Strona główna -> Dom i rodzina -> Zdrada to jeszcze nie koniec małżeństwa


Zdrada to jeszcze nie koniec małżeństwa

Kiedy pracowałam w poradni rodzinnej, często się zastanawiałam, jak pomóc małżeństwom w sytuacji zdrady. Zawsze sądziłam, że to najboleśniejsza rana dla związku. Nigdy nie przypuszczałam, że mnie dotknie taki cios. Pewnego dnia, po 18 latach małżeństwa, mąż oświadczył, że odchodzi do innej kobiety. W jednym momencie wszystko runęło. O nic podobnego nawet go nie podejrzewałam. Zachowałam na tyle trzeźwy umysł, że od razu sprzeciwiłam się jego odejściu. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, to stwierdzenie: "Ja ciebie nie wydam na potępienie". Pan Bóg dał mi siłę, bym się nie poddała. Mąż był przekonany, że wyrzucę go z domu. Był zaskoczony moją postawą. Wiedziałam, że drogą małżeństwa jest wzajemne uświęcanie się. Uznałam, że to na mnie spoczywa odpowiedzialność za zbawienie współmałżonka, dlatego postanowiłam tak łatwo się nie poddawać.

Czułam, że to, co przeżywamy, stanowi jakąś ogromną próbę naszej wiary, jakiś zamach na nasze małżeństwo. Zaczęłam szukać pomocy. Wśród znajomych, przyjaciół, najbliższej rodziny nie znalazłam żadnego wsparcia. Jednak Pan Bóg nigdy nas nie zostawia. Od wielu przypadkowych osób otrzymywałam pojedyncze słowa otuchy, wsparcia. Szukając ratunku, po nieprzespanej nocy poszłam do księdza proboszcza na rozmowę. Kapłan nie przekazał mi nic, co zmieniłoby naszą sytuację, ale sama postawa szczerego współczucia, zachęta, bym się nie poddawała i nie myślała o rozwodzie, bardzo mi pomogły. Ksiądz prosił tylko, żebym była spokojna i zawierzyła wszystko Matce Bożej. Poprosił pewną wspólnotę o modlitwę w naszej intencji, zamówiłam także Mszę Świętą. Niedługo została ona odprawiona, a ku mojemu zdziwieniu mąż również w niej uczestniczył.
Duże wsparcie otrzymałam także od mojej kuzynki, która jako jedna z niewielu osób na wieść o zdradzie nie zareagowała paniką czy niezdrową ciekawością, lecz dodała otuchy poprzez słowa: "Módl się, i zobaczysz, co się będzie działo". Przez telefon podyktowała mi modlitwę "Telegram do św. Józefa". Po kilku dniach intensywnej modlitwy byłam już zupełnie wyczerpana. Przyszła refleksja - "Panie Boże, ja już nie wiem, o co się mam modlić, zrób tak, by było dobrze".
Mąż ciągle nie wiedział, co zrobić: odejść czy pozostać. To niezdecydowanie było dla mnie bardzo upokarzające. Starałam się być ciepła, ale i stanowcza w stosunku do niego. Życie w takiej niepewności było nie do zniesienia. Zaczęłam przynaglać męża do podjęcia jakiejś konkretnej decyzji. On, choć nie wierzył, że uda się uratować nasze małżeństwo, widząc moją postawę otwarcia, stwierdził, iż każde zło można naprawić, i postanowił zerwać kontakty z osobą, z którą dopuścił się zdrady. Sytuacja ta trwała przez jakiś czas, osłabiała nasze więzi. Mimo wszystko uważałam to za ogromny postęp, bo mąż ostatecznie zdecydował, że zostaje z rodziną, choć niepewność trwała jeszcze przez kilka miesięcy. Po upływie tego czasu opadły emocje, zostaliśmy sami z ogromnym bagażem bólu. Otworzyły się rany. Nie wiedzieliśmy, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Mąż zdecydował się na spowiedź. Fakt, że chce zerwać z grzechem, był dla mnie niezwykle pocieszający. Trafiliśmy do księdza, który najpierw z nami porozmawiał, a potem każde z nas przystąpiło do spowiedzi. Pomimo moich ran starałam się wspierać męża, który przechodził depresję, walczył z ogromnym poczuciem winy. Starałam się go pocieszać, że wszystko może się na nowo zacząć, jeśli zaufamy Bożemu Miłosierdziu. Nikt mnie nie wspierał. Byłam w tym wszytkim całkowicie sama. Po jakimś czasie znów poczułam zupełne wypalenie po tej walce, ciągłym zabieganiu o męża. Niespodziewanie stał się on dla mnie zupełnie obojętny. Okropnie się z tym czułam. Obojętność to przecież najgorsze uczucie. Wyznałam to mężowi. I wówczas przejął się bardzo, że może mnie stracić. Zaczął się starać, zabiegać o nas. Mogłam się przekonać o jego miłości. Jego postawa dodała mi na nowo sił i nadziei. W tym czasie przeczytałam mnóstwo książek, w których szukałam wskazówek, jak uzdrowić naszą sytuację, uświadomić sobie, gdzie popełniliśmy błąd. Bardzo dokładnie przestudiowałam rozprawę filozoficzną Karola Wojtyły "Miłość i odpowiedzialność". W niej znalazłam odpowiedź na wszystkie pytania. Zadziwiało mnie, że nigdy wcześniej nie odczuwałam wobec męża większej miłości! Teraz oceniam, że kryzys był szansą naszego wzrostu duchowego. Moja miłość dojrzała. Miłość oblubieńcza, o której pisał ks. Wojtyła, kocha pomimo upadku. To mi pomogło podnieść męża, a on dostrzegł, że wbrew bólowi, który mi zadał, wciąż widzę w nim wartość, dobro. Zawsze byliśmy razem. Mieszkaliśmy pod jednym dachem mimo bardzo trudnych chwil. Odległość mogłaby sprawić, że więzi znacznie by się osłabiły lub całkowicie zostały zerwane.
Przeszliśmy to wszystko 4 lata temu. Mieliśmy ponad 40 lat. Gdy już wyszliśmy na prostą, zapragnęliśmy kolejnego, trzeciego dziecka. To, że ciąża, a potem poród przeszły bez komplikacji, to jeszcze jeden dowód Bożej miłości. Wciąż doświadczamy Jego wielkoduszności. Mimo nadwerężonego zaufania świetnie się rozumiemy, uczyniliśmy wobec siebie rachunek sumienia. Zrozumieliśmy, że to, co się stało, było rezultatem nadwątlonych więzi, które słabły przez lata. Mówimy sobie o wszystkim. Jest teraz zupełnie inaczej. Zawsze byliśmy przyjaciółmi, dlatego ta miłość przetrwała. Z perspektywy czasu oceniam, iż by przejść, a w konsekwencji także pokonać kryzys, trzeba zbierać siły wcześniej. Najważniejsza jest modlitwa i zaufanie Matce Bożej. Zanim zaczął się nasz konflikt, odprawiałam nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Dzięki niemu Pan Bóg bardzo mnie umocnił, sama przecież nie podołałabym trudnościom. Warto pozostawić Bogu większą swobodę działania w życiu: "nie za wszelką cenę musi być tak, jak ja chcę". Jeśli zawierzymy wszystko Bogu, odejdą lęki. On daje o wiele więcej, niż byśmy się tego spodziewali.
Mira
not. MJ

Nasz Dziennik

Odwiedzin :