

Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On zbliżył się do niej i ująwszy ją za rękę podniósł. Gorączka ją opuściła i usługiwała im. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: "Wszyscy Cię szukają". Lecz On rzekł do nich: "Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem". I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.
Mk 1, 29-39
"Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!" - pisze św. Paweł. Wykrzyknik, który kończy wyznanie, jest nie tylko znakiem samoświadomości apostoła, odpowiedzialności za zlecone zadanie. On ma moc obowiązującą dla każdego z nas. Tym większą, że kontekst, w jakim żyjemy, promuje obojętność i cedowanie trudnych zadań na jakichś bliżej nieokreślonych "ich". Tak zwany przeciętny chrześcijanin zagadnięty o to, jak wypełnia swoje zadania apostolskie, zwykle tłumaczy się, że nie ma wystarczającej wiedzy, brakuje mu odwagi, aby (np. we wrogim chrześcijaństwu środowisku) podejmować określone tematy, że jest osamotniony ze swoimi opiniami itp. Ewangelię ma głosić ksiądz, osoby wyposażone w odpowiednie charyzmaty, mające do tego urzędową misję Kościoła. Takie ograniczenie jest błędne. Ma swoje poparcie w lansowanej uparcie od lat tezie, że "wiara jest sprawą prywatną", zaś pomiędzy tym, co "boskie" i "cesarskie", znajduje się nieprzekraczalna przepaść. Prawda jest taka, że każdy ochrzczony jest zobowiązany do bycia apostołem, każdy na swój sposób ma świadczyć o miłości Boga. Święty Paweł w dalszej części czytanego dziś listu precyzuje, na czym ma polegać owa misja. "Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych" (por. 1 Kor 9, 16nn). Apostolstwo ma potencjał zaczynu, który - choć na początku jest go tylko odrobina - wchodzi w reakcję i generuje nową jakość. Chrześcijaństwo w swojej istocie jest zejściem do ludzkich nizin, obwieszczeniem radosnej nowiny cierpiącym braciom i siostrom, że jest Ktoś, kto może ich uratować: Jezus Chrystus, Pan i Zbawiciel. Aby tak się stało, najpierw samemu trzeba się poczuć "uratowanym" - doświadczyć tego stanu, przeżyć go na nowo. Nie ma sensu apostolstwo, które jest przemawianiem z piedestału kogoś, kto jest "lepszy", "wie lepiej" - a co gorsza, ma w pogardzie "maluczkich". Traci rację bytu zawieszone w próżni moralizowanie, w którym nie ma odwołania do owego doświadczenia. Nie będzie wiarygodne dla świata chrześcijaństwo, które straci świadomość, że tylko nieustanne trwanie w nawróceniu może mu zapewnić wewnętrzną siłę.
ks. Paweł Siedlanowski
Nasz Dziennik
| |||||||||||