Strona główna -> Dom i rodzina -> Antykoncepcja -> Odrzucenie mitów


Teolog-moralista podchodząc do tego zagadnienia, ma prawo opuścić wszelkie informacje empiryczne i techniczne związane z rodzajami i specyfiką metod antykoncepcyjnych i całym kontekstem medyczno-fizjologicznym. Ten ruch podejmuję stanowczo, choćby w proteście przeciw pewnemu zadomowionemu nawykowi myślowemu, według którego właściwe kryteria dotyczące zastosowania antykoncepcji należą do medycyny czy farmakologii.

Wielu ludzi chętnie, a nawet z uporem podtrzymuje przesąd, że antykoncepcja jest lekarstwem i że jeżeli lekarz coś takiego doradza albo przepisuje w formie recepty, to musi być rozumiane jako czynność służąca zdrowiu, a tym samym przynajmniej neutralne moralnie. Być może wielu lekarzy, którym na studiach zabrakło podstaw filozoficzno-etycznych, uważa, że antykoncepcja ma coś wspólnego z medycyną. Bardzo często jednak przepisują pewne preparaty antykoncepcyjne (zwłaszcza hormonalne) dlatego tylko, że firmy produkujące te preparaty reklamują je jako towary, które - dzięki łatwowierności ludzkiej - przynoszą tym firmom znaczne dochody. Niekiedy takie preparaty zostają poddane krytyce z punktu widzenia samej medycyny, na przykład kiedy okazało się (już dość dawno), że słynna pigułka RU 486 nie zapobiega poczęciu, lecz zabija poczęte dziecko. Niedawno agencja FOX doniosła również, że pewni farmaceuci zaskarżyli władze stanowe (w Waszyngtonie) z powodu zmuszania ich do sprzedawania tak zwanych "morning-after-pill" (pigułki następnego dnia), które stanowią poważne zagrożenie dla świeżo powstałej ciąży, a więc mają charakter poronny (wiadomość z 27 lipca br.). De facto wiele preparatów powstałych na bazie hormonalnej ma charakter środków poronnych i tylko wskutek wyraźnego nadużycia językowego uważa się je za środki antykoncepcyjne, na co zwrócił uwagę w swojej encyklice Evangelium vitae Jan Paweł II (EV 13).
W dokumencie tym Papież Jan Paweł II ostro skrytykował działania pewnych sił politycznych i koncernów przemysłowych "inwestujących ogromne fundusze w produkcję środków farmaceutycznych, pozwalających na zabicie płodu w łonie matki w taki sposób, że nie jest konieczna pomoc lekarza". To słowo "pomoc" brzmi nader osobliwie, skoro jest to "pomoc" do zabijania, a nie do leczenia. Swoiste zderzenie antykoncepcji z medycyną polega także na tym, że proponuje się antykoncepcję rzekomo w tym celu, by ograniczyć liczbę aborcji. Jest to znowu oczywisty przesąd, niemający pokrycia w faktach. Rzeczywistość mówi co innego: stopień rozpowszechniania się aborcji jest ściśle proporcjonalny do stopnia rozpowszechnienia "dostępu do antykoncepcji". Dzieje się tak nie przez przypadek, ale dlatego, że wynika to z wewnętrznej logiki samej mentalności antykoncepcyjnej, o czym pisze przekonująco Papież w tym samym paragrafie Evangelium vitae. Postawa antykoncepcyjna degraduje moralnie podmiot małżeński, który w razie niepowodzenia antykoncepcji nie ma dość sił, aby oprzeć się pokusie aborcji. Dlatego "kultura proaborcyjna jest najbardziej rozpowszechniona właśnie w środowiskach, które odrzucają nauczanie Kościoła o antykoncepcji (...) Te dwie postawy "pozostają z sobą w ścisłym związku niczym owoce jednej rośliny" (EV 13) [1].
Inne zderzenie antykoncepcji z medycyną polega na tym, że początkowo bardzo wielu rozsądnych, ale nie dość krytycznych ludzi uważało, że istotny argument przeciw antykoncepcji polega na tym, iż antykoncepcja jest "szkodliwa". Oczywiście pojmowano tę szkodliwość w świetle kryteriów medycznych. I rzeczywiście zawsze udało się znaleźć sporo faktów potwierdzających tę hipotezę. Inni jednak skutecznie osłabiali tę argumentację, wskazując na to, że wszystko, co się dzieje w życiu, jest w jakimś sensie "szkodliwe" i że ten aspekt jest nieunikniony w całej naszej egzystencji. Argumentacja na temat szkodliwości nabrała większej mocy z chwilą, kiedy udało się pokazać, że antykoncepcja szkodzi poczętemu życiu, ale tym samym zmienił się charakter problemu, to już nie była antykoncepcja, to było działanie poronne, które tym bardziej nie ma nic wspólnego z medycyną.

Płodność a człowiek
Jeżeli twierdzę, że antykoncepcja nie ma nic wspólnego z medycyną, to opieram się na fakcie, że antykoncepcja nie jest lekarstwem ani w znaczeniu ścisłym, ani w znaczeniu przenośnym. Żeby udowodnić, że antykoncepcja jest lekarstwem, należałoby wykazać, że płodność jest chorobą i w konsekwencji życie zrodzone jest "chorobą przenoszoną drogą płciową" (jak to niektórzy powiedzieli w przystępie niezdrowego humoru). Tu dotykamy zarazem istotnego pytania: co to jest płodność i jaka jest rola człowieka w realizacji płodności? Odpowiedź na to pytanie domaga się jeszcze uwzględnienia pewnych założeń filozoficznych dotyczących rozumienia tych dwóch istotnych rzeczywistości: człowieka i płodności. Sama medycyna, choćby "stawała na głowie", nie jest w stanie odpowiedzieć na te pytania. Filozofia pozwala nam zrozumieć (choć nie wyczerpująco), kim jest człowiek jako podmiot życia i tym samym podmiot płodności. Wiele na ten temat napisał choćby Karol Wojtyła, co pięknie komentują także filozofowie włoscy, tacy jak Rocco Buttiglione czy Angelo Scola [2]. Karol Wojtyła w okresie wielkiej dyskusji na temat etyki małżeńskiej napisał szereg prac i artykułów, wykazujących, że dla zrozumienia problemu (dla którego właściwym polem hermeneutycznym jest etyka małżeńska), jest konieczne widzenie człowieka jako niepodzielnego podmiotu materialno-duchowego, w którym płodność stanowi istotny, wewnętrzny czynnik decydujący o tożsamości człowieka, zarówno mężczyzny jak kobiety. Innymi słowy - płodność stanowi wewnętrzny czynnik tożsamości osoby - tak mężczyzny jak kobiety. Z punktu widzenia tej jedności i niepodzielności podmiotu działanie człowieka jako osoby w dziedzinie płodności czy - jak się mówi popularnie - "przekazywania życia" polega na rozporządzaniu sobą jako osobą, a nie jako rzeczą, różną od osoby.

Podmiotem ludzkiej płodności jest małżeństwo
Nie można pominąć tu istotnej sprawy, że podmiotem płodności jest małżeństwo jako unia osobowa (przymierze osobowe) ustanowione przez Boga "na początku" Stworzenia. Małżeństwo jest jednością sakramentalną, która przekracza wszystkie możliwe formy jedności (moralną, prawną społeczną, itd.) Oznacza to, że sam Bóg jest Autorem daru, przez który małżonkowie zostali darowani sobie nawzajem. Na gruncie tego Boskiego daru oni sami stają się dla siebie nawzajem podmiotem daru, tworząc wspólnotę osób definiowaną jako komunia. Jako sakramentalna "komunia osób" otrzymują od Boga posłannictwo rodzicielskie spełniane mocą miłości małżeńskiej, polegającej na uczestnictwie w Miłości samego Boga jako Stwórcy i Ojca. Jest to możliwe, jeśli oboje uzyskali stan pełnej moralnej i psychologicznej integralności, czyli jeśli w pełni potrafią być sobą jako podmiotem wolności i tym samym podmiotem miłości przyjmującej postać daru osobowego w duchu absolutnej bezinteresowności.
Takiemu przeżywaniu małżeństwa zagraża dość rozpowszechniona mentalność dualistyczna. Byłoby jednak czymś tragicznym i byłoby znakiem głębokiej patologii, gdyby człowiek, jako podmiot własnej jaźni i wolności, poczuł się "kimś innym", jakby stojącym obok człowieka określonego jako "podmiot płodności", dokładnie jako "rzecz" dołączona do "człowieka". W gruncie rzeczy, jedynie w tej hipotezie "rozdwojonego człowieka" byłaby do przyjęcia logika antykoncepcji, w której, to, co się "dzieje" w sferze płodności, nie dotyczy człowieka w jego najgłębszej istocie, lecz tylko jakiejś wydzielonej sfery ciała (fizjologii, takich czy innych procesów sterowanych hormonami). Wtedy płodność byłaby widziana jako zjawisko pozaludzkie, a więc pozamoralne, poddane kontroli jakichś czynników poza osobowych (na przykład specjalistów, państwa, czyli polityków itd.).

Błąd antropologiczny
Papież Jan Paweł II w Liście do Rodzin pisał: "Nowożytny racjonalizm oznacza radykalne przeciwstawienie ducha i ciała w człowieku. Człowiek natomiast jest osobą przez swoje ciało i ducha zarazem. Nie można tego ciała sprowadzić do wymiarów czystej materii". I dalej: "Rozdział pomiędzy tym, co duchowe, a tym, co materialne w człowieku, przyniósł wraz z sobą skłonność do tego, aby ludzkie ciało traktować nie w kategoriach specyficznego podobieństwa do Boga, ale w kategoriach podobieństwa do wszystkich innych ciał w przyrodzie, które człowiek traktuje jako tworzywo dla produkcji dóbr konsumpcyjnych". Papież podkreśla, że taki sposób myślenia "jest olbrzymim zagrożeniem. Kiedy ciało ludzkie oderwane od ducha i myśli staje się tworzywem podobnie jak inne ciała zwierząt, kiedy dokonuje się manipulacji na embrionach i płodach, trzeba wówczas przyznać, że stajemy w obliczu straszliwej klęski etycznej". Papież kontynuuje ten krytyczny osąd: "W takim ujęciu antropologicznym rodzina ludzka żyje poniekąd w epoce nowego manicheizmu, w którym ciało i duch są sobie radykalnie przeciwstawione. (...) I tak, cywilizacja neomanichejska prowadzi do pojmowania ludzkiego seksualizmu (=ludzkiej płciowości) raczej jako terenu manipulacji i eksploatacji, niż jako przedmiotu tego odwiecznego podziwu, który przy Stworzeniu kazał włożyć w usta Adama słowa odnoszące się do Ewy: ťOto ciało z mojego ciała i kość z moich kościŤ (Rdz 2, 23)". Papież jeszcze raz podkreśla, że "racjonalizm nie toleruje tajemnicy" (List do Rodzin 19) i dlatego uniemożliwia prawidłowe podejście do spraw małżeństwa i rodziny, które uzyskują pełne światło właśnie w "Wielkiej Tajemnicy - to jest Chrystusa i Kościoła".

Ocena moralna
Skoro więc podstawą mentalności i praktyki antykoncepcyjnej jest ta wizja człowieka uformowana przez racjonalizm i neomanicheizm, ta mentalność i działalność antykoncepcyjna oznacza w swojej istocie odczłowieczenie człowieka przez bezpośrednie odczłowieczenie ciała i płci i zredukowanie do poziomu materialnych przedmiotów. Jest to ten aspekt antykoncepcji, który kazał Papieżowi sformułować bardzo surową ocenę tego grzechu w Adhortacji "Familiaris Consortio". Papież napisał, że pomiędzy normalnym postępowaniem małżeńskim a antykoncepcją zachodzi "różnica antropologiczna a zarazem moralna (...) chodzi o różnicę znacznie większą i głębszą, niż się zazwyczaj uważa, która w ostatecznej analizie dotyczy dwóch nie dających się z sobą pogodzić koncepcji osoby i płciowości ludzkiej" (FC 32). Stwierdzenie, że pomiędzy prawidłowym postępowaniem małżeńskim a antykoncepcją zachodzi różnica moralna, oznacza, że antykoncepcja jest złem moralnym czyli grzechem. Stwierdzenie zaś, że zachodzi tu także "różnica antropologiczna", mówi jeszcze więcej: mówi, że w postępowaniu antykoncepcyjnym nie ma żadnych elementów wskazujących na to, że podmiotem tego działanie jest istota ludzka. Jest to wyraźne wskazanie, że w antykoncepcji dokonuje się odczłowieczenie całej rzeczywistości ludzkiej (całej prawdy antropologicznej), powierzonej odpowiedzialności małżonków: odczłowieczenie umysłu i serca, miłości i życia, płodności i osoby, małżeństwa jako relacji międzyosobowej, i całej konstytucji rodziny wynikającej z zakorzenienia w misterium Chrystusa i Kościoła.
Adhortacja FC zwraca nadto uwagę na fakt, że antykoncepcja jest bluźnierczym buntem przeciw Bogu, przyjęciem stanowiska "sędziów" osądzających Pana Boga za rzekomo błędne zaprojektowanie małżeństwa, które obecnie trzeba poprawiać i korygować przez antykoncepcję (por. FC 32).
Tu widać, jak płaskie jest ludzkie myślenie o cudownym dziele Bożym, jakim jest małżeństwo. A jest ono tak pomyślane, że objawienie daru życia dokonuje się wewnątrz samego oblubieńczego daru małżonków, ponieważ Bóg chciał, aby życie, jako Jego dar, objawiało się jako owoc miłości i aby miłość, którą On ustanowił między małżonkami, była z istoty swej płodna, życiodajna, na podobieństwo Jego ojcowskiej Miłości. Tylko wtedy pojawienie się nowego życia w łonie małżeństwa odpowiada godności człowieka, świętości małżeństwa i chwale Boga Stwórcy. Natomiast rozerwanie tej wewnętrznej więzi między istotą miłości oblubieńczej (małżeńskiej) a rodzicielskim wymiarem tej miłości, niszczy oboje: niszczy miłość, która staje się tylko grą namiętności, zredukowaną do poziomu użycia i hedonizmu, niszczy życie i cały ludzki wymiar jego przekazywania, sytuując życie poza obszarem miłości, poddając je dyktaturze wielorakiej przemocy i redukując je do obiektu traktowanego jako uboczny efekt tak zwanej "miłości" seksualnej, która miłością już nie jest.
Jednym z najbardziej kłamliwych sofizmatów rozpowszechnianych przez propagatorów przemysłu antykoncepcyjnego jest teza, że przecież małżonkowie nie zawsze "muszą" mieć dzieci, natomiast także wtedy, kiedy nie mogą mieć dzieci, "muszą" się kochać. Milczącym i to absolutnie błędnym założeniem tej konstrukcji myślowej jest utożsamienie miłości z aktami seksualnymi, czego Kościół nigdy nie głosił. W tej "filozofii" wnioskowanie przebiega następująco: skoro nie mogą mieć dzieci (niezależnie od tego, z jakich przyczyn), to przecież nadal chcą i "muszą" się kochać, a w takim razie "muszą" (mają "prawo") stosować antykoncepcję. Otóż małżonkowie nigdy nie "muszą" mieć dzieci, natomiast skoro zgodzili się być małżonkami, otrzymali od Boga posłannictwo angażujące Jego Miłość i honor. To zobowiązuje do wierności prawom, jakie Bóg związał z samą istotą przymierza małżeńskiego: nie są oni już dłużej tylko "prywatnymi" osobami, lecz ambasadorami Boga Stwórcy, a to zobowiązuje.
Oczywiście mogą zachodzić okoliczności, kiedy obiektywna wymowa sytuacji przemawia przeciw poczęciu kolejnego dziecka. Wtedy lekkomyślne prowokowanie nowej ciąży byłoby sprzeczne z powagą ich posłannictwa, byłoby grzechem. Co wtedy? Wtedy w imię miłości podejmują decyzję: rezygnujemy z aktów małżeńskich w dniach potencjalnie płodnych. Jest to właściwy wyraz odpowiedzialności rodzicielskiej. Jest to także autentyczny wyraz miłości. Małżonkowie niczego nie "muszą": ponieważ miłość polega na wolności "bycia darem" - i tylko wtedy posiada swoją godność i odpowiada swojej prawdzie. Jeżeli ktoś uważa, że małżonkowie "muszą się kochać" równocześnie seksualnie i antykoncepcyjnie, zaprzecza sam sobie, bo "miłość" będąca przymusem namiętności nie jest miłością, co więcej - antykoncepcja prowokowana w kontekście małżeństwa, będącego sanktuarium życia (sakrament!), jest świętokradztwem. Nie ma żadnego przymusu, by profanować miłość i świętość małżeństwa. Ktoś, kto tak uważa, nie dojrzał jeszcze do wyżyn powołania małżeńskiego, i jeśli z tym usposobieniem podchodził do zawarcia małżeństwa, jest rzeczą wątpliwą, czy jego małżeństwo jest ważne.

ks. prof. Jerzy Bajda

1 Szerzej na ten temat pisałem w broszurze wydanej w Gdańsku pt. "Moralna ocena antykoncepcji a przerywanie ciąży" (HLI 1996).
2 Rocco Buttiglione, zwłaszcza w pracy "Etyka w kryzysie" oraz w dziele "Myśl Karola Wojtyły"; Angelo Scola w artykule pt "Czy koniec podmiotu? Czy człowiek ponownie w centrum?" - Ethos nr 76 (2006), s. 61-77.

Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :