Zamknięci w czterech ścianach "świętego spokoju", bez ochoty na jakiekolwiek działanie, tak samo biernie jak i leniwie spoglądamy na siebie lub na obraz Jezusa miłosiernego i mówimy: "Jakoś to będzie". I jest, ciągle tak samo, czyli - byle jak.

Po wielu rozmowach z naszymi braćmi w wierze byłem zdruzgotany, gdyż w ich mowie przewijał się najczęściej wątek niemocy życia w pełni wiarą. Niemoc ta była warunkowana różnymi przyczynami, ale można je z większym lub mniejszym błędem sprowadzić do wspólnego mianownika, którym jest prowadzenie życia chrześcijańskiego na miernym poziomie. Minimalizm, rutyna, oziębłość, niechęć wobec wiedzy religijnej, a czasami nawet cynizm względem wiary - w dużej mierze przyczyniają się do osłabienia relacji z Bogiem, a tym samym do pogłębienia dystansu pomiędzy tym, co święte, a tym, co codzienne, często szare, nudne, nie przynoszące radości - tym, co potocznie nazywamy naszym życiem. Bracia w wierze wplątani w sieć intryg tego świata mają ograniczone pole działania oraz skurczoną przez nawyk przestrzeń wolności. Jak zatem można mówić o przeżywaniu radości z tego, że się jest dzieckiem Bożym, bratem Jezusa Chrystusa, chrześcijaninem z "krwi i kości" czy w końcu katolikiem? Jak żyć pełnią wiary, kiedy ona została już dawno pokryta warstwą kurzu? Skąd znaleźć wewnętrzny entuzjazm, który zapali choćby najmniejszy płomyk nadziei? Gdzie odnaleźć pewność posiadania życia wiecznego, skoro ziemskie życie staje się wiązką samych rozczarowań, a oferowana przyszłość nieba wydaje się być tak daleka, że aż nieprawdziwa?
Myślę, że te pytania nurtują wielu z nas. Nie wiem, w jakim stopniu zdajemy sobie sprawę z tego, że przez spłycenie swego życia bardzo szybko można zostać zdobytym przez pokusę przeciętności. "Pokusa przeciętności nie jest łatwa do zauważenia - jest to rodzaj pokusy subtelnej. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się ona być pokusą i raczej sprawia wrażenie czegoś naturalnego, a nawet dobrego. To, co się robi lub przestaje się robić, sposób, w jaki się to robi, i nastawienie, jakie zazwyczaj temu towarzyszy, wydają się być normalne i słuszne. Jednakże u takich osób nie ma prawdziwego zapału ani postępu w życiu chrześcijańskim. Wiara, nadzieja, miłość do Boga, modlitwa, miłość braterska i apostolstwo są zbudowane na przeciętności" (S. Galilea). Przeciętność zaczyna po pewnym czasie męczyć, ale nie mając i nie widząc lepszej alternatywy, wielu przesiąkniętych nią braci poddaje się jej, zrezygnowawszy z walki. Jak można zresztą mówić o walce, kiedy ta zakłada pewien wysiłek, pracę duchową, ascezę, odnowę życia moralnego, sens i cel podejmowanego wysiłku, a na to już po prostu nas nie stać. Zamknięci w czterech ścianach "świętego spokoju", bez ochoty na jakiekolwiek działanie, tak samo biernie jak i leniwie spoglądamy na siebie lub na obraz Jezusa miłosiernego i mówimy: "Jakoś to będzie". I jest, ciągle tak samo, czyli - byle jak.

Jak przezwyciężyć pokusę przeciętności i rozbudzić pasję wiary? Wydaje się to bardzo trudne. Kiedy za łaską Pana Boga człowiek upewnia się, że często ulega pokusie przeciętności, wówczas powinien ośmielić się wykroczyć poza samego siebie, swoją codzienną rutynę, plany i styl życia. Winien śmiało przekroczyć "pustynię konwencjonalności", czyli zrobić coś, co wyrwie go ze snu. Tym czymś może być niezaplanowane wcześniej nawiedzenie świątyni, indywidualna modlitwa na łonie natury, wejście do grupy modlitewnej działającej przy parafii, a nawet zatrzymanie się w biegu dnia codziennego na krótką refleksję. Ważne jest to, aby w tych wszystkich momentach próby "przebicia się" uświadamiać sobie, że przez wiarę w Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie, otrzymuję wewnętrzną siłę do pokonania własnych niemocy. Należy zwrócić się w modlitwie do Jezusa, aby w wielkim pokoju chciał na nowo we mnie zamieszkać, gdyż jak pisał św. Paweł Apostoł: "Ja przez Prawo umarłem dla Prawa, aby żyć dla Boga. Z Chrystusem zostałem ukrzyżowany. Żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus. A jeśli żyję teraz na świecie, to żyję dzięki wierze w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. Ja nie lekceważę łaski Boga" (Ga 2,19-21). Nie lekceważę - to znaczy, przyjmuję za fakt, że zostałem obdarowany życiem przez samego Boga i mam teraz za to życie być wdzięczny. Oto mały paradoks: być wdzięcznym za życie, które jawi się jako krzyż.

Pomyśl przez chwilę - kto lepiej zrozumie Twoje cierpienie, jak nie Ten, który sam z miłości cierpiał dla Ciebie? Kto pomoże ci przezwyciężyć Twoją nijakość, jak nie Ten, który przeszedł przez bramę śmierci? W kim możesz złożyć swoją nadzieję, jak nie w Tym, który ciągle mówi do Ciebie: "Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby ten, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności" (J 12,46). Bycie w światłości to synonim szczęścia, czyli spełnienia, autentycznego i prawdziwego zrealizowania siebie na wszystkich płaszczyznach pragnień, w całej swojej osobowości. A za tym przecież tęsknimy.

Przezwyciężyć pokusę przeciętności może ten...

Ojciec Bogdan Kocańda OFMConv
źródło: "Rycerz Niepokalanej", Styczeń 2006 - nr 1 (596)

Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :