Strona główna -> Duchowość -> OBYŚ BYŁ ZIMNY ALBO GORĄCY


Największy posiew dobra, paradoksalnie, przynoszą nawróceni wielcy grzesznicy: św. Maria Magdalena, św. Paweł, św. Augustyn, św. Ignacy z Loyoli... Niełatwe charaktery, dramatyczne wydarzenia. Nie inaczej było z Karolem de Foucauld, który wkrótce zostanie uznany przez Kościół za błogosławionego. O jego namiętnym poszukiwaniu Boga opowiada brat Moris ze Wspólnoty Małych Braci Jezusa.

Wysłuchała i opracowała Agnieszka Burda

To burzliwa historia. I pozornie kończy się klęską. Ale gdyby nie śmierć Karola i jego ofiara, nie żyłbym jak on i nie byłoby mnie w Polsce. Mogę powiedzieć, że ja i inni bracia i siostry, jesteśmy plonem z ziarna, które obumarło. A zaczęło się standardowo...
Hulaj dusza, Boga nie ma!
Karol pochodził z arystokracji. Został oficerem. Żył pełnią życia, cenił sobie urok niewiast, szalał towarzysko. Lubił dobrze zjeść i się zabawić. Gruby był i leniwy. Skandale nie były mu obce. Za życie z tancerką, którą przedstawiał oficerom jako damę z wyższych sfer, został wyrzucony z armii. Buntował się, ale musiał przyjąć decyzję. Kiedy jednak dowiedział się, że jego batalion zostaje wysłany do walki na Saharę, poprosił o przyjęcie do wojska nawet na szeregowego żołnierza. Uzyskał zgodę. Wtedy po raz pierwszy poznał surowe życie.
Szok poznawczy
Tam ze zdumieniem patrzył, jak żołnierze, muzułmanie z Algierii, pięć razy dziennie przerywali działania, aby modlić się, pochylając twarz do ziemi. Dla niego był to powód do pytania: Czy to możliwe, że Bóg istnieje? Po powrocie do Francji dalej się bawił. Zapragnął jednak poznać niedostępne dla Europejczyków Maroko. Rozpoczął więc naukę arabskiego i hebrajskiego. Po Maroko podróżował pieszo z pewnym rabinem, sam ubrany jak rabin i biedny jak rabin. Noszenie stroju Europejczyka można było przypłacić życiem. Podróż trwała rok. Wrócił do Paryża, będąc innym człowiekiem – wyszczuplał, przywykł do surowego życia, noce spędzał przecież, bez wygodnego materaca.
Wszystko albo nic
W Paryżu zaczął chodzić do kościoła. Szukał, wołał: „Panie Boże, jeśli istniejesz, powiedz mi”. I pewnego razu spotkał księdza, który później stał się jego ojcem duchownym i przyjacielem. Rankiem podszedł do jego konfesjonału, mówiąc, że nie przyszedł, aby się spowiadać, bo nie ma wiary, ale szuka kogoś, kto może pouczyć go o tym, czym jest chrześcijaństwo. A ksiądz na to krótko: „Klękaj i spowiadaj się”. Migał się, ale dał się przekonać. Wysypał przed kapłanem całe swoje życie. Wzruszony ksiądz dając mu rozgrzeszenie, powiedział: „Nie odchodź, bo teraz będzie msza święta”. Karol został. Przystąpił do Komunii. I nagle coś się w nim odmieniło. Bóg dotknął jego serca. On szukających Go nie zawodzi. Od tej chwili Karol mógł powiedzieć: Wierzę, że Jezus jest Synem Bożym. Zasłony opadły i wszystko stało się jasne. Zrozumiał, że odtąd nie chce innego życia, niż to z Jezusem. Wszędzie i na wieki. Tak jak był skrajnie bogaty, tak teraz marzył o skrajnym ubóstwie.
Wśród tajemniczych braci
Siedem lat spędził u trapistów, potem 4 lata w Nazarecie jako pustelnik. Po święceniach kapłańskich wyjechał do Maroka. Zaangażował się w pomoc niewolnikom. To trwało cztery lata. Był szczęśliwy. Oddał wszystko, oddał siebie samego. Miłość do Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie prowadziła go do miłości braci.
Kiedyś usłyszał, że Tuaredzy, tajemniczy koczowniczy lud, są dwa tysiące kilometrów dalej. Ich mężczyźni mają twarze otoczone welonem, widać tylko czarne jak smoła oczy. Karol przez rok szedł do nich z karawaną. Napisał potem cztery ogromne słowniki, bo mówił, że trzeba przygotować miejsce dla tych, którzy później do nich przyjadą.
Był też czas, że przez trzy lata nie padał tam deszcz. Dzieci Tuaregów zaczęły chorować i umierać. Karol oddał im wszystkie zapasy. W końcu sam zachorował. Stracił przytomność. Wtedy Tuaredzy otoczyli go opieką. Karmili kozim mlekiem jak małe dziecko. Przeżył. Odkrył wówczas, że nie tylko trzeba dawać, ale trzeba też umieć przyjmować. Jezus tak robił. Mówił: Syn Boga stał się jednym z nas, przyjął nasze słabości, trudy, grzechy, nasze cierpienie. Śmiał się i płakał z nami. To dzięki Niemu jesteśmy dziećmi samego Boga! Dla Karola Jezus to wzór życia. Dlatego został bratem najmniejszych. Spędził wśród nich 11 lat, żartował i smucił się z nimi. Należał do nich. Zginął męczeńską śmiercią podczas I wojny światowej zastrzelony przez piętnastoletniego chłopca. Obok jego ciała znaleziono porzucony Najświętszy Sakrament. Jezus, jego ukochany Brat, i w śmierci go nie zostawił.
Plon stukrotny
Pozbierano rozproszone notatki Karola. Wielu myślało, że to koniec. Jest wojna, co dzień są zabici. Cóż tam jeden szaleniec, który umiera w ten sposób! Dwanaście lat po jego śmierci mężczyźni i kobiety przyjeżdżali na pustynię, by spróbować żyć jak on. Okazało się, że to pociągająca duchowość: być małym bratem lub siostrą Jezusa. Pewnego dnia brat René i siostra Magdalena żyjący w różnych miejscach Sahary spotkali się przy grobie brata Karola w środku pustyni. Przedtem nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu. Tak powstało zgromadzenie Małych Braci i Sióstr Jezusa. Teraz żyjemy też w Polsce. Te i inne cuda były i są możliwe dlatego, że Karol nie starał się nawracać, ale kochać. I do końca pozostał wierny przyjaciołom. Jak jego Brat – Jezus. Dzisiaj my staramy się żyć według tej samej zasady: kochać najmniejszych i żyć wśród nich. Ale to już nowsza historia...

***

Karol de Foucauld
Był bogaty i wykształcony. Upajał się blichtrem świata. Kiedy spotkał Jezusa, był jak zakochany człowiek,który nieustannie myśli o drogiej osobie. Ewangelie traktował jak miłosny list, który czyta się po wiele razy, odkrywając ciągle nowe myśli i pragnienia piszącego. Takie podejście zaprowadziło go do najbiedniejszych na Saharę. Żył z nimi i oddał za nich życie.

Agnieszka Burda
ŹRÓDŁO: Dobry Magazyn nr 5 (22)/2005

Odwiedzin :