Strona główna -> Święci, Błogosławieni... -> Ojciec Tomasz Rostworowski


Wrócił późno do swej celi w klasztorze w Łodzi i jak zwykle nastawił "Londyn", by wysłuchać wiadomości. Ktoś zadzwonił do furty, że chce się widzieć z o. Tomaszem Rostworowskim. Odpowiedział, że nie oczekuje o tej porze żadnej wizyty i jest zdziwiony prośbą. Przez szybę w drzwiach zobaczył twarz naczelnika Urzędu Bezpieczeństwa. Pokazał polecenie odbycia rewizji. Do środka wtargnęło czterech funkcjonariuszy, w tym dwaj studenci.

Dokładna rewizja trwała kilka godzin. Wreszcie o godz. 4.30 - był już 22 stycznia 1950 r. - ubowcy pokazali nakaz aresztowania. - Jak długo nie będzie mnie w domu - zapytał o. Tomasz. - Nie wiemy - odpowiedzieli. - Czy więcej jak trzy dni? - dopytywał się ojciec. - Chyba tak - padła odpowiedź.
Dla bezpieki i władz komunistycznych o. Tomasz Rostworowski był osobą "podejrzaną" co najmniej z kilku powodów. Miał "niewłaściwe" pochodzenie społeczne - ziemiańsko-inteligenckie; "reakcyjne, wsteczne" poglądy - bo był kapłanem, a do tego jezuitą, duszpasterzem Armii Krajowej, uczestnikiem Powstania Warszawskiego. Słowem - wróg klasowy, który musi być usunięty ze społeczeństwa, by zrobić miejsce dla "nowego człowieka" sowieckiego chowu.

Łowca dusz
Nosił znane nazwisko, którego przedstawiciele dobrze zasłużyli się Ojczyźnie. Tomasz dorastał w cieniu sławy swego stryja Karola Huberta Rostworowskiego - znanego poety i dramaturga katolickiego. Atmosfera intelektualnego wyrafinowania, wysokiej kultury i głębokiej wiary przepajała też dom rodzinny i otoczenie przyszłego kapłana. Przyszedł na świat 9 listopada 1904 r. jako syn Karola Rostworowskiego - inżyniera i kompozytora, i Teresy z Fudakowskich. Był najstarszy z trzech braci. Do 11. roku życia mieszkał w Warszawie, potem trzy lata spędził w Szwajcarii. Tam, we Fryburgu, w 1913 r. przyjął I Komunię Świętą, do której przygotował go ks. Władysław Korniłowicz, współtwórca Lasek, dziś sługa Boży. Spotkanie z tym wybitnym kapłanem, który "o sprawach Bożych mówił jak o swoim domu", wywarło wielki wpływ na umocnienie się powołania zakonnego Tomasza. W 1923 r. wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w Starej Wsi.
Pierwsze śluby złożył w 1925 r. w Nowym Sączu, gdzie studiował filozofię. W czerwcu 1928 r. przyjechał do Wilna i objął stanowisko wychowawcy w konwikcie oraz wykładowcy historii, języka francuskiego, geografii w niższych klasach gimnazjum. Jednocześnie studiował w wileńskim Konserwatorium Muzycznym. Po studiach teologicznych w Kolegium Bobolanum w Lublinie w latach 1932-1935, 23 czerwca 1935 r. przyjął święcenia kapłańskie. Potem przełożeni skierowali go znów do Wilna, gdzie niemal do wybuchu wojny był nauczycielem śpiewu w gimnazjum, kierownikiem małego seminarium, opiekunem teatru szkolnego, orkiestry i chóru. W Lublinie i Wilnie prowadził drużyny harcerskie, w 1937 r. odbył kurs harcmistrzowski i mianowany został - jako pierwszy jezuita - harcmistrzem.
Apostolska gorliwość, łatwość nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem, wrodzona dobroć przyciągały do o. Tomasza rzesze młodzieży. Miał dar, jak św. Andrzej Bobola, łowienia dusz dla Pana Jezusa.

W Polsce podziemnej
Tak owocnie rozpoczętą pracę duszpasterską przerwała wojna. We Lwowie o. Tomasz był świadkiem najazdu dwóch agresorów i bezpośrednim uczestnikiem dramatycznych wydarzeń. Pomagał nosić rannych z przedpola bitwy znajdującego się tuż za ogrodem klasztornym. Po zagarnięciu Lwowa przez Sowietów, wiedząc dobrze, co niesie komunizm, usiłował przedostać się na Węgry. Niestety, został aresztowany i musiał wrócić do Lwowa. Dopiero 9 listopada legalnie przekroczył granicę w Bełżcu i znalazł się na Lubelszczyźnie. W Starej Wsi ukończył trzecią probację i 2 lutego 1941 r. złożył śluby zakonne w Warszawie. Już wtedy był ministrem domu zakonnego przy ul. Rakowieckiej 61, później został przeniesiony do kościoła OO. Jezuitów przy Świętojańskiej.
Czas okupacji niemieckiej był okresem bardzo żywego apostolstwa o. Tomasza. Ludzie garnęli się do Kościoła, do kapłanów, szukając oparcia w niewzruszonym fundamencie prawdy Bożej. Młody jezuita nie szczędził czasu: spowiadał, głosił rekolekcje - w Wielkim Poście 1943 r. przeprowadził aż 18 serii nauk, w 1944 r. - 20. Włączył się też w prace Polskiego Państwa Podziemnego. Miał kontakty z wieloma grupami Szarych Szeregów i Harcerstwa Polskiego, brał udział w składaniu przyrzeczeń harcerskich, odbierał przysięgę od nowych żołnierzy Armii Krajowej, organizował skupienia dla młodzieży, prowadził gawędy, koncerty i wieczory pieśni. Wybiegał myślą w przyszłość - trzeźwo oceniał, że Polska niebawem znajdzie się w nowej niewoli sowieckiej, do której katolicy muszą się przygotować, by ratować wiarę.

Powstanie
Przed wybuchem Powstania Warszawskiego kapelani AK polecili o. Tomaszowi być w pogotowiu, by mógł nieść pomoc rannym i umierającym na Starym Mieście. Przystąpił do służby pierwszego dnia walk. Z poświęceniem gasił pożary, przenosił rannych i chorych, pocieszał, spowiadał, dysponował na śmierć. 6 sierpnia został kapelanem batalionu "Gustaw", a 6 sierpnia Komendy Głównej AK. Jak zwykle szturmem zdobywał serca młodzieży, organizując koncerty pieśni patriotycznych.
2 września, wbrew rozkazowi, by razem z oddziałami AK kanałami opuścić Starówkę, o. Tomasz zostaje z rannymi w szpitalu przy ul. Długiej. Zdąży jeszcze udzielić blisko 400 osobom Komunii Św. Na placu Zamkowym Niemcy włączają o. Tomasza do kolumny, która ma iść do obozu w Pruszkowie. Wykorzystując chwilę nieuwagi, kapłan odchodzi od grupy i ukrywa wśród ruin na Mariensztacie. Przez miesiąc będzie żył w piwnicy samotnie jak Robinson. Opuści Warszawę 3 października.
Za udział w Powstaniu o. Tomasz został odznaczony Krzyżem Walecznych (w sierpniu 1944 r.), Orderem Virtuti Militari, który odebrał dopiero po opuszczeniu więzienia. Najwyższe odznaczenie złożył jako wotum na ołtarzu w kościele OO. Jezuitów przy Rakowieckiej.

Opiekun Sodalicji
Ojciec Tomasz powrócił do pracy rekolekcyjnej w domach zgromadzeń zakonnych, ale już 21 stycznia 1945 r. był z powrotem w zniszczonej Warszawie, by ratować bibliotekę jezuitów. 2 lutego otrzymał polecenie udania się do Łęczycy. Po drodze zatrzymał się w Łodzi i tam pozostał. Rozpoczął pracę duszpasterską wśród uczniów i młodzieży akademickiej. Na prośbę studentek zaczął organizować Sodalicję Mariańską. "Powiedzieliśmy sobie wówczas, że katolicyzm w swoim rozwoju nie może być mniej dynamiczny od jakiejkolwiek doktryny czysto ludzkiej, choćby nie wiem jak szlachetnej. Ogień, żar, rozpalony przez miłość ku Zbawicielowi, musi zapalać innych, szerzyć się jak pożar. (...) Obiecaliśmy, że będziemy 'siać miłość', choćby to było wśród burz i słot!"
- pisał o swojej pracy.
Rozpoczął budowanie struktur duszpasterstwa akademickiego w dwóch wymiarach: poprzez formowanie liderów katolickich w takich organizacjach, jak Sodalicja Mariańska i Iuventus Christiana, oraz prowadzenie szeroko zakrojonej pracy w międzyuczelnianej Caritas Akademica. Spotkania w kościele Jezuitów przyciągały rzesze studentów, tu było miejsce wolnej wymiany myśli. Do konfesjonału o. Tomasza ustawiały się codziennie długie kolejki, spowiadał nieraz do godz. 22.00. Spalał się w pracy apostolskiej, bo tu szło o rzecz najważniejszą - nie pozwolić bezbożnemu komunizmowi zagarnąć serca młodych ludzi, tworzyć inteligencję katolicką, tak zniszczoną przez obu okupantów podczas wojny. Budować Polskę Chrystusową, a nie ateistyczną.
Po sfałszowanych wyborach do Sejmu w styczniu 1947 r. i rozprawieniu się z opozycją komuniści porzucili stosowany do tej pory kamuflaż i przystąpili do rozprawy z Kościołem. W sierpniu 1948 r. rozeszła się wiadomość, że o. Tomasz został aresztowany. Okazało się, że pogłoski rozpuścił Urząd Bezpieczeństwa, żeby wysondować reakcje ludzi. Uznano, że jeszcze na to za wcześnie.
Pierwsze zatrzymania wśród sodalisów nastąpiły jesienią. Zbiegły się z aresztowaniami kapłanów, m.in. ks. Józefa Zator-Przytockiego w Gdańsku, o. Józefa Myszyniewskiego SJ w Zabrzu - za wzywanie rodziców, by nie zapisywali dzieci do szkół TPD, o. Alojzego Chrobaka za używanie w kazaniu "niewłaściwych wyrażeń".

Osaczanie
Po raz pierwszy o. Tomasz został wezwany do UB w grudniu 1947 roku. Przed stawieniem się na rozmowę odprawił spowiedź generalną i poprosił superiora o. Bernarda Przybylskiego o błogosławieństwo. Do teczki zapakował ręcznik, mydło oraz zapasowe skarpety i z duszą na ramieniu stawił się o godz. 10.00 w siedzibie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Anstadta w Łodzi. Kazano mu czekać cztery godziny na korytarzu. Sama rozmowa trwała 1,5 godziny. Ubecy pytali, czy ma kontakty z podziemiem. Kolejne przesłuchanie, w lutym 1949 r., trwało krótko. Ubecy nakazali zawiesić działalność Iuventus Christiana.
5 sierpnia 1949 r. komuniści wydali dekret wprowadzający obowiązek rejestracji wszystkich stowarzyszeń religijnych. Oznaczało to objęcie przez państwo kontroli nad życiem Kościoła, utratę autonomii stowarzyszeń katolickich. Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński polecił zawiesić działalność kościelnych organizacji, w tym Sodalicji Mariańskiej.

Aresztowanie
Tej samej nocy, 21 stycznia 1950 r., gdy ubowcy aresztowali o. Tomasza, dokonali jeszcze innego uderzenia w zakon jezuitów: aresztowani zostali prowincjał o. Edward Bulanda, o. Władysław Ziomkowski, o. Stanisław Nawrocki. W tym samym dniu komuniści przejęli Caritas - Kościół doznał bolesnego ciosu.
Ojciec Tomasz o godz. 5.00 został przewieziony do siedziby UB. Na korytarzu kazano mu kilkanaście godzin czekać na przesłuchanie. Modlił się, by dorosnąć do nowego zadania apostolskiego. Tak w areszcie, a potem w kazamatach ubeckich rozpoczął się nowy etap walki o Królestwo Boże - wśród ludzi poniżonych, maltretowanych torturami, załamanych, pozbawionych nadziei. Miał teraz siać dobro w ich dusze.
19 marca 1950 r. został przewieziony do Warszawy, do Aresztu Centralnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, i osadzony w celi w piwnicy. Tu spędził 11 miesięcy, nie wychodząc na zewnątrz, z wyjątkiem doprowadzania na śledztwa. Śledczy pytali zakonnika o Caritas, Iuventus Christiana, kontakt z podziemnymi organizacjami, organizację "nielegalnych zjazdów i spotkań" młodzieży. Śledztwo toczyło się przy akompaniamencie prasowej nagonki, jakoby "demoralizował" młodzież. "Po dwóch miesiącach śledztwa zaczęło mi świtać przekonanie, że właściwa odpowiedź na pytanie - za co siedzicie - powinna brzmieć - za pozory kontaktu z podziemiem i zbyt duży wpływ na młodzież". O fikcji komunistycznego sądownictwa wymownie świadczy rozmowa z ubowcem, który powiedział o. Tomaszowi po przyjeździe do Warszawy, że spędzi tu parę lat. Wtedy stało się jasne, że uwięzienie kapłana było z góry zaplanowane.
O tym, jak dużą wagę władze MBP przykładały do propagandowego wykorzystania procesu o. Tomasza, świadczy fakt, że płk Julia Brystygierowa, "krwawa Luna", dyrektor Departamentu V MBP, osobiście nadzorowała przygotowanie aktu oskarżenia. Funkcjonariusze UB kazali zwrócić szczególną uwagę na usiłowanie przekształcenia Sodalicji "w legalną ekspozyturę podziemia do walki z Polską Ludową".

36 godzin na przesłuchaniu
Ojciec Tomasz wzywany był na przesłuchania ogółem 128 razy. Trwały od pół minuty do 36 godzin. Najdłuższe rozpoczęło się w Wielki Czwartek 1950 r. i trwało do Wielkiej Soboty rano. Bez przerwy. Ubowcy zmieniali się co dwie godziny. Kazali o. Tomaszowi bez ruchu siedzieć na krześle i trzymać dłonie na kolanach. Nie dali mu nic do picia ani do jedzenia. Gdy na chwilę zostawiali kapłana w pokoju, ukradkiem kładł się na ziemi i gimnastykował, by rozprostować kości.
W czasie innego przesłuchania, gdy o. Tomaszowi wmawiano, że jego działalność w Sodalicji miała na celu obalenie siłą rządu, ubowiec nazwiskiem Michna, rozzłoszczony godną postawą o. Tomasza groził: "My zrobimy z was zbrodniarzy! Ogłoszą was w gazetach jako deprawatorów. Biskupi zdejmą z was święcenia kapłańskie, nie będziecie mogli nigdy wrócić do zajęć księżowskich. Tak, panie Rostworowski".
Ojca Tomasza nie torturowano fizycznie i nie bito. Znęcano się nad nim moralnie - rzucając wyzwiska, obelgi. Cóż mógł prymitywny funkcjonariusz UB wiedzieć o świecie duchowym o. Tomasza, w którym nie było miejsca na zemstę i odwet? Ten kapłan drażnił ich swoim spokojem, godnością, tym, że odmawiał podpisania protokołów w śledztwie.

"Wyrok"
Z MBP o. Tomasz został przewieziony do więzienia przy Rakowieckiej, do X pawilonu. Tam oczekiwał na rozprawę przed Wojskowym Sądem Rejonowym, która odbyła się w dniach 30 sierpnia - 6 września 1951 roku. Składowi sędziowskiemu przewodniczył mjr Mieczysław Widaj, oprawca w todze, który ma na koncie wydanie ponad stu wyroków śmierci, m.in. na majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę". Ten sądowy morderca żyje do dziś i pobiera - jak ustalono - ponad 9 tys. zł emerytury!
Ubowcy zażądali, by na sali sądowej o. Tomasz pojawił się po cywilnemu. Nie zgodził się i zażądał stroju zakonnego.
Akt oskarżenia zawierał fałszywe oskarżenia, które kapłan stanowczo odrzucał: "Wykorzystując swoje stanowisko, organizował kursy i zjazdy członków oraz aktywu Sodalicji Mariańskich, na których poprzez różnego rodzaju oszczerstwa i fałszowanie podstawowych założeń ustroju Polski Ludowej wychowywał sodalisów w duchu wrogim ustrojowi Polski Ludowej, (...) polecał sodalisom prowadzenie dywersyjnej działalności politycznej w związkach zawodowych, zmierzającej do skierowania klasy robotniczej na drogę walki z ustrojem Polski Ludowej".
Odrzucenie oskarżeń przez o. Tomasza nie miało wpływu na "wyrok" - 12 lat więzienia, tyle, ile zażądał prokurator. Skazano go nie tyle za wymyślone zarzuty, ale za wpływ na młodzież, która wybierała wiarę w Pana Boga, a nie w partię.

We Wronkach
21 grudnia 1951 r. o. Tomasz przybył z transportem więźniów do najcięższego więzienia we Wronkach. Siedziało tu wtedy ok. 5 tys. więźniów. "Kazano się nam na korytarzu rozebrać do naga i złożyć rzeczy na ziemi przed sobą. Po dokładnym przeglądzie drobiazgów, sprawdzeniu ubrania, polecono wszystko zebrać razem, wziąć buty w garść i ruszyliśmy biegiem po schodach na górę na oddziale A. Umieszczono nas tam po sześciu. Po drodze popędzano nas krzykiem".
Tak rozpoczęła się więzienna egzystencja o. Tomasza. Przerzucany do różnych cel wszędzie wnosił swoją głęboką wiarę, że Pan Bóg kieruje każdym krokiem człowieka i zawsze daje to, co jest dla niego najlepsze. Ślady Bożej obecności starał się dostrzec nawet w najtrudniejszych chwilach, choćby w karcerze, którego nie szczędzono mu za niepokorną postawę. "Trzech strażników wzięło mnie niemal za kark i zaprowadziło do karceru na oddziale A, na parterze. Weszli ze mną do celi, zamknęli drzwi, przymknęli kratę. Dusik dał mi w twarz, mówiąc: - Co wy sobie myślicie, władzy się sprzeciwiać? Ja skamieniałem. Nie chciałem bójki, bo wiem, że skończyłaby się skopaniem i kalectwem, więc tylko zacząłem się modlić, ofiarując wszystko Panu Jezusowi i zaciskając zęby. Nie będę prowokował, boksować się też nie ma po co. Podskakuje do mnie zaraz drugi mały oddziałowy z bardzo złą miną i grymasem na twarzy i kopie mnie. (...) trafiło mnie powyżej kolana, tak że prawie go nie poczułem i zupełnie nie zareagowałem. Tamten czekał na jakiś odruch przerażenia z mojej strony. A ja nic. Stałem i milczałem, czekając, co będzie dalej. Nic. Odeszli w końcu, mówiąc: - Muru głową nie rozbijecie, Rostworowski. Po co się sprzeciwiać?".
Sprzeciwiał się. Z zapałem oddawał się pracy duszpasterskiej, wszystko, rzecz jasna, w głębokiej konspiracji, bo jakiekolwiek oznaki wspólnotowego życia religijnego uważane były za "propagandę" i surowo karane. Ojciec Tomasz nie dbał o to. Tuż po przybyciu do Wronek odprawił Pasterkę, leżąc na sienniku, za paramenty służyły naczynia... Odmawiał wspólnie z więźniami modlitwy, spowiadał, odprawiał rekolekcje, dysponował na śmierć oczekujących na wykonanie wyroku. W październiku śpiewali Godzinki ku czci Matki Bożej, co miało nieoczekiwane reperkusje. Gdy w liście o. Tomasz napisał: "Czuję się jak Twardowski na księżycu - co dzień godzinki i żadnej wieści ze świata", funkcjonariusz, który cenzurował listy, wywołał kapłana z celi. - Rostworowski, co wy tu piszecie? Kto to jest ten Twardowski? - spytał. - On już umarł, obywatelu oddziałowy - brzmiała odpowiedź. - Nie wiecie, jak się listy pisze? Trzeba pisać tak, żeby każdy zrozumiał. Po co ten krzyżyk na początku? Może to jakiś szyfr?
W monotonne życie więzienne o. Tomasz wnosił humor i dowcip, rozbrajał złe nastroje pieśnią i zabawnymi wierszami, sam układał specjalne więzienne piosenki, które potajemnie nucił z więźniami. Sam często śpiewał taką zwrotkę swojego autorstwa:
Ojciec Gaudenty uczył w kościele,
Jak ważną sprawą mieć w życiu cele,
I posłuchali ojca uczniowie,
Każdy ma celę na Mokotowie.

Wszystko obraca się na dobro
Powstanie robotników poznańskich i powolne rozluźnianie krępujących Naród więzów otworzyły bramy do wolności dla tysięcy więźniów politycznych. Wśród nich był o. Tomasz. Z 12 lat więzienia, skróconych na mocy "amnestii" do 8, odsiedział 6 lat i 8 miesięcy. Podejmowane interwencje o wcześniejsze zwolnienie były bezowocne, niezłomny jezuita został zwolniony dopiero 20 września 1956 roku.
Pierwsze kroki skierował do kościoła parafialnego, by podziękować Panu Bogu za opiekę. "Miłującym Boga wszystko obraca się na dobro" - okres więzienny widział jako specjalną łaskę. Wiedział, że jest prześladowany za wierność Panu Bogu, za miłość Ojczyzny oraz służbę bliźnim.
Po zwolnieniu z więzienia o. Tomasz był stale inwigilowany przez bezpiekę, w jego najbliższym otoczeniu byli tajni współpracownicy. Zapewne zdawał sobie z tego sprawę, bo nic nie było w stanie osłabić jego gorliwości. W latach 1957-1961 znów był duszpasterzem akademickim w Lublinie, potem pracował w Łodzi. W 1963 r. wyjechał do Brazylii do chorej matki, a stamtąd do Rzymu do pracy w Polskiej Sekcji Radia Watykańskiego. W 1967 r. został kierownikiem sekcji. Był korespondentem radiowym podczas podróży Pawła VI do Fatimy, Genewy, relacjonował obrady Soboru Watykańskiego II. Przygotowywał rzymskie obchody Milenium Chrztu Polski, z jego inicjatywy powstało też Muzeum Kopernikańskie w Wiecznym Mieście.
W 1973 r., po 10 latach o. Tomasz przyjechał do Polski. Miał to być krótki pobyt połączony z jubileuszem 50-lecia życia zakonnego. Nie wrócił już do Rzymu. Schorowany zmarł w opinii świętości 9 marca 1974 r. w Łodzi. Tak jak marzył, spłonął jak świeca gromniczna w pracy dla chwały Bożej, zagrzewając wszystkich do miłości ku Bogu i bliźnim.
 
Małgorzata Rutkowska
"Nasz Dziennik" 2007-02-10

Odwiedzin :