wybudować trwałej miłości, a tym samym żyć w trwałym stabilnym związku. Na tej podstawie można postawić analogiczną tezę, że adopcja w przypadku par heteroseksualnych też świadczy o tym, iż pary te nie są w stanie budować między sobą miłości i żyć ze sobą na stałe. Jednak teza ta tylko pozornie jest analogiczna. Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy związkiem pary homoseksualnej i heteroseksualnej, tylko ta druga jest w stanie wydać na świat potomstwo. Ubiegając zastrzeżenia dotyczące par nie mogących mieć dzieci czytamy w Gaudium et spe9s: ”Małżeństwo jednak nie jest ustanowione wyłącznie dla rodzenia potomstwa; sama bowiem natura nierozerwalnego związku między dwoma osobami oraz dobro potomstwa wymagają, aby także wzajemna miłość małżonków odpowiednio się wyrażała, aby się rozwijała i dojrzewała. Dlatego małżeństwo trwa jako wspólnota całego życia i zachowuje wartość swoją oraz nierozerwalność nawet wtedy, gdy brakuje tak często pożądanego potomstwa”.

i) Miłość to euforia, błogostan. Tak naprawdę, to tylko część uczuć pozytywnych, jakie towarzyszą miłości. A jest jeszcze cały wachlarz uczuć negatywnych. Media niestety nie przedstawiają tej “drugiej strony medalu” miłości. Nie ukazują miłości jako poświęcenia, ciężkiej pracy nad sobą samym i małżonkiem, życzliwości wobec siebie nawzajem i wyrozumiałości. A prawdą jest, że zakochani przeżywają nieporozumienia i rozczarowania, pojawiają się pomiędzy nimi wzajemne pretensje, emocjonalne zranienia i bolesna zazdrość. To wszystko to uczucia, które - zmienne - są spontaniczną reakcją organizmu. Zmienność ich jest nieuchronnym elementem naszego życia. Dlatego przysięgi i ślubowania mogą dotyczyć tylko naszych decyzji i zachowań, nigdy uczuć czy nastrojów. Gdyby miłość była uczuciem, nie można byłoby złożyć przysięgi małżeńskiej. Nasze uczucia zmieniają się ciągle w zależności od sytuacji życiowej. Miłości towarzyszą różnorakie uczucia, te negatywne również i o tym także należy mówić, by dopełnić prawdziwego obrazu miłości, np. kiedy nasz towarzysz życiowy robi sobie krzywdę, niszcząc siebie poprzez sięgnięcie po narkotyk, nam towarzyszy uczucie gniewu, rozgoryczenia i złości, ale to nie oznacza, że my go nie kochamy. Pójdźmy dalej, miłość jest sprawcza i upoważnia nas do czucia gniewu w tej sytuacji, wobec tego, co uczynił, wobec zła.

OBRAZ MIŁOŚCI W KATOLICKIM DWUMIESIĘCZNIKU SPOŁECZNEJ KRUCJATY MIŁOŚCI “MIŁUJCIE SIĘ”!

Zacznę od spraw formalnych. Kto zaś to redagujący i wydający? Są to osoby zarówno świeckie jak i konsekrowane, zawodowi publicyści znajdujący się pod główną władzą “naczelną” księdza Mieczysława Piotrowskiego TChr. Czasopismo posiada imprimatur, co czyni je pismem moralnie (po chrześcijańsku) bezpiecznym i uprzedza ewentualne zastrzeżenia. Jak sami o sobie piszą, ludzie z redakcji pragną przeciwstawiać się mocy zła, jaka płynie z rozmaitych środków masowo przekazu, poprzez post, modlitwę i ewangelizację. Ewangelizować to znaczy najpierw samemu poznać Dobrą Nowinę, a później dzielić się nią z innymi. Redakcja “Miłujcie się” radosną nowiną o zbawieniu Jezusa Chrystusa dzieli się z czytelnikami.
W początkowej analizie czasopisma skupię się na szczegółach zewnętrznych, poruszających nasze zmysły zewnętrzne, szczególnie zmysł wzroku. To bardzo ważny element (bodajże najważniejszy) w pierwszym kontakcie u młodego czytelnika, który jakby w dzisiejszych czasach pływa (a nawet czasem tonie) w lekturze pism kolorowych dla siebie. A trzeba mu pamiętać, że “nie wszystko złoto, co się świeci”. Sam tytuł czasopisma, będący piękną zachętą do obdarzania siebie nawzajem miłością, “mówi sam za siebie”. Szata graficzna czasopisma jest zawsze radosna i dobra. Z reguły na pierwszej stronie są młodzi ludzie2, tryskający energią, których twarze rozpostarte są w szeroki uśmiech; małżeństwa, pary zakochanych, całe rodziny z dziećmi... zawsze obraz ten jest odniesieniem do więzi, jaka łączy (domyślamy się) tych ludzi, do miłości. Dużym napisem, wizytówką, która zawsze odnosi się (tak jak obraz) do miłości, ta sama strona prosi o zaglądnięcie do środka3.
Większość artykułów “Miłujcie się” to świadectwa, przeważnie ludzi młodych4, ale nie tylko, którzy doznali nawrócenia ze złej, destrukcyjnej, prowadzącej do śmierci fizycznej i duchowej drogi życia na drogę Bożą pełną miłości, godności, szacunku - prawdziwą i jedyną drogę życia. Ludzie tworzący ten młodzieżowy, katolicki dwumiesięcznik wyszli z założenia, że najskuteczniejszą drogą na dotarcie do ludzi młodych i zawrócenia ich ze śmiertelnej drogi życia bez Boga, jest przedstawienie im osób, którre sane były w drodze ku śmierci, ale jednak będąc na dnie moralnym odnaleźli sens swego życia w Bogu. Świadectwa te mają za cel wzbudzić w ludziach młodych żyjących z dala od Boga nadzieję (czyli pewność), że im też się uda, że warto walczyć o siebie i że można wygrać swoje życie, że jest to możliwe. Świadectwa te jakby podają “instrukcję obsługi życia”. Niektóre z nich dotyczą piękna życia w czystości (“Odmieniło mnie przyrzeczenie czystości”, “Przyrzekam czystość”5), opisują radość rodziców z cudu poczęcia6, małżeństwa udzielają świadectwem swego życia recepty na szczęście w rodzinie7. W artykułach i w świadectwach spotkamy się również z opisem wielkiej potęgi modlitwy8. Do stałych rubryk czasopisma należy rys historyczny, na łamach którego porusza się tematy trudne, publicznie często przemilczane, jak m.in. podjęty temat Ormian jako pierwszych ofiar ludobójstwa XX wieku9, czy temat walki z Kościołem w III Republice10; tematy będące rewizją dziejową, odkrywającą prawdę i obalającą mity, jak m.in. artykuł pt. “Mroki średniowiecza, światło oświecenia?11”. Stałą częścią dwumiesięcznika są również “Największe nawrócenia XX wieku”, gdzie zawarte są opisy dróg powrotnych do Boga, dróg ciemnych niewiary, artystów z różnych dziedzin współczesnej kultury (m.in. aktorek, np. Ewy Lavalliere - francuskiej aktorki komediowej przełomu XIX I XX wieku12), uczonych, inteligentnych i bogatych ludzi13.
Czasopismo to ukazuje postać realnego człowieka, a co za tym idzie zawiera w sobie obraz rzeczywistej miłości, wraz z którą równolegle istnieją, towarzyszą jej, pozytywne i negatywne uczucia, nastroje radości i smutku, ale również brak nastrojów i przeczuć.
Przedstawiony obraz miłości nie jest koloru różowego o smaku słodkiej landrynki, nie jest również tylko i wyłącznie pokazany w czarnych barwach, jest realny. W artykułach i świadectwach obnażane są zafałszowania dotyczące miłości, szczegółowo: mit dopasowania seksualnego, mit pieszczot jako czynności niegrzesznych, moralnie neutralnych, mit miłości jako uczucia. “Miłujcie się” ostrzega młodych ludzi przed zgubnymi wpływami sekt, niektórych rodzajów muzyki; podejmuje trudny temat homoseksualizmu. Pisze o niemoralnym aspekcie tych czynów i o przyczynach skłonności homoseksualnej. To pełnia prawdy o świecie, człowieku, o miłości, którą przedstawianie młodemu pokoleniu gwarantuje dobre jego wychowanie. “Jak powiedział Platon, tak należy prowadzić osobę, dążącą do cnoty, aby już od młodości cieszyła się i smuciła się tym, czym trzeba się radować i smucić. Na tym bowiem polega właściwe wychowanie młodocianych, by przyzwyczajali się do radowania się z dobrych czynów i smucili się z powodu złych czynności”. Należy młodym ludziom mówić o radosnych i trudnych chwilach w miłości, by w ten sposób mogli oni żyć autentycznie, by mogli żyć odpowiedzialnie, a mogą takiego życia doświadczyć tylko wtedy, gdy znają całą prawdę. Wtedy dopiero mogą podejmować rozsądne decyzje, w obliczu pełnego poznania.
W dzisiejszych czasach jest wielu młodych ludzi poranionych emocjonalnie i duchowo, potrzebujących miłości, wielkiej troski, odkrycia w nich na nowo godności Dziecka Bożego. Jest wielką sztuką rozmawiając z młodym człowiekiem, który niejednokrotnie pogmatwał sobie tragicznie życie, poradzić coś, co by nie było dla niego za trudne i niezrozumiałe, a co dałoby mu twardy fundament do budowania sensownego życia. Redakcja “Miłujcie się” moim zdaniem wychodzi młodym naprzeciw, nie boi się poruszania trudnych tematów, prowadzi z młodymi konstruktywny, oparty na faktach dialog (pośrednia rozmowa na łamach czasopisma w formie odpowiedzi na pytania, wątpliwości, oskarżenia czytelników w rubryce: “List do dziewcząt i chłopców”, “List do dziewcząt”, “List do chłopców”, “Z pozycji Taty”). Zawsze mówi prawdę, czasem nawet zbyt wyraźnie, zdawałoby się, akcentując tę drugą, negatywną, stronę medalu danego problemu. Czasem mam wrażenie, że zło opisywane w świadectwach jest większe od dobra i że lada moment świadectwo to przerodzi się w reklamę zła..., lecz to “optyczne” złudzenie, pozorna siła zła, bo krzykliwy i sensacyjny jest jego charakter, to też wydaje się go więcej. Tylko się wydaje.
Należy pamiętać, że w dobrej ewangelizacji, w opowiadanym świadectwie, należy się skupić ogólnie na destrukcyjnych mechanizmach działania złego ducha (na morale, pouczeniu z opowieści), a nie należy nadmiernie wchodzić w szczegóły opisując złe działania, by tym samym nie uatrakcyjnić młodemu słuchaczowi zła.

WNIOSKI

Wobec zideologizowanych, postmodernistycznych mediów przekazujących nam fałszywy obraz człowieka i miłości, należy nam:

1) za Janem Pawłem II powtarzając, na nowo dziś odkryć prawdę o człowieku,
2) tworzyć media alternatywne, mówiące o pełni miłości i ukazujące realnego człowieka,
3) na powrót “przywrócić do łask” w społeczeństwie wielką cnotę samodzielnego myślenia,
4) zachowywać postawę czuwania, badać nieustannie rzeczywistość poddając ją krytycznemu osądowi rozumu,

5) żyć godnie samemu i tym świadectwem życia budzić na nowo wiarę, przede wszystkim w młodych ludziach, w prawdziwą, duchową i czystą miłość. Istnieje taka prawidłowość, iż ludzie młodzi uczą się życia patrząc na dorosłych, naśladując ich, i że zanim nastąpi upadek uczniów następuje wcześniej upadek mistrzów. A więc, jeśli my - dorośli - będziemy kochać prawdziwą miłością siebie nawzajem i nasze dzieci, one to chwycą w lot!

Ewa Twerd

Odwiedzin :