
Zawrzało w amerykańskich mediach. Fundacja Susan G. Komen for The Cure, światowy lider w walce z rakiem piersi, postanowiła zaprzestać przekazywania funduszy na cele Amerykańskiej Federacji Planowanego Rodzicielstwa Planned Parenthood, aborcyjnego potentata. Nie spodziewała się jednak, że jej decyzja spowoduje natychmiastowy atak ze strony beneficjenta i środowisk proaborcyjnych. Sytuacja znanej od 30 lat Fundacji, która każdego roku przeznacza miliony dolarów na ratowanie kobiet i prowadzenie badań nad rakiem piersi, wydaje się poważnie zagrożona.
Informację o zaprzestaniu trwającej od 2005 r. współpracy Elizabeth Thompson, dyrektor Fundacji Susan G. Komen (SGK), przekazała władzom Planned Parenthood już w grudniu. - To było całkowite zaskoczenie - powiedziała Cecile Richards, szefowa PP. Przekazywane kwoty w oczach przeciętnego Amerykanina nie były małe, a poza tym udział szanowanej fundacji w działalności PP z pewnością uwiarygodniał etykietkę federacji jako "troszczącej się o zdrowie kobiet".
Dyrekcja SGK uzasadniła swoją decyzję zmianą regulaminu przyznawania funduszy poszczególnym ośrodkom. Zgodnie z nowymi wytycznymi Fundacja nie będzie przekazywać pieniędzy instytucjom, wobec których toczy się postępowanie - czy to na poziomie władz lokalnych, stanowych, czy federalnych. Jak się okazuje, w ubiegłym roku z inicjatywy Cliffa Stearnsa, członka Partii Republikańskiej, Kongres wszczął postępowanie w sprawie Planned Parenthood mające wyjaśnić malwersacje finansowe i przypadki molestowania nieletnich ujawnione w raporcie sporządzonym przez organizację Americans United for Life (AUL). Należy wspomnieć, że każdego roku z pieniędzy amerykańskich podatników ponad 360 mln dolarów trafia na konto PP. Poza tym, jak wynika z raportu AUL, urzędnicy pracujący w centrach Planned Parenthood niejednokrotnie ukrywali fakt, że mordowane w ich placówkach dzieci zostały poczęte w wyniku molestowania nieletnich. Raport przytacza konkretne sytuacje, w których ewidentnie chodziło o gwałt, jednak pracownicy woleli tę sprawę przemilczeć i po cichu spełnić żądanie mężczyzny, który zgłosił się do nich z nieletnią oczekującą dziecka.
Szefowa PP niemal natychmiast przypuściła atak na zaprzyjaźnioną do niedawna Fundację, a mainstreamowe media pospieszyły jej z pomocą. W niewybrednych słowach usiłowała przekonać Amerykanów, że przyczyną zaistniałej sytuacji jest lobbing środowisk antyaborcyjnych oraz kwestie polityczne. Środowisko propagujące cywilizację śmierci zaczęło bombardować Fundację obraźliwymi listami. Co prawda z przeciwnej strony również docierały listy wyrażające wsparcie i dziękujące SGK za odważne decyzje, niestety nie były one aż tak liczne. Pod wpływem niesamowitej presji założycielka SGK Nancy Brinker wydała specjalne oświadczenie. Przeprosiła w nim za niedawne decyzje, które wywołały pewne zamieszanie. Obiecała, że kryteria przyznawania pieniędzy poszczególnym instytucjom zostaną zmodyfikowane w taki sposób, by współpracę ze względu na śledztwo, jakim objęta jest dana organizacja, można było zerwać jedynie w sytuacji, kiedy dochodzenie zostało wszczęte na tle przestępczym i zostało zakończone. Odrzuciła jakiekolwiek względy polityczne, o które PP oskarżyła Fundację. Zapewniła też, że granty już przyznane nie będą wycofane, a Planned Parenthood zachowa możliwość starania się o fundusze. Przedstawione stanowisko jest bardzo dyplomatyczne, jednak jak przekonują amerykańscy liderzy ruchu pro-life, nie daje ono podstaw ku temu, by mówić o zmianie decyzji co do łożenia pieniędzy na cele PP. Nieco inaczej przedstawiły to media oraz sama szefowa PP. Telewizja, radio i prasa niemal jednogłośnie okrzyknęły kapitulację SGK i powrót do wcześniejszych założeń.
Jak jednak zwraca uwagę cytowany przez portal LifeNews Austin Ruse, przewodniczący organizacji Catholic Family and Human Rights Institute, wydane stanowisko wcale nie mówi o wycofaniu podjętych decyzji. "To żadna nowość. Wiedzieliśmy i odnotowaliśmy, że SGK będzie finansować 5 grantów w 2012 roku". Dotyczy to tych filii PP, którym granty przyznano przed grudniową zmianą w regulaminie. Gdy zaś chodzi o możliwość ubiegania się o przyznanie pieniędzy, "każda grupa może starać się o wszystko, co zechce. To jednak nie znaczy, że cokolwiek uzyska" - zauważa Ruse. Wielu działaczy pro-life stwierdza, iż presja, jaką wywiera środowisko PP, jest klasyczną próbą wymuszenia pewnych działań. "Dajcie nam pieniądze, inaczej was zniszczymy" - na takiej zasadzie działa PP.
Gill Stanek, jedna z czołowych amerykańskich działaczek pro-life, zauważa, że w sprawie Planned Parenthood toczą się obecnie postępowania i prędzej czy później zakończą się one wynikiem negatywnym dla PP, a to będzie podstawą do odmowy udzielenia funduszy. Podkreśla również, że wszyscy ludzie dobrej woli powinni w tym trudnym dla SGK momencie skonsolidować siły i okazać wsparcie Fundacji, pisząc na adres news@komen.org. "Nie ustawajmy w modlitwach i ślijmy listy poparcia dla SGK" - napisała. Podobną opinię wyraziła Abby Johnson, niegdyś pracownik i wolontariusz aborcyjnej kliniki PP w Texasie, dziś niezmordowana działaczka pro-life. "Kiedy OGROMNA organizacja zaprzestaje przekazywania ponad 500 tys. dolarów na cele PP i zaprzestaje również wspierania badań na zarodkowych komórkach macierzystych, wówczas my, jako ludzie pro-life, musimy ją WESPRZEĆ!" - apeluje.
Anna Bałaban
Nasz Dziennik
| |||||||||||