Strona główna -> Pamięć i tożsamość -> Postacie -> Gen. Władysław Anders


Gen. Władysław Anders

"Gen. Władysław Anders (...) jest symbolem chwały żołnierza polskiego walczącego nieugięcie o wolność i niezawisłość Rzeczypospolitej. Uosabia także niezłomną postawę Polaków na obczyźnie, ich tragizm oraz wierność ideałom, o które walczył Naród Polski (...). Senat Rzeczypospolitej Polskiej ogłasza rok 2007 Rokiem Generała Władysława Andersa. Czyni to dla uczczenia pamięci znamienitego Polaka, wybitnego dowódcy i polityka oraz dla uhonorowania pamięci Jego Żołnierzy, których wyprowadził z 'imperium zła' i wiódł zwycięskim szlakiem do Ojczyzny przez Monte Cassino i Bolonię. Żołnierzy, którym 'ojcował' do końca swoich dni na wychodźstwie".

Władysław Anders urodził się 11 sierpnia 1892 r. w Błoniu koło Kutna w rodzinie ziemiańskiej o ugruntowanych tradycjach wojskowych i patriotycznych. Dość powiedzieć, że wszyscy synowie Alberta i Elżbiety Andersów: Władysław, Karol, Jerzy i Tadeusz - byli zawodowymi oficerami! Naturalnie wszyscy rozpoczynali służbę w armii rosyjskiej, bo innych możliwości młodzież polska pod rosyjskim zaborem nie miała. W armii wroga uczyli się rzemiosła wojennego oraz sposobu myślenia i walki przeciwnika, co w przyszłości miało im pomóc, gdy byli już oficerami Wojska Polskiego. Jako 19-latek Władysław rozpoczął studia na Politechnice w Rydze. Należał tam do korporacji "Arkonia", która konsolidowała młodą polską inteligencję wokół idei polskiego Pomorza i Wielkopolski.
Wybuch I wojny światowej spowodował mobilizację Polaków do armii zaborczych. Często nieświadomi tego, strzelali do siebie "z dwóch wrogich sobie szańców" - jak pisał poeta legionowy Edward Słoński w znanym wierszu oddającym tragizm sytuacji młodych Polaków ubranych w różne mundury. Pisał też jednak: "bo wciąż na jawie widzę i co noc mi się śni, że Ta, co nie zginęła, wyrośnie z naszej krwi...". Nauka wojennego rzemiosła w walce przyniosła zbawienny plon w latach 1919-1920, gdy trzeba było bronić dopiero co odzyskanej wolności przed bolszewicką nawałą, która przez "trupa Polski" chciała zanieść żagiew krwawej rewolucji do całej Europy. Porucznik dragonów Władysław Anders odznaczył się jako dzielny kawalerzysta i znakomicie zapowiadający się już wtedy dowódca. Został wyróżniony przez Rosjan nie tylko wysokimi odznaczeniami, ale i skierowaniem na kurs do Akademii Sztabu w Petersburgu. Dyplom otrzymał od samego cara Mikołaja II, który nie pomyślał nawet, że stoi przed nim syn Narodu prześladowanego od pokoleń przez jego przodków na tronie, że ta rosyjska szkoła będzie mu potrzebna nie do walki o cara i o Rosję, lecz o to, by Polska już nigdy nie była "Prywislanskim Krajem", rosyjską prowincją. Gdzieś daleko od Petersburga, w Wiedniu i Berlinie, podobni porucznikowi Andersowi młodzi polscy oficerowie ślubowali służbę cesarzowi Franciszkowi Józefowi I oraz królowi pruskiemu i cesarzowi Niemiec Wilhelmowi II. Marzyli jednak o tym samym, co porucznik Anders: służyć nie obcym, lecz Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Teraz Polska!
Porucznik Anders n ie musiał na to czekać tak długo, jak jego rodacy z Wielkopolski czy Pomorza. Już w lutym 1917 r. zaczęła się w Rosji rewolta. Jeszcze nie doszło do największego nieszczęścia dla Europy i świata, jakim było przejęcie władzy w tym rozległym kraju przez bolszewików, wspieranych przez Niemców, ale już pojawiła się szansa walki o wolną Polskę. Rosyjski generał z polskim sercem, Józef Dowbór-Muśnicki, zorganizował na terenie zrewoltowanej Rosji 1. Korpus Polski. Jeszcze było za wcześnie na decydującą walkę o Polskę. Korpus został w 1918 roku zdemobilizowany, ale po raz pierwszy oficerowie polscy, których losy wojenne zapędziły do Rosji, mogli się spotkać w prawdziwym wojsku polskim! To była dla nich wielka rzecz! Porucznik Anders dowodził tu szwadronem w legendarnym 1. Pułku Ułanów Krechowieckich, potem był szefem sztabu 7. Dywizji Strzelców. Po demobilizacji 1. Korpusu Polskiego natychmiast wstąpił do formujących się Polskich Sił Zbrojnych ("polnische Wehrmacht" - jak mówili Niemcy) i uczestniczył w rozbrajaniu Niemców pamiętnej jesieni 1918 roku. Był też świadkiem przyjazdu brygadiera Józefa Piłsudskiego do Warszawy 10 listopada 1918 roku. Zobaczył w nim wybitnego męża stanu, choć w roku 1926 miał rozdarte serce - jako szef sztabu wojsk wiernych rządowi.

O granice Rzeczypospolitej
Granice odradzającej się Rzeczypospolitej płonęły nie tylko na Kresach Wschodnich. Jako szef sztabu Armii Wielkopolskiej Władysław Anders uczestniczył w Powstaniu Wielkopolskim, wraz z innymi przeżył tryumf tego powstania (wreszcie zwycięskiego powstania Polaków!) i powrót Wielkopolski do Rzeczypospolitej. Nie było jednak wiele czasu na rozpamiętywanie zwycięstwa. Od wschodu nadciągali bolszewicy, którzy oficjalnie gwarantowali niepodległy byt Polsce, ale jednocześnie utworzyli dla niej "rząd" komunistycznych renegatów (Dzierżyński, Marchlewski, Kon), który miał podporządkować ją na nowo Rosji - tym razem nie pod bałamutnymi hasłami "słowiańskiej jedności", lecz pod sztandarami międzynarodowej bolszewii. Władysław Anders został dowódcą 15. Pułku Ułanów Poznańskich. Przeżył zwycięskie kontruderzenie i szaleńczy pościg za bolszewikami. Nawet rana pod Brześciem Litewskim nie zmąciła radości zwycięstwa. Zwieńczeniem czynów bojowych dojrzałego już, choć ciągle bardzo młodego oficera, było najwyższe polskie odznaczenie bojowe - odnowiony w roku 1919 Order Wojskowy Virtuti Militari wręczony przez Naczelnego Wodza, Naczelnika Państwa, marszałka Józefa Piłsudskiego.

Najwyższe kwalifikacje
Jak przedtem dowództwo rosyjskie, tak teraz dowództwo polskie dostrzegło w niespełna 30-letnim oficerze kandydata na wybitnego dowódcę i oficera sztabowego. Został wysłany na dwa lata do Wyższej Szkoły Wojennej we Francji, odbył też staż w tamtejszej kawalerii. Zdobywał tutaj wiedzę i doświadczenie. Choć tak młody, był już wybitnym oficerem sztabowym i doświadczonym dowódcą. Po powrocie z Francji awansowano go na pułkownika (w wieku 31 lat!) i ustanowiono szefem sztabu w Inspektoracie Kawalerii Wojska Polskiego.
Wierny rządowi w roku 1926 (m.in. ewakuował rząd z Belwederu do Wilanowa), nie stracił nic w oczach Marszałka. Opowiadane do dziś historie o "prześladowaniu przez sanację" oficerów wiernych w maju 1926 r. rządowi należy traktować z dużą ostrożnością. Były one miłe uszom sowieckich nadzorców Polski po wojnie. Każde działanie dzielące Polaków było bliskie założeniom ich polityki. Dziś trzeba sobie jasno powiedzieć, że te rzekome prześladowania stały się dla wielu dobrym pretekstem do wyjaśnienia własnych słabości czy nieoczekiwanych wyborów po wojnie...
Marszałek Piłsudski mianował pułkownika Andersa dowódcą stacjonującej w Brodach Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Dowodził nią do roku 1937. W 1934 roku, w wieku 42 lat, został generałem brygady. Podkreślam ciągle ten młody wiek Władysława Andersa, by pokazać, jak szybko awansowała zdolna młodzież w wojsku II Rzeczypospolitej. Tymczasem od 18 lat słyszymy, że stare sowieckie repy, szkolone w Moskwie na wierność Sowietom, powiązane z sowieckimi służbami specjalnymi, muszą dalej dowodzić Wojskiem Polskim, bo nie ma na ich miejsce "ludzi doświadczonych...".

Jeździec
Niezależnie od awansów wojskowych, warto podkreślić nieprzeciętne kwalifikacje i wyczyny sportowe Generała. Już w roku 1925 kierował ekipą polskich jeźdźców podczas Pucharu Narodów w Nicei, gdzie w silnej konkurencji Polacy zdobyli kilka pierwszych miejsc i główny Puchar! Godzi się przypomnieć, że jednym ze zwycięzców tych zawodów był mjr Henryk Dobrzański. W zdrowym ciele zdrowy duch! To się doskonale sprawdziło na przykładzie polskich jeźdźców i zarazem wojskowych. Najbardziej wierni Polsce, aż do ofiary życia, byli znakomici sportowcy: pułkownik Anders (brązowy medalista mistrzostw Wojska Polskiego w 1932 roku), rtm. Dobrzański "Hubal" (członek polskiej ekipy olimpijskiej), rtm. Zygmunt Szendzielarz "Łupaszko" (wicemistrz Wojska Polskiego w 1938 roku) i wielu innych.

Wojna
W roku 1939, krótko przed wybuchem wojny, generał Anders objął dowództwo Nowogródzkiej Brygady Kawalerii stacjonującej w Baranowiczach. Nastąpił przemarsz Brygady do Sierpca, weszła ona w skład Armii Modlin. Podkomendni Generała walczyli z Niemcami pod Działdowem. Dowodził on także 8. i 20. dywizjami piechoty. Pod Płockiem został ranny podczas nalotu samolotów niemieckich, mimo to - w poczuciu odpowiedzialności za swych żołnierzy - pozostał na stanowisku dowódczym. Organizował obronę linii Wisły na południe od Warszawy. Zmuszony do odwrotu, nie przyjmował propozycji kapitulacji, wycofywał się na wschód, będąc zmuszony do wielokrotnego przebijania się przez pozycje niemieckie. Dotarł aż pod Lwów, gdzie jego wojska zostały osaczone zarówno przez Niemców, jak i Sowietów. Próbował negocjować z Sowietami, ale skończyło się na obrabowaniu przez nich oficera, który wyszedł jako parlamentariusz. Generał Anders po raz kolejny mógł się przekonać, że bolszewiccy oficerowie nie mają wiele wspólnego z oficerami rosyjskimi, którzy wraz z nim odbierali kiedyś w Petersburgu dyplomy. Że dla bolszewika nie ma ani słowa honoru, ani żadnych zasad. 28 września - tego samego dnia, gdy Sowieci i Niemcy ustalali ostateczną granicę IV rozbioru Polski - Generał nakazał swoim oddziałom rozproszenie i przedzieranie się w kierunku Węgier. Sam uczynił to samo, ale już następnego dnia został aresztowany przez NKWD. Był ranny i to uniemożliwiło mu sprawną ewakuację.

Więzień
Trafił najpierw do lwowskiego więzienia na Łyczakowie. Kto wie, może gdyby tam pozostał aż do ataku Niemców na Sowietów, nie mielibyśmy takiego wodza pod Monte Cassino. NKWD organizowało bowiem w czerwcu 1941 r. marsze śmierci z więzień na Kresach lub zabijało więźniów na miejscu. Te krwawe zbrodnie, które pochłonęły tysiące naszych rodaków, ciągle są mało znane ogółowi Polaków. To jeszcze jeden zapomniany Katyń. Generałowi - jako byłemu oficerowi rosyjskiemu, doskonale mówiącemu po rosyjsku, proponowano wstąpienie do armii sowieckiej, co stanowczo odrzucił. Więziono go potem w więzieniu na Brygidkach bardzo źle traktując. Bliski śmierci trafił w końcu do moskiewskiego więzienia na Łubiance. Tu doszło do ważnego wydarzenia w jego życiu duchowym. Trzeba pamiętać, że pochodził z rodziny protestanckiej. Kiedy jednak sowieccy strażnicy więzienni zerwali mu medalik z Matką Bożą Częstochowską i podeptali go na jego oczach, był wstrząśnięty: "Czułem Jej ciągłą opiekę nad sobą. Im więcej słyszałem koło siebie śmiechu bezbożników, tym głębiej utrwalała się wiara...". Postanowił, że jeśli przeżyje, powróci do Kościoła, w którym ludzie klękają przed Jej wizerunkiem. Tak się też stało.

Cud
"Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono...". Zdawało się, że modlitwy Generała i setek tysięcy polskich nędzarzy, rozrzuconych po całym nieludzkim imperium, zostały wysłuchane! Oto na skutek gwałtownego uderzenia wojsk niemieckich w całym Związku Sowieckim powstał taki popłoch, że Stalin godził się na wszystko, co mogłoby pomóc w zatrzymaniu niemieckiej machiny wojennej. Jeszcze raz okazało się, że nieugięci i bezczelni sowieccy komuniści w obliczu zagrożenia są mali i żałośni - jak w sierpniu 1920 r. pod Warszawą. Podnoszą się i znowu są butni i bezwzględni, jak tylko minie zagrożenie...
Na skutek wymuszonej przez aliantów amnestii dla Polaków więzionych w Związku Sowieckim oraz umowy polsko-sowieckiej o amnestii i o tworzeniu armii polskiej w ZSRS, Generał opuścił więzienie. Premier Władysław Sikorski awansował go na generała dywizji i powierzył mu tworzenie Armii Polskiej.

Z domu niewoli
14 sierpnia 1941 r. podpisano polsko-sowiecką umowę wojskową, która zakładała tworzenie Armii Polskiej w Związku Sowieckim do walki z Niemcami. Armia ta miała być wyposażona przez Sowietów oraz z dostaw brytyjskich. Siedzibą sztabu został Buzułuk koło Kujbyszewa. Ciekawe, że w tym samym Kujbyszewie Sowieci niebawem szkolili kadry przyszłej bezpieki na Polskę...
W Tatiszczewie pod Saratowem formowała się 5. Dywizja Piechoty, 6. Dywizja w Tockoje koło Buzułuku. Generał Zygmunt Bohusz-Szyszko, weteran spod Narwiku, taką wydał opinię o polskim wodzu: "Najwyższej wagi jest osobowość generała Andersa, który posiadł pełne zaufanie tak Polaków, jak i Sowietów (...). Jest on ogromnie ważny zarówno dla nas, jak i dla nich. Nikt inny nie podołałby temu wszystkiemu. Jest całkowicie lojalny, pozbawiony jakichkolwiek osobistych ambicji, pełen energii i werwy. Powoduje nim wyłącznie dobro Polski".
Generał dobrze znał mentalność rosyjską. Nie dał się rozmiękczyć ani oszukać. Szybko zauważył, że Sowieci utrudniają formowanie polskiej armii. Brakowało broni, żywności, wyposażenia. Chcieli ekwipować poszczególne jednostki i wysyłać na front, by je rozproszyć. Na to nie dał zgody. Był twardy i nieustępliwy. Nie pozwolił, by wysyłano na front źle uzbrojonych Polaków, przeznaczonych na rzeź, jak później ci nieszczęśnicy spod Lenino, których do dziś nie można się doliczyć.
Mimo sowieckich kłód pod nogi armia rosła. W listopadzie 1941 r. liczyła już ponad 40 tysięcy żołnierzy, w lutym 1942 r. prawie 75 tysięcy. Zgodnie z ustaleniami miała liczyć 96 tys. żołnierzy. Coraz większy problem stanowiło jednak to, że nie można się było doszukać na terenie Rosji naszych oficerów, o których wiedziano na pewno, że trafili tu do niewoli. Każdy dzień przynosił nowe podejrzenia i lęk, który obezwładnił Polaków, gdy Niemcy odkryli katyńskie doły. Inny problem to tysiące polskich kobiet i dzieci, które z płaczem stawały przy ogrodzeniach żołnierskich obozów. Jak można było je odpędzać!? Generał z każdym dniem nabierał coraz większego przekonania, że jest jak Mojżesz, który musi wyprowadzić swój lud z domu niewoli - przede wszystkim te dzieci! Każdego dnia tracił też wiarę w dobrą wolę Sowietów i zdawał sobie sprawę, że ta armia nigdy nie będzie pod ich kuratelą całkowicie bezpieczna.

Exodus
Już pod koniec 1941 r. Generał myślał o wyprowadzeniu swych oddziałów z terytorium sowieckiego i ewakuacji do Persji. Coraz bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu. Gdy w marcu 1942 r. Sowieci drastycznie ograniczyli racje żywnościowe dla Polaków (Z powodu opóźnienia amerykańskich dostaw zboża! Nie mieli swojego na 20 mln kilometrów kwadratowych, w większości wolnych od Niemców!), to był odpowiedni moment na ważne decyzje. Generał uzyskał zgodę Stalina na ewakuację części wojsk do Iranu. Pierwsza ewakuacja, w marcu 1942 r., objęła 45 tys. ludzi. Co czwarty był cywilem - głównie kobiety i dzieci! Taka to była armia, na którą po wojnie pluła ubecka propaganda. Armia szkieletów umierających po drodze! Ewakuację dokończono w sierpniu 1942 roku. W sumie wyjechało ze Związku Sowieckiego około 115 tys. Polaków. Tylko 75 tysięcy z nich było żołnierzami!
Brytyjczycy, także rząd RP, mieli wątpliwości co do tej decyzji. Generał nigdy ich nie miał: "Byłem przekonany, że rozkazy wynikają z braku zrozumienia naszej sytuacji (...). Pozostanie w Rosji było niezgodne z polskim interesem narodowym. Podjąłem tę decyzję na własną odpowiedzialność i Bóg świadkiem, że była to decyzja słuszna...". Kiedy premier Władysław Sikorski lustrował Armię Polską w Iraku, przyznał Generałowi rację. Choć było to już wiele miesięcy od ewakuacji, odwszawianiu, odpluskwianiu i przywracaniu do życia ludzi skazanych na to, by "podochli" w Związku Sowieckim, to i tak było widać, że generał Anders nie mógł postąpić inaczej.

Armia Polska na Wschodzie

Kobietami i dziećmi zajęli się Brytyjczycy. Teraz Generał mógł wreszcie być dowódcą wojska, a nie opiekunem sierot. Jego oddziały w Persji i Iranie nazywały się teraz Armią Polską na Wschodzie. Dołączyła do nich legendarna już Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich generała Stanisława Kopańskiego. Premier i zarazem wódz naczelny przekształcił tę armię w 2. Korpus Polski i pod tą nazwą żołnierze generała Andersa zdobyli sławę pod Monte Cassino i wielu innych miejscach na włoskiej ziemi.
Pojawiły się nowe problemy. Gdy po ujawnieniu zbrodni katyńskiej, Sowieci zerwali stosunki z Polską, żołnierze byli bliscy buntu. Przecież w większości pochodzili z Kresów. Czy warto przelewać dalej krew? Czy po zwycięstwie ich domostwa wrócą do Polski? Czy w ogóle będą mieli dokąd wrócić? Jeszcze większe problemy i gorycz pojawiły się pod koniec wojny, gdy już było wiadomo, jak zachowali się nasi "alianci" w Jałcie. Generał przeżywał katusze, ale wiedział, że trzeba być konsekwentnym. Tylko tego brakowało, by dostarczyć Sowietom propagandowej amunicji w postaci posądzenia o współpracę z Niemcami! A przecież oni nie mieli żadnych skrupułów! Więc żołnierz, nieustannie podbudowywany słowami dowódcy, któremu bezgranicznie wierzył, szedł naprzód. "Szedł tam, gdzie nie mogli najbardziej zajadli" i "zdobywał szczyty, z których inni spadli...".

Gorycz zwycięstwa
Pod koniec 1943 r. 2. Korpus Polski dotarł na Półwysep Apeniński. Dowódca 8. Armii Brytyjskiej wyznaczył Polakom zadanie zdobycia Monte Cassino, najsilniejszego punktu obrony niemieckiej na linii Gustawa. To była droga na Rzym. "Wykonanie tego zadania, ze względu na rozgłos, jaki Monte Cassino zyskało wówczas w świecie, mogło mieć duże znaczenie dla sprawy polskiej" - pisał później generał Anders. "Byłoby najlepszą odpowiedzią na propagandę sowiecką, która twierdziła, że Polacy nie chcą się bić z Niemcami. Podtrzymywałoby na duchu opór walczącego Kraju. Przyniosłoby dużą chwałę orężowi polskiemu". Generał zgodził się więc na szturm, choć momentami opanowywał go straszliwy lęk o wykrwawienie tych żołnierzy tułaczy, którzy tyle już w życiu przeszli i tyle wycierpieli. Rozkaz Generała do ataku na wzgórze zaczynał się słowami: "Żołnierze kochani, moi bracia i dzieci...". "I poszli... I udał się szturm!". Generał Klemens Rudnicki, zastępca dowódcy 5. Kresowej Dywizji Piechoty, wspominał: "Bez wygrania najpierw bitwy o serca żołnierskie żaden wódz nie wygrał jeszcze bitew na polu walki. To była jego magia, która wywołała nastrój graniczący z ekstazą, nigdy przedtem i potem niespotykaną, w pierwszej i decydującej o istnieniu Korpusu bitwie o Monte Cassino (...). Dzięki zaufaniu do jego osoby wyrosło w armii przekonanie, że oko jego spoczywa wszędzie, że wie o każdym patrolu wysłanym na przedpole i że kucharz kompanijny, gotując strawę, stosuje jadłospis przez niego osobiście nakazany!". Zwycięstwo pod Monte Cassino i parę dni potem pod Piedimonte, mimo wielu ofiar, okryło chwałą zarówno 2. Korpus, jak i Wojsko Polskie w ogóle.

Ojciec
Gdy skończyła się wojna i trzeba było decydować, co robić: wracać do zniewolonego kraju na pewne prześladowania, czy walczyć o wolną Polskę na londyńskim bruku wbrew "realiom politycznym", Generał pozostał dla rzeszy polskich wygnańców prawdziwym ojcem. Czuł się za nich odpowiedzialny aż do śmierci. Działalność Generała na obczyźnie po wojnie to jednak temat na osobną, długą opowieść. Przypomnijmy tylko, że od lutego 1945 r. pełnił obowiązki, a potem był naczelnym wodzem i generalnym inspektorem Sił Zbrojnych RP na Uchodźstwie. Od 1949 r. przewodniczył Skarbowi Narodowemu, od 1954 r. był członkiem Rady Trzech, instytucji zwierzchniej dla całego polskiego uchodźstwa w Wielkiej Brytanii. Przed śmiercią wyraził pragnienie, by pochowano go na cmentarzu Monte Cassino, gdzie spoczywają jego najlepsi żołnierze.
Ojciec Święty Jan Paweł II przyjeżdżał na cmentarz u stóp wzgórza Monte Cassino. Pan Bóg tak sprawił, że dzień polskiego zwycięstwa był dniem jego urodzin. 18 maja 2004 r. powiedział: "Proszę Boga, aby rządzący i wszyscy Polacy umieli nadal powracać pamięcią do Monte Cassino, aby uczyć się tej miłości do Ojczyzny, która dodaje odwagi i sił do ofiarnego zagospodarowywania przestrzeni wolności".
Niech też potrafią czerpać z życia Generała, z jego honoru, narodowej dumy, wierności idei służby dla Narodu i Państwa.

Piotr Szubarczyk
IPN Gdańsk
"Nasz Dziennik" 2007-05-18

"Anders na białym koniu"

Propagandowa agresja komunistów wobec generała Władysława Andersa
Dla sowieckich właścicieli powojennej Polski i dla ich kolaborantów sprawa była jasna. Generał Władysław Anders to niebezpieczny człowiek. Cieszy się szacunkiem Polaków jako ten, który wyprowadził swoich rodaków z sowieckiego domu niewoli. Jako zwycięski wódz, obdarzony charyzmą i niekwestionowanym autorytetem. To, co on powie, będzie dla rodaków drogowskazem.

Nie mając większego wpływu na działalność Generała na emigracji, propaganda komunistyczna postanowiła całkowicie odciąć go od kontaktów z krajem oraz nie dopuścić do pokazania go takim, jakim naprawdę był. Wszechwładna cenzura, wywodząca się z sowieckiej cenzury wojskowej, panowała nad wszystkim, o czym pisano w gazetach i książkach oraz co mówiono przez radio. To jednak nie wystarczyło. Nie chodziło bowiem o samo przemilczanie postaci Generała, bo to było niewykonalne nawet w warunkach cenzury, lecz o propagandową agresję wobec jego osoby. Wykorzystano więc całą watahę pismaków i "rysowników", którzy za ochłapy w postaci różnych przywilejów, charakterystycznych dla państwa typu sowieckiego, czekali tylko na sygnał, by z ujadaniem rzucić się na dowódcę II Korpusu Polskiego, a po wojnie - Naczelnego Wodza i Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych RP na uchodźstwie. Wszelkie chwyty były dozwolone. Czy ci ludzie wstydzili się swojej działalności? Może od czasu do czasu tak, ale pamiętajmy, że Stalin był bardzo przewidujący i przygotował zawczasu listek figowy i usprawiedliwienie dla wszelakiego szujostwa. Oficjalnie Polska nie była ani komunizowana, ani sowietyzowana. Oficjalnie Polska była "demokratyzowana". Każdy kolaborant, uczestniczący w sowieckich akcjach propagandowych, mógł je "racjonalizować" na użytek własnego sumienia. Mógł sobie powiedzieć, że "takie są realia", że "Związek Radziecki zapewnia nam pokój po najstraszniejszej z wojen", że "Anders i siły reakcyjne prą do następnego światowego konfliktu" etc. Krótko mówiąc, kolaboranci wysługujący się Sowietom mogli pozować na "realistów" i "demokratów". Mogli usprawiedliwiać się w ten sposób zarówno przed sobą, jak i przed rodziną oraz znajomymi. Chyba że byli to znajomi z przedwojennej KPP albo z komunistycznych jaczejek... Tu nie trzeba było żadnych usprawiedliwień. Rozumieli się bez słów. Teraz my!

Jeszcze podczas wojny
rozpoczął się atak na Generała - szczególnie w sierpniu 1944 r., gdy Niemcy, przy biernej postawie Sowietów, mordowali Warszawę. Od początku propaganda sowiecka przeciwstawiała "prostego, bohaterskiego żołnierza" powstania "garstce niepoczytalnych przywódców, którzy na rozkaz Sosnkowskiego, w imię nędznych kombinacji politycznych kliki sanacyjnej, pchnęli ludność Warszawy do walki". Nie trzeba chyba dodawać, że według norm sowieckiej propagandy, do "kliki sanacyjnej" zaliczał się też generał Anders. Na łamach sowieckiego pisma, zatytułowanego szyderczo "Rzeczpospolita", wydawanego w Chełmie, Lublinie, potem w Łodzi i w Warszawie pod redakcją Benjamina Goldberga vel Jerzego Borejszy, niejaki Sigalin pisał 17 sierpnia 1944 r.: "Co czuje żołnierz Andersa, walczący bohatersko na włoskim froncie, gdy go dochodzą wieści o płonącej Warszawie? Czyż nie wolałby razem z nami, z Armią Czerwoną, szturmować i wyzwolić naszą stolicę"? Żadnych skrupułów nie miał ten sowiecki pismak! Bredził o szturmowaniu Warszawy przez armię sowiecką, gdy stała ona pod Warszawą i nawet nie myślała o żadnym szturmowaniu. Pismak odwołuje się znowu do znanego schematu: Anders kontra bohaterski żołnierz. Trzeba tu przypomnieć, że nie był to wynalazek z roku 1944. W 1920 r. bolszewicy szli na Warszawę pod hasłami wspólnej walki "z pomieszczykami", "jaśniepanami". W roku 1939, gdy Sowieci rzucili się zdradziecko na Polskę, kolportowali ulotki, wzywające żołnierzy do "rozprawienia się z oficerami", którzy służą "pańskiej Polsce". Wtedy żołnierze wycierali sobie takimi ulotkami wiadomą część ciała. Teraz, pod koniec wojny, po kilku latach deprawacji ludności przez obu okupantów, braku dostępu do nauki, po świeżych dostawach komunistycznej żulii z terenu Związku Sowieckiego, takie treści były do przełknięcia dla części Polaków, marzących o tym, by "iść z prądem" i z tego "prądu" wyciągnąć jak najwięcej korzyści dla siebie. Smutne jest to, że trzon kolaborantów stanowiła, niestety, część komunizującej przed wojną inteligencji.

Moskwa
była rzeczywistym ośrodkiem dyspozycyjnym nagonki na generała Andersa. Włączono do niej także sowiecką prasę partyjną. 20 sierpnia 1944 r. "Krasnaja Zwiezda" opublikowała ohydną karykaturę. Pokazuje ona generała Andersa i generała Kazimierza Sosnkowskiego, jak stoją nad mapą Warszawy z okrwawionymi rękoma. Nieważne, że to łapy Stalina pomazane były krwią powstańców i że to nie generał Anders wzywał do powstania, lecz Radio Moskwa. Propaganda bolszewicka, potem sowiecka, nie dbała nawet o pozory. Po co, skoro człowiek sowiecki i tak musi słuchać...
Tego samego dnia, gdy zamieszczono nienawistną karykaturę, pepeerowski aparatczyk Władysław Gomułka (ten sam, któremu wiwatował w roku 1956 tłum zaczadzonych warszawiaków) ogłaszał "rezolucję PPR" o "zbrodniczej lekkomyślności przywódców AK". Moskwa i Lublin nadawały na tej samej fali, według tego samego scenariusza.

Prasa gadzinowa
Na wzór gadzinówki Goldberga-Borejszy powstawały komunistyczne gadzinówki terenowe, organy PPR, potem PZPR. Jedna z nich, "Gazeta Lubelska", pisała bez skrupułów 5 września 1944 r. o "ponurym cieniu faszystowskich sympatii", który "wlókł się śladami Armii Polskiej, przekraczającej granicę Iranu". Tak sowiecki autor skwitował dramatyczną ewakuację tysięcy Polaków, w tym kobiet i dzieci, uratowanych cudem przez generała z sowieckiego piekła. W tym samym artykule pismak powiada o Katyniu, że to "prowokacja, na której lep poszedł rząd londyński".
W pepeerowskim "Sztandarze Ludu", 22 marca 1945 r., ukazał się "wywiad" z byłym polskim oficerem Leonem Bukojemskim, podkomendnym generała Andersa, który nie wykonał rozkazu ewakuacji i został w Sowietach. Teraz, w Polsce sowieckiej, robił karierę. Był już "generałem". "Nie mam osobistego żalu do generała Andersa" - bełkotał Bukojemski. "Niewątpliwie było to z mojej strony złamaniem dyscypliny". Usłużny redaktor natychmiast uzupełnia: "Co znaczy dyscyplina w porównaniu z dobrem ojczyzny!". Taki to był sowiecki koncept...
Apogeum łajdactwa i chamstwa osiągnęła kreatura podpisująca się jako Ryszard Obrączka. Łajdak ten pisał w kwietniu 1945 r., w katowickiej gadzinówce pepeerowskiej "Gazeta Robotnicza", że "w piaskach Iranu i Palestyny powtórzyła się tragedia Berezy. Skazani na dożywotnie więzienie oficerowie i żołnierze, patrioci polscy, zapełnili obozy koncentracyjne, utworzone przez generała Andersa"! Żaden cynik z NKWD nie wymyśliłby nic równie podłego!
W czerwcu 1945 r. ta sama gadzinówka wydrukowała "satyrę" na generała. Na rysunku karykatury premiera Sosnkowskiego, generała Komorowskiego "Bora" i generała Andersa w niemieckich mundurach, z podpisem "wyprawa na Moskwę". Trudno nie zauważyć, że szubrawcy, którzy takie rzeczy publikowali, odbyli niejedną wyprawę do Moskwy - po nauki i po to, by złożyć hołd swoim chlebodawcom...
25 czerwca 1945 r. w krakowskiej gadzinówce "Dziennik Polski" napisano: "Dziś Anders przegrał ostatecznie. Bo tak być musiało. Bo zawsze klęska polityki Andersów i Borów jest zwycięstwem dla Polski". W tym samym numerze poetycka miernota, Jalu Kurek, zachwala sowiecki film, pokazywany w krakowskich kinach, na podstawie sowieckiej powieści Wandy Wasilewskiej z roku 1942. Dziś w Encyklopedii PWN można przeczytać, że "Dziennik Polski" to było "regionalne pismo informacyjno-publicystyczne południowej Polski, wydawane od 1945 r. w Krakowie, kontynuacja "Dziennika Krakowskiego" (!). Krótko mówiąc, wydawana przez komunistów gadzinówka była kontynuacją XIX-wiecznej gazety i "pismem informacyjno-publicystycznym"! Nie ma to jak "polskie" encyklopedie ze znakiem firmowym PWN Adama Bromberga - szefa peerelowskich wydawnictw MON. One przeżyją nas wszystkich, a obowiązująca w nich "linia" jest "nieśmiertelna"!
W tym samym krakowskim szmatławcu, w sierpniu 1945 r., zamieszczono rzekomą wypowiedź żołnierza generała Andersa (nie podano jego nazwiska): "Oni, to jest Anders, mają manię, że jednak będzie wojna między aliantami, a wtedy żołnierz polski z Włoch przyniesie hasła faszystowskie do kraju". "Mania" komunistyczna polegała zaś na tym, że każdego polskiego patriotę nazywano "faszystą". Niedawno dzięki telewizji przeżywaliśmy historyczne déj?vu: moskiewski urzędnik wygrażał "estońskim faszystom", że chcą sami decydować o tym, jakie pomniki i gdzie mają stać w ich kraju...
W październiku 1945 r. inny katowicki szmatławiec, "Trybuna Robotnicza", obwieścił: "Mimo zdrady Andersa i wynikającej stąd uzasadnionej nieufności, rząd radziecki dalej jest gotowy popierać sprawę polską". Anders zdrajca - Sowieci zawsze wierni Polsce!
I jeszcze jedna gadzinówka pod mylącym tytułem "Głos Robotniczy", tym razem wydawana przez PPR w Łodzi. W grudniu 1945 r. zmyślony przez tego szmatławca żołnierz generała Andersa mówi: "Armia wyprowadzona w swoim czasie z Rosji została wybita. Na miejsce Polaków Anders zaczął przyjmować banderowców (!), własowców (!) i esesmanów (!), którzy teraz stanowią większość jego armii".
Bez skrupułów
To są przykładowe wypiski tylko za rok 1945. Był on i tak łagodny w tonie. To, co wypisywano o naszym bohaterze w latach późniejszych, zwłaszcza po roku 1948, nie nadaje się dziś do cytowania. Nie ma wątpliwości, że dobre imię generała Władysława Andersa starano się zszargać w sposób planowy i przemyślany. Nie ma wątpliwości, że czynili to obcy - tyle że z pomocą rodzimych głupców, karierowiczów, konformistów czy po prostu cynicznych łajdaków.

Pozbawienie obywatelstwa
"Zwieńczeniem" pierwszego okresu nienawistnej wobec Generała propagandy był 28 września 1946 r., gdy uchwałą tzw. Rady Ministrów tzw. Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, uznawanego przez Zachód od lipca 1945 r., pozbawiono generała Władysława Andersa obywatelstwa polskiego. To samo dotyczyło wielu innych, wybitnych wojskowych, którzy pozostali na Zachodzie: gen. Stanisława Maczka, gen. Stanisława Kopańskiego, gen. Antoniego Chruściela oraz 14 pułkowników, 28 podpułkowników i 30 majorów Wojska Polskiego. Kim byli ich odpowiednicy w wojsku "ludowym"? Byli to albo oficerowie sowieccy, nadzorujący to wojsko od samego początku, albo ludzie w rodzaju Łyżwińskiego vel Żymierskiego (pseudomarszałka), Jaruzelskiego i całe zastępy im podobnych. Hodowano ich w taki sposób, by zawsze pamiętali, że na pierwszym miejscu jest wierność "sojuszniczej armii" i "narodowi radzieckiemu".
Gadzinowa kampania przeciwko Władysławowi Andersowi nie skończyła się na pozbawieniu go obywatelstwa. Aż do śmierci Generała 12 maja 1970 r. starano się go zohydzić w oczach Polaków w kraju. Szydzono też z tych, którzy nie tracili nadziei na uwolnienie się kraju spod sowieckiej kurateli, że do Polski przybędzie "Anders na białym koniu".

Niebezpieczni żołnierze i ich krewni...
Nie tylko propaganda była narzędziem walki z dobrym imieniem generała Władysława Andersa. Do akcji wkroczyła bezpieka. Za niebezpiecznych dla komunistów zostali uznani wracający do kraju podkomendni generała, najczęściej zwykli żołnierze. Oni najlepiej wiedzieli, jaki był generał. Sowieci bali się legendy bohaterskiego dowódcy. Już w kwietniu 1945 r. generał Iwan Sierow meldował komisarzowi spraw wewnętrznych Sowietów, Berii (jednemu z inicjatorów zbrodni katyńskiej): "Organy Informacji wykryły i włączyły do ewidencji osobowej byłych żołnierzy armii Andersa, akowców a także żołnierzy posiadających bliskich krewnych w armii Andersa". Chodziło o Informację Wojskową tzw. I i II armii wojska "polskiego", dowodzonych przez sowieckich komandirów: Siergieja Fiodorowicza Gorochowa vel Stanisława Popławskiego oraz Karola Świerczewskiego. Dla sowieckich zbrodniarzy niebezpieczni dla wojska "ludowego" byli więc nawet krewni żołnierzy służących pod rozkazami bohaterskiego Generała! "Ewidencje" wojskowej bezpieki służyły potem do ich represjonowania. To jednak temat na osobny, obszerny artykuł.

Piotr Szubarczyk
IPN Gdańsk
"Nasz Dziennik" 2007-05-18

Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :