
Poszukiwania w wierze
Zacząłem szukać prawdy w innych religiach. Czytałem Koran, interesowałem się gnozą i masonami. Jednak po około dwóch latach stwierdziłem, że się zawiodłem i powróciłem do wiary chrześcijańskiej, nie wyzbyłem się jednak dystansu do katolicyzmu.
Na moje nieszczęście znalazłem w Empiku inną książkę na temat wiary, która mnie zaciekawiła. Była to „Apokalipsa” Jonatana Dunkela, która promowała Kościół Adwentystów Dnia Siódmego. Na jej treść składała się przede wszystkim krytyka Kościoła katolickiego (zwanego tam Bestią 666 i Antychrystem), jak i (w mniejszym stopniu) krytyka protestantów. Kościół atakowany był przede wszystkim za „bałwochwalczy” kult świętych, za nieomylność papieża i za uświęcenie niedzieli zamiast rzekomo prawdziwego dnia świętego – soboty. Wszystkie zarzuty były poparte wersetami biblijnymi. Kolejny raz dałem wiarę temu, co przeczytałem.
Z obawy przed rodzicami nie zacząłem szukać kontaktu z adwentystami, ale przestałem uczęszczać na niedzielną Mszę Świętą. Z żalem myślałem o swoim życiu, które do tamtej pory spędziłem w Kościele „Antychrysta”. Postanowiłem żyć według Biblii – sam. Nie uważałem siebie za chrześcijanina, bo nie potrafiłem sobie poradzić z pewnym grzechem… To wszystko było dopiero preludium tego, co miało mnie spotkać.
Spotkanie z grupą Hologos
Tata niepokoił się moim postępowaniem i zapraszał mnie na rozmowy z kapłanami. Pewnego razu zaproponował mi wykład w klasztorze dominikanów. Po jego zakończeniu podszedł do mnie pewien człowiek, nieco starszy ode mnie, i zapytał, jak podobało mi się to, co usłyszałem. Dobrze się nam rozmawiało i po jakimś czasie rozmowa zeszła na tematy doktrynalne – pytałem naiwnie o doktrynę katolicką, o adwentystów, o Świadków Jehowy. Paweł na wszystko miał gotową odpowiedź. Podkreślał też wagę tego, że chrześcijanie muszą się dobrze znać, spotykać codziennie, walczyć o świętość i szukać Prawdy. Krytykował ludzi religijnych za to, że oddają Bogu jedną godzinę w tygodni i w ogóle nie znają swoich braci w wierze. Wzbudził tym we mnie zaufanie, choć bałem się trochę ostrych wymagań, jakie stawiał ludziom. Sprawiał jednak wrażenie osoby kompetentnej, która „zna Prawdę”. Czułem się wobec niego gorszy, jako grzeszny nie-chrześcijanin.
Spotkaliśmy się nazajutrz, ale już w trójkę, do Pawła dołączyła Ania. Szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie, o czym rozmawialiśmy, ponieważ zacząłem „wyłączać myślenie” i ufać we wszystko, co powiedzą mi ci „prawdziwi chrześcijanie”. Tak wyglądało moje pierwsze zetknięcie się z grupą Hologos w grudniu 2004.
Moja mama bardzo się rozgniewała, gdy jej opowiedziałem o moich nowych znajomych. Od razu pomyślała, że może to być sekta. Ja jednak byłem zafascynowany tym, co od nich usłyszałem, ale ze strachu nie kontaktowałem się z nimi. Ten stan trwał około trzech miesięcy, zgłosiłem się do nich znowu pod koniec lutego 2005. Spędzałem z grupą po kilka godzin kilka razy w tygodniu. Rozmawialiśmy o zarówno o tematach „katolickich”, jak i o „praktycznych” – czyli o tym, jak należy rozumieć bycie chrześcijaninem i w jaki sposób oddzielić się od „świata” i od „grzechu”. Nigdy nie powiedzieli mi wprost, że muszę opuścić dom rodzinny i zamieszkać z nimi w komunie, chociaż zauważyłem, że wszyscy mieszkają razem. Nie śmiałem jednak stawiać pytań o ich życie.
W domu rodzice zaczynali się coraz bardziej niepokoić, że spędzam z „grupą” więcej czasu niż z rodziną. W pewnym momencie poszedłem do Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Sektach, aby uspokoić rodziców. Dostałem od ojca Tomasza tekst opisujący grupę jako sektę. Zacząłem go czytać, lecz niestety więcej zaufania miałem już do Hologosu niż do ludzi z Kościoła katolickiego. Powiedziałem moim „braciom” o tym tekście, a oni wytłumaczyli mi, co w tym tekście jest złe, i nakazali zaprzestać spotkań z ludźmi, którzy „tak bardzo działają przeciwko Bogu”. Jak bardzo teraz żałuję, że naiwnie ich posłuchałem!
Coraz głębiej
Nastąpił czas coraz intensywniejszych i coraz dłuższych spotkań z Hologosem. Zapraszali mnie na weekendowy wyjazdy, bym spotkał więcej „braci” (we Wrocławiu było ich tylko sześcioro), jednak moi rodzice nie wyrazili na to zgody, ponieważ byłem tuż przed maturą. Ważnym elementem intensywnych spotkań stały się więc „spacery”. Na nich „bracia” pytali mnie o sprawy osobiste. Mówili o tym, jak ważne jest, aby porzucić wszelkie zainteresowania niezwiązane z wiarą. Było to dla mnie trudne, bo pasjonowałem się piosenkami Jacka Kaczmarskiego – tymczasem powtarzano mi: chrześcijaństwo i poezja nie mówią tym samym językiem. Ponadto starano się obrzydzić mi jego osobę poprzez omawianie złych stron jego życia, niemoralnego zachowania. Mówiono, że chrześcijanin nie może się zajmować twórczością takiego człowieka. A nawet gdyby żył przykładnie, na pewno by znaleziono wiele argumentów przeciw niemu, z których najważniejszy by brzmiał, że nie należał do „wspólnoty”.
Pewnego razu na spacerze zapytano mnie, czy czuję się chrześcijaninem. Odpowiedziałem, że nie z powodu pewnego nałogu, z którym nie mogę poradzić sobie od lat. Z troską „bracia” wypytali mnie o szczegóły. Bardzo się ucieszyłem, że mnie o to pytają i są zainteresowani moimi problemami. Czułem się „kochany”. Poczułem, że gdy się do nich przyłączę, mój problem zniknie. I rzeczywiście uzależnienie znikło, lecz tylko pozornie, ponieważ w rzeczywistości zostało zastąpione uzależnieniem od sekty.
Były również inne powody mojego odejścia z Kościoła. Jednym z nich była nienajlepsza sytuacja w domu rodzinnym. Między moimi rodzicami nigdy nie układało się dobrze, a w owym czasie mama kupiła mieszkanie i zamierzała się wkrótce wyprowadzić. Zatem dom nie był dla mnie silnym miejscem oparcia. Nie czułem się przez rodziców wychowany do tego, by być odpowiedzialnym młodym mężczyzną. Od dzieciństwa byłem wycofany, cichy, spokojny, aż za grzeczny. Liczyłem – podświadomie – na to, że gdy przyłączę się do grupy, stanę się bardziej samodzielny i dojrzały.
Zaraz po maturze, w maju 2006, poszedłem do Kaśki z Hologosu i zostałem do wieczora. Wtedy ona zaproponowała, żebym nie wracał do domu na noc. Zgodziłem się i zadzwoniłem do rodziców, aby ich o tym poinformować. Następnego dnia chciałem wrócić do domu, lecz rodzice z obawy przed sektą wymienili zamek w drzwiach, a nikogo nie było w domu. Poczułem, że rodzice mnie odrzucili i muszę zamieszkać z „braćmi”
Życie w Hologosie
Hologos posiada strukturę hierarchiczną. Są wśród nich „starsi” i „młodsi” bracia. W gronie starszych decyduje się o różnych ważnych dla „wspólnoty” sprawach. Hologos poświęca większość czasu na wspólne modlitwy, dyskusje biblijne i inne rozmowy oraz „misjonowanie”. Członkowie grupy pracują, lecz sprawy materialne traktują jako drugorzędne, wszystko bowiem powinno być podporządkowane Bogu, czyli w praktyce „wspólnocie”. Zanim podjęło się jakąś decyzję dotyczącą pracy albo studiów, trzeba było skonsultować ją ze wspólnotą”. Jeśli się tego nie zrobiło, dana osoba była uważana za słabą duchowo i wszczynano rozmowy na temat przyczyny jej samowoli. Często prowadziły one do wykluczenia, w wypadkach, kiedy uznawano, że ktoś na tyle oddalił się od Boga, że relacja z Nim została zerwana. Wtedy podobało mi się takie podejście, ponieważ sam bałem się podejmować decyzje i wygodniejsze dla mnie było, gdy „wspólnota” decydowała za mnie. Grupa chciała, aby wyrzec się własnego „ja”, a w całości poświęcić się służbie Bogu i „wspólnocie”. Jakiekolwiek myślenie o tym, że jest się zdolnym czy ważnym, było tępione w zarodku – powinna się liczyć tylko „służba w pokorze” i nic ponadto.
Na ludzi z zewnątrz patrzono jak na goniących za materialnymi przyjemnościami i rozrywką niewolników swoich namiętności. Szczególnie krytycznie wyrażano się o członkach Kościołów chrześcijańskich, którym zarzucano powierzchowność w podejściu do Boga, kompromisy ze „światem” oraz to, że w swoich wspólnotach tolerują niewierzących.
Elementem wskazującym na wrogość wobec wyznań chrześcijańskich było werbowanie do grupy, nazywane przez „braci” „misjonowaniem”. Szukali oni ludzi religijnych w różnych grupach, jeździli na różne zjazdy czy duże nabożeństwa, pielgrzymki, rekolekcje i tam wypytywali ludzi o to, co myślą o Bogu. Te rozmowy były prowadzone zasadniczo w dwóch kierunkach: albo atakowano religię wyznawaną przez rozmówcę, wskazując jej słabe punkty, albo wypytywano o jej życie chrześcijańskie i opowiadano o własnej „wspólnocie”, dowodząc, że według Biblii tak powinien wyglądać Kościół.
Członkowie grupy mówili, że szukają osób „otwartych na Prawdę”. W rzeczywistości starano się wyszukiwać osoby pełne wątpliwości co do własnej wiary, zagubione, niepewne. Z drugiej strony zwracano się do osób poważniej traktujących wiarę i dość skromnie ubranych. Nie przyjmowano też wszystkich. Bywali tacy „goście”, którzy bardzo chcieli mieszkać z grupą, ale nie zgadzali się z całą doktryną albo mieli motywację inną niż „nawrócenie”/życie wspólnotowe lub wprost mówili, że nie chcą się „nawrócić”. Takie osoby były oceniane negatywnie i zrywano z nimi kontakt.
Ważnym aspektem podejścia Hologosu do świata był stosunek do własnych krewnych i najbliższej rodziny. Mówiono, że należy ich wspierać, kiedy jest taka potrzeba (np.: w razie choroby), ale nie należy wykraczać ponad to. Podkreślano, że rodzice, to tacy sami ludzie, jak zwykli niewierni w „świecie” i kontakty z nimi należy ograniczyć do minimum. Młodym „braciom” często opowiadano historie o rodzicach niektórych członków grupy, którzy mieli przykuwać ich do ściany łańcuchami, wywozić w miejsce odosobnienia czy palić Biblię. W niektórych przypadkach (także w moim) rodzice odmawiali wsparcia finansowego. Takie sytuacje wykorzystywano do wzmocnienia zażyłości wewnątrz grupy poprzez utwierdzenie dzieci w przekonaniu, że rodzice kochają ich tylko warunkowo. Wówczas „bracia” wstępowali na drogę sądową i żądali alimentów. Sądy często je przyznawały. Ja również pod naciskiem „braci” wystąpiłem o alimenty, sąd jednak odrzucił mój pozew.
Ostatnie miesiące
Począwszy od jesieni 2006 roku mój stan psychiczny systematycznie się pogarszał. Czułem się coraz bardziej grzeszny. W Hologosie mówiono, że każdy grzech jest ogromną obrazą Pana Boga i trzeba uważać, żeby swoim postępowaniem nie oddzielić się na wieczność od Niego. Gdy „bracia” omawiali ze mną jakąś negatywną postawę, to po jakimś czasie, ze względu na siłę sugestii, stwierdzałem, że ta wada również mnie dotyczy.
Chociaż depresyjne zachowania były bardzo negatywnie oceniane, bardzo trudno było pogodzić poczucie, że jest się okropnym grzesznikiem, który znajduje się o włos od utraty zbawienia, z jednoczesnym zadowoleniem z siebie. Niektórym udawało się jakoś nieść w sobie te dwie sprzeczne postawy, ja jednak tego nie potrafiłem i pogrążałem się w depresyjnych myślach: że zostanę wykluczony, że pójdę do piekła itp. Byłem bardzo zniechęcony i coraz dłużej spałem, aby uciec od tej smętnej rzeczywistości. Ten stan pogłębiał się aż do Spotkania Zimowego 2006/07.
Na samym spotkaniu chciałem przezwyciężyć zniechęcenie i zrobiłem się nadmiernie aktywny. Byłem słaby i przeziębiłem się. Pewnego wieczoru chciałem się położyć, ale nie mogłem zasnąć. Byłem przekonany, że dostanę wizję od Boga. Ktoś dał mi tabletkę nasenną. Zasnąłem, ale po dwóch godzinach znów się obudziłem. Nagle poczułem wewnętrzną potrzebę śmiania się na cały głos, wręcz usłyszałem w sobie demoniczny śmiech i sam się tak zaśmiałem. Myślałem, że jestem opętany. Potem chciałem się do kogoś przytulić i płakać, lecz „brat” mnie odrzucił. Zacząłem wtedy krzyczeć z całej siły, tarzać się po podłodze, modlić się na cały głos. Straciłem nad sobą kontrolę, chciałem uciec jak najdalej od Hologosu, od szatana. Na szczęście udało się mnie powstrzymać siłą. W końcu zawołano lekarza i po długich namowach zgodziłem się na zastrzyk uspokajający.
Rozstanie i co dalej?
Po powrocie ze spotkania poszedłem do szpitala psychiatrycznego. Czytałem tam Biblię i biłem się z myślami, bo nie wiedziałem, czy mam dalej być w Hologosie, czy wyjść z niego. „Bracia” przychodzili do mnie codziennie, ale nie rozmawialiśmy o sprawach duchowych. Poczułem się oszukany. Było to dobre dla mnie, ponieważ osłabiło przywiązanie do Hologosu. W owym czasie bardzo mi pomogła matka jednej z pacjentek, która potrafiła przybliżyć elementy doktryny katolickiej w taki sposób, że przyjąłem je jako swoje. Następnego dnia poinformowałem o tym „braci” z Hologosu. Spowodowało to natychmiastowe zerwanie kontaktu z ich strony – więcej do mnie nie przyszli. W ten sposób opuściłem Hologos.
Wróciłem do rodziców. Zacząłem też chodzić na terapię psychologiczną do Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych, gdzie stopniowo omawialiśmy mechanizmy działające w sektach, a ja odnajdowałem tam moje doświadczenia z pobytu w Hologosie. Przez długi czas podczas rozmów z psychologiem broniłem grupy, ale powoli zaczynało do mnie docierać, że proponowane przez nią życie wspólnotowe należy poddać krytyce.
Straciłem rok edukacji, bo zaraz po wyjściu z sekty musiałem poświęcić czas na dojście do zdrowia. Gdy nadszedł czas wakacji, złożyłem dokumenty na Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu, a w październiku zacząłem studia. Wtedy też rozpocząłem poszukiwania kościelnej wspólnoty studenckiej – tak znalazłem się w Duszpasterstwie Akademickim „Maciejówka”.
Nadal mam problemy, jednak pracuję nad sobą i powoli zaczynam widzieć, gdzie są rzeczywiste ich przyczyny. Ciągle potrzebuję spotkań z psychologiem, podczas których coraz mniej rozmawiamy o przeszłości, a skupiamy się na obecnych trudnościach związanych ze sferą psychiczno-emocjonalną. Pomagają mi one w rozwiązywaniu problemów, które przyczyniły się do wstąpienia do grupy.
Teraz cieszę się, że jestem poza grupą, mieszkam z rodziną, należę do Kościoła i mogę uczyć się budować zdrowe relacje oraz rozwiązywać problemy realnie, u ich podstaw, a nie tylko złudnie, jak to było w Hologosie.
Bartek
Źródło: www.glospio.pl
| |||||||||||