Chrońmy dzieci!



Co rusz pojawiają się informacje o kolejnych stowarzyszeniach czy fundacjach reprezentujących subkulturę LGBT (lesbijki, geje, bi- i transseksualiści), które prowadzą zajęcia w polskich szkołach. Scenariusz jest często taki sam: najpierw dyrekcja zgadza się, by organizacja z zewnątrz poprowadziła warsztaty poświęcone przeciwdziałaniu dyskryminacji lub wyrównywaniu szans. Kiedy na pierwszym spotkaniu tzw. edukatorzy zaczynają zachwalać homoseksualizm i kontestować tradycyjne małżeństwo, wtedy reagują zaniepokojeni rodzice, a czasem nawet i sama zaskoczona dyrekcja, która inaczej to sobie wyobrażała. Jak to możliwe, by do takich sytuacji dochodziło w szkołach publicznych?

Podjęcie w szkole działalności przez takie organizacje jest możliwe na mocy art. 56 obowiązującej ustawy o systemie oświaty, powtórzonego jako art. 86 w nowym prawie oświatowym, które wejdzie w życie we wrześniu bieżącego roku. Przepis ustawy pozwala na działanie w szkole organizacji zewnętrznej, której celem statutowym jest działalność wychowawcza albo rozszerzanie i wzbogacanie form działalności dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej szkoły lub placówki. Na tej podstawie wchodzi do szkół powszechnie znana organizacja „edukatorów seksualnych” Ponton, stanowiąca część proaborcyjnej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, której statut wyznacza niejednoznaczne i pozornie niekontrowersyjne cele w postaci popularyzacji wiedzy w dziedzinie demografii, przeciwdziałania wszelkim formom dyskryminacji i przemocy wobec kobiet. Edukatorzy seksualni wiedzą, że żadna organizacja nie może spotykać się z uczniami bez zgody dyrektora szkoły, wyrażonej po uzgodnieniu pozytywnej opinii rady rodziców. Kto sprzeciwiłby się jednak tak szczytnym celom, kto chciałby być napiętnowany jako zwolennik przemocy i dyskryminacji?

Kamuflaż antydyskryminacji

Dodatkową furtką prawną dla aktywistów LGBT jest Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z 6 sierpnia 2015 r., wprowadzone jeszcze przez minister Joannę Kluzik-Rostkowską. Rozporządzenie wymaga, aby przedszkola i szkoły prowadziły nigdzie niezdefiniowane „działania antydyskryminacyjne obejmujące całą społeczność placówki”. Nie dziwi zatem, że dyrektorzy, obawiając się negatywnej oceny ich pracy, zgadzają się na takie zajęcia. – Obowiązek prowadzenia szerokich „działań antydyskryminacyjnych” nie mieści się w ustawowych działaniach szkół, określonych w art. 21a ust. 3 u.s.o. Kształtuje się zatem obowiązek, który nie ma podstawy w ustawie! – wskazuje mec. Jerzy Kwaśniewski z Instytutu Ordo Iuris. Instytut skierował do minister Anny Zalewskiej apel w tej sprawie, lecz jak dotąd nie podjęto żadnych kroków, aby zamknąć furtkę deprawatorom.

Inną drogą dostępu do szkół jest konwencja CAHVIO (o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej), zwana też „stambulską”. Ten dokument, ratyfikowany przez Polskę w 2015 roku, zobowiązuje państwo do wprowadzenia na wszystkich poziomach edukacji programu „wykorzeniania” stereotypów, które prowadzą do przemocy wobec kobiet, a także nauczania o płci kulturowej. Jest to de facto udany kamuflaż dla faktycznego podważania instytucji rodziny i tożsamości małżeństwa oraz roli społecznej i kulturowej, jaką pełnią. W kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość zapowiadało zaskarżenie konwencji do Trybunału Konstytucyjnego. Rząd planował wypowiedzieć tę konwencję. Jak dotąd – podobnie jak w sprawie rozporządzenia „antydyskryminacyjnego” – panuje cisza.

Wychowanie seksualne w szkole

Dawniej to rodzice rozmawiali z synami i córkami na tematy dotyczące dojrzewania i seksualności. Dziś chce wyręczać ich w tym szkoła – i niestety rodzice często i chętnie się na to zgadzają. W szkole mamy do czynienia z trzema typami edukacji seksualnej: typ A to wychowanie do wstrzemięźliwości seksualnej do czasu dorosłości lub małżeństwa, bez propagowania antykoncepcji, typ B to biologiczna edukacja seksualna, typ C to edukacja złożona, próbująca łączyć A z B, przy czym w rezultacie różnice między B a C są tak naprawdę niewielkie.

W polskich szkołach funkcjonuje obecnie edukacja seksualna typu A, wprowadzona w 1998 roku rozporządzeniem MEN. Realizowana jest w ramach przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie, który przekazuje uczniom wiedzę na temat seksualności w kontekście miłości i piękna, ukierunkowaną na założenie małżeństwa i rodziny. Przynosi to efekty: Polska ma jeden z najniższych w Europie wskaźników chorób przenoszonych drogą płciową, najniższą liczbę zajść w ciążę i zabójstw dzieci nienarodzonych wśród nastolatek.

Organizacje LGBT reagują na te zajęcia z wściekłością i pogardą. Wystarczy tylko wspomnieć medialną nagonkę na prof. Urszulę Dudziak, główną ekspert MEN w zakresie programu zajęć wychowania do życia w rodzinie. Jej jasne poglądy, sprzeciwiające się antykoncepcji czy metodzie in vitro, były szeroko wyśmiewane w lewicowych mediach i próbowano przedstawiać je jako zaściankowe i absurdalne. Dopiero dzięki interwencji prawników Ordo Iuris administratorzy dwóch ogólnopolskich portali usunęli wiele obraźliwych komentarzy pod artykułami naruszających dobra osobiste pani profesor.

Nowa, finansowana edukacja seksualna

Propozycją „edukatorów” jest zatem edukacja seksualna typu B – edukacja biologiczna, wręcz, można powiedzieć, techniczno-praktyczna. A zatem jest to nauka masturbacji, antykoncepcji i technicznego podejścia do współżycia seksualnego. W zakresie teorii jej podstawową tezą jest oderwanie seksualności od małżeństwa. W prezentowanych materiałach brakuje odniesień do rodziny, do małżeństwa jako trwałego związku mężczyzny i kobiety. Słowo „wierność” praktycznie się nie pojawia, a ograniczenia i zakazy w sferze seksualnej są uważane za szkodliwe. W zamian promowane są nowe modele społeczne: wolne związki, także homoseksualne, bez norm, bez miłości, bez głębokiej więzi.

Ten typ edukacji pociąga za sobą konkretne konsekwencje. Jak pokazują statystyki, prowadzi to do wzrostu zachowań patologicznych u dzieci i młodzieży, przemocy seksualnej i gwałtów. A to z kolei skutkuje narkomanią, alkoholizmem, tendencjami samobójczymi i zaburzeniami odżywiania. Oczywiście, jest to też wzrost liczby nieletnich matek. Eksponowanie wobec dzieci treści, które w oczywisty sposób naruszają ich naturalną delikatność i wrażliwość, jest złamaniem ich podstawowych praw do ochrony przed deprawacją, praw do ochrony prywatności i niezaburzonego harmonijnego rozwoju. Udostępnianie seksualnie wulgarnych treści bez zgody lub wbrew woli rodziców jest również złamaniem ich konstytucyjnie gwarantowanego wyłącznego prawa do wychowania swoich dzieci w zgodzie z wyznawanymi wartościami i poglądami.

Niestety, taka jest propozycja zajęć dodatkowych dla naszych dzieci: brutalna, wyuzdana, nieprzynosząca nic dobrego ani jednostce, ani społeczeństwu. Dlaczego zatem, skoro wywołuje ona tak negatywne skutki, toczy się taka walka o edukację typu B?

„Edukatorzy” są bardzo zaangażowani w swoją misję „uświadamiania” dzieci i młodzieży czy walki ze stereotypami i nie można im odmówić ani gorliwości, ani pełnego oddania sprawie. Lecz spójrzmy na to prawdziwie: prezentacje przygotowywane przez nich są oblepione nazwami środków antykoncepcyjnych i logo firm, które je produkują. Walka z edukacją seksualną typu A to tak naprawdę walka o konkretne wpływy finansowe – promocja czystości to spadek dochodów. A jest o co walczyć: grupa dojrzewającej, rozbudzającej się seksualnie młodzieży jest przecież świetnym celem marketingowym. Bo „czym skorupka za młodu nasiąknie”… Czy chodzi tylko o antykoncepcję? Nie – stawka jest znacznie wyższa, gdyż sami aktywiści przyznają, że różne jej rodzaje mogą czasem nie zadziałać, dlatego trzeba zapewnić dostęp do aborcji na życzenie. Edukacja seksualna typu B jest zatem, i będzie, mocno wspierana przez farmaceutyczny i proaborcyjny biznes.

Jak się bronić?

Sytuacja rodziców jest, delikatnie rzecz ujmując, niewesoła. Obecnie w świetle prawa rodzice mogą bronić dzieci, ucząc je samodzielnie w domu, posyłając do szkół niepublicznych o określonym profilu (na co, głównie z racji finansowych, nie każdy może sobie pozwolić) lub nie wyrażając zgody na działanie organizacji sprzecznych z ich wartościami. Takie bowiem przywileje daje wspomniany art. 56 ust. 2 u.s.o. Jednak niektóre rady rodziców nie mają nic przeciwko antydyskryminacyjnym warsztatom, a inne, jak wspomnieliśmy wcześniej, o tym, kto i co robi z ich dziećmi, dowiadują się post factum. Dlaczego?

Trudno jest zapanować nad tzw. czynnikiem ludzkim. Nauczyciele lub niektóre osoby z dyrekcji sympatyzują lub są bezpośrednio związani z ruchami LGBT i dlatego zapraszają „edukatorów” do swoich szkół. Jakiś czas temu na łamach „Naszego Dziennika” Anna Ambroziak pisała o sprawie 8-latków z jednej z bełchatowskich podstawówek. W ramach zajęć z języka polskiego chłopcy zostali zmuszeni do odgrywania ról kobiecych oraz całowania swoich koleżanek, za co mieli być nagrodzeni szóstkami. Na lekcji skończyło się to płaczem, a późniejsza interwencja zaniepokojonej takim „profilem” zajęć mamy nie przyniosła żadnych efektów. Często możemy więc mieć do czynienia z sytuacją, w której rodzicom ogranicza się dostęp do konkretnych informacji, np. o organizowanych zajęciach oraz ich scenariuszu. Dochodzi więc do łamania zagwarantowanych konstytucyjnie praw rodziców. To oni bowiem mają wyłączne prawo do wychowywania swoich dzieci i ponoszą odpowiedzialność za zdrowy rozwój dziecka, szczególnie w kwestiach dotyczących seksualności, ponieważ dotyczą one najbardziej intymnej sfery życia człowieka. Wobec tego każde działanie faktycznie uniemożliwiające rodzicom wpływanie na treści, które są eksponowane ich dzieciom, jest nie tylko nadużyciem i krzywdzeniem dzieci, ale także łamaniem praw rodziców, chronionych zarówno poprzez polską Konstytucję, jak również wiążące Polskę umowy międzynarodowe, w tym art. 18 Konwencji o Prawach Dziecka ONZ z 1989 r.

Chrońmy dzieci!

Propozycją dla rodziców jest kampania Instytutu Ordo Iuris „Chrońmy dzieci!”. W jej ramach rodzice zwracają się do Instytutu, przesyłając dane szkoły, do której chodzi dziecko, i kontakt do siebie. Można to uczynić, wysyłając załączony do tego wydania „Naszego Dziennika” formularz lub poprzez stronę internetową chronmydzieci.info. Po otrzymaniu danych Instytut skieruje do określonej placówki wniosek o udostępnienie informacji publicznej na temat działających w niej organizacji oraz (w szkołach publicznych) na temat opinii rady rodziców. Zgodnie z ustawą szkoła jest zobligowana, aby udzielić odpowiedzi na te pytania. Ordo Iuris następnie odeśle te informacje do zainteresowanych rodziców wraz ze wskazaniem „szkodliwości” danej organizacji.

– Chcemy w ten sposób pomóc rodzinom. To ujawniona prawda jest podstawą i źródłem sprzeciwu – zauważa mec. Kwaśniewski. – Co więcej, wykrycie organizacji promującej polityczne postulaty LGBT i propagującej biologiczną edukację seksualną w jednej placówce ułatwi oprotestowanie jej działalności w innych miejscach – dodaje.

Zaletą tego rozwiązania jest również anonimowość, a co się z tym łączy – ograniczenie ewentualnych nieprzyjemności w stosunku do dzieci ze strony „sprofilowanych” nauczycieli. Odium przyjmuje na siebie Instytut.

Kolejny ruch należy już jednak do samych rodziców, zwłaszcza zrzeszonych w szkolnych radach. Obecnie w świetle prawa tylko ich negatywna opinia może zablokować działalność deprawatorów.

Z drugiej strony wszelka forma presji na dyrekcję w tej materii może przyczynić się do ochrony dzieci. Szkoły znajdują się pod nieustannym naciskiem organizacji LGBT, które podpierają się rozporządzeniem antydyskryminacyjnym, a także powołują na konwencję CAHVIO. Należy więc pozostawać czujnym, aktywnym i nieustępliwym, a przede wszystkim znać swoje rodzicielskie prawa i głośno o nich przypominać.

Marcin Perłowski, Olaf Szczypiński, Karina Walinowicz
Nasz Dziennik


Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :