Szukając w codzienności Boga Żywego



 

 

To do mnie skierowane jest wezwanie Proroka:

Tymczasem w praktyce codzienności dość często, niestety zbyt często, nieświadomie wpadam w pułapkę teorii o „śmierci Boga”. Albo celowo, dla wygodnego konformizmu, przyjmuję taki punkt widzenia, który nie chce dostrzegać Boga. Tak czy inaczej traktuję wtedy rzeczywistość jak poganin, który widzi tylko zbiegi okoliczności, złośliwości losu, czy też nie wiadomo skąd spadające ciężkie doświadczenia. Odzywa się wtedy udręczony głos: „Bóg? Oczywiście, ale życie jest takie ciężkie”. Za bardzo po ludzku chcę widzieć i kształtować świat. Choć uważam się przecież za religijnego i pobożnego, zbyt często traktuję Pana Boga jak piękne i niedzisiejsze – nie bardzo pasujące do „nowoczesnego wnętrza” dzieło sztuki, przed którym odprawiam swoje praktyki. Jeśli już przyjmuję Go do serca, to za progiem świątyni wpadam w nurt życia, który porywa i unosi mnie daleko od rajskiego ogrodu, po którym przechadza się Pan wołając: «człowieku! „gdzie jesteś?”».

Czy to właśnie ja nie ograniczam Boga zamykając Go w klatce „pięknie w skupieniu odmawianych” modlitw i „pobożnie ze skrupulatnym samozadowoleniem” spełnianych praktyk?

Ciągle rozgrywa się dramat wiary, w którym Bóg staje się Wielkim Nieobecnym w mojej codzienności. Przyczyną zaś tego jest postrzeganie Boga na miarę moich dotychczasowych doświadczeń. A bywają one różne. Od wychowania jakie odebrałem, przez świadomie przeżywane traumatyczne zdarzenia i zranienia osobistym grzechem, po zepchnięte do podświadomości wydarzenia. Wszystkie one skutkują zamknięciem się na przyjmowanie darów Miłości. Światło wiary i wezwanie łaski ciągle działa, a ja wyszukuję tysiące usprawiedliwień. W zderzeniu z wiarą przyjmuję postawę obronną: „po co się za bardzo wychylać; nie dam rady, jestem takim małym prostym człowiekiem, wcale nie pragnę wielkości, zadowalam się tym co jest”. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że jest to tylko chodzenie obok wymagań wiary. Chodzenie obok Pana Boga, nie z Nim. Przypomina to trochę dziecięcą zabawę w „chodzi lisek koło drogi...”, w której Panu Bogu wyznaczam rolę liska, przed którym, po dotknięciu mnie przez Niego, uciekam co sił. W takiej postawie, mimo ciągłej gonitwy, brakuje istotnego dynamizmu wiary – przetwarzania mojego codziennego „tu i teraz”. Tym bardziej że, przyznać trzeba, nie wygląda to najlepiej. A jeśli nawet jest to dobre i zadowalające, to może i powinno być jeszcze lepsze.

 

 

Z balastem grzechu

Czyż nie jest moim udziałem doświadczenie Apostoła Narodów?: „Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. [...] Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. [...] A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci?” (Rz 7,15-24a).

Zaraz, na szczęście św. Paweł daje wskazówkę do wyjścia z tego błędnego koła. W wierszu 24b powyższego, czytam: „Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!”.

Wnioski oczywiste! Bóg Zbawiciel ciągle chce w Jezusie Chrystusie dać mi udział w swoim zwycięstwie nad złem. Nie pozostaje mi nic innego, jak przezwyciężywszy stereotypowe obawy, że Bóg mnie odrzuci w takim stanie, oddać się Jezusowi ze wszystkim. Bez względu na to, jak dalece zostałem oszpecony przez trąd grzechu; „Panie. Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić...”. A On, jak wtedy i zawsze: „wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: Chcę, bądź oczyszczony! I natychmiast został oczyszczony z trądu.” (Mt 8,2n). Dopóki zatem uznaję swoją grzeszność, pamiętać mam beznadziejne z ludzkiego punktu widzenia przypadki: jawnogrzesznicę...(J 8,1nn); celnika Zacheusza...(Łk 19,1nn); dobrego łotra...(Łk 23,39nn).

Ostatecznie bowiem, to przecież Bóg jest Wszechmocny a nie grzech! Dla Miłosiernej Wszechmocy grzech nie stanowi żadnej w działaniu przeszkody. Mur istnieje tylko z mojego punktu widzenia. Bóg będący ponad wszystkim, jest także ponad murem moich grzechów.

 

 

Uznać siebie

Św. Jakub przypomina z jednej strony: „Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew

Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu.”. Dodaje zaś z drugiej: „Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1J 1,7n).

Mój grzech nie jest zatem tragedią. Tragiczne jest to, że go nie chcę uznać. Zatem odważnie trzeba przyznać: jestem chory na grzech. Bo inaczej nawet nie będę próbował szukać Lekarza. Nie podejmuje przecież leczenia ten, kto uważa się za zdrowego. A Jezus – Boski Lekarz? On zawsze będzie nam powtarzał: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.” (Mk 2,17).

Warto sobie uświadomić, że Bóg jest w nas zakochany. I zaryzykujmy nawet takie twierdzenie: On jest chory z miłości! W przypadku Boga to szaleństwo miłości!

Jedynym zaś tytułem do bycia kochanym przez Boga, nie jest to co ja sam zdołam zrobić czy osiągnąć. Jedynym powodem dla którego On mnie miłuje, jest fakt mojego istnienia. Sam fakt człowieczeństwa czyni mnie godnym miłości. Jestem, a więc jestem potrzebny właśnie „tu i teraz”. Istnieję, a więc jestem kochany i mogę tę Miłość odnajdować. Nie gdzieś za siedmioma górami i siedmioma rzekami. Bo „Słowo to jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim” (zob. Rz 10,6-8).

Tu ważna dygresja: nam się wydaje, że koniecznie znaleźć należy odpowiedź na pytanie „jak to zrobić?; jak sprawić by wejść w tę rzeczywistość?”. Konieczny nam jakiś przepis na to, by udało się uruchomić odpowiedni mechanizm. Tu jednak w ogóle nie ma mowy o takim pytaniu! Moje osobowe i osobiste odniesienie do Żywej Obecności nie jest jakąś „wyższą szkołą gotowania na gazie”. Instrukcji obsługi nie znajdziemy nigdzie. W relacji między mną a ofiarowującą się Miłością, wszystko opiera się na moim „chcę” lub „nie chcę”. A zatem nie jak Szymon Piotr: „odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny.” (Łk 5,8). Wręcz przeciwnie: „Przymusili Go mówiąc: zostań z nami...” (Łk 24,29), bo sam nie daję sobie rady ze sobą.

I pamiętam te słowa: „ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5).

Jedyne co mogę zrobić, to dać się ogarnąć Miłości. Pozwolić się kochać. Pozwolić Jezusowi by mnie zbawił.

Ks. Tomasz Schabowicz
www.mateusz.pl/rekolekcj

Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :