Uwagi wstępne


Zwykle do książek dołącza się przypisy. Nie stanowią one osobnego rozdziału książki, nie należą do całokształtu myśli, poglądów i koncepcji, rozwijających się “wewnątrz” książki i będących ścisłą własnością jej autora. Leżą niejako “na zewnątrz”, są przejawem zależności od myśli cudzej i od innych książek, są zarazem sprawdzianem oczytania autora i jego studiów. W książce niniejszej nie ma przypisów autorskich, a uwagi te mają inną rolę do spełnienia. Nie leżą one “na zewnątrz” książki, ale tkwią jak najbardziej w jej osnowie, stanowią ten aspekt jej treści, który w dotychczasowych rozdziałach nie doszedł dostatecznie do głosu. Czas, aby ten brak uzupełnić. I dlatego rozdział ten stanowi nie tyle przypisy do czterech rozdziałów poprzednich, ile – jak dodano w tytule – stanowi “spojrzenie uzupełniające” na całość tych spraw, którymi w tej książce się zajmujemy.
Są to, jak wiadomo, sprawy osób – miłość mężczyzny i kobiety jest przede wszystkim sprawą osób, tę prawdę staraliśmy się w rozdziałach dotychczasowych wydobyć jako problem zasadniczy. Dlatego też punkt widzenia całej etyki seksualnej jest personalistyczny i nie może być inny. Przedmiotem właściwym etyki seksualnej nie są bynajmniej same sprawy “ciała i płci”. Miłość w takim znaczeniu, w jakim rozumiemy ją tutaj, może być tylko i wyłącznie udziałem osób. Sprawy “ciała i płci” uczestniczą w niej przez to, że podporządkowują się zasadom wyznaczającym ramy tego porządku, jaki powinien panować w świecie osób.
Dlatego też etyka seksualna nie może być seksuologią, tzn. takim spojrzeniem na kobietę i mężczyznę oraz na miłość, które stawia cały problem wyłącznie lub przede wszystkim z punktu widzenia “ciała i płci”. Ten sposób ujęcia znamienny jest dla “czystej” seksuologii, która zajmuje się problemami życia płciowego od strony bio-fizjologii oraz medycyny. Seksuolog przyrodnik zdaje sobie również sprawę z tego, że kobieta i mężczyzna są osobami, a jednak ten fakt nie stanowi punktu wyjścia w jego dociekaniach i w całym poglądzie na zagadnienie ich miłości. W rezultacie spojrzenie jego jest prawdziwe, ale jest równocześnie tylko częściowe, jest więc tylko częściowo prawdziwe. W pełni prawdziwe może bowiem być tylko takie spojrzenie, które wychodzi od gruntownej analizy faktu, że kobieta i mężczyzna są osobami, a miłość ich jest wzajemnym stosunkiem osób. Dopiero wówczas wiedza seksuologa przyrodnika może wnieść bardzo wiele do szczegółowego zrozumienia zasad etyki seksualnej. Bez wysunięcia na plan pierwszy osoby i bez związania z nią miłości pozbawiamy się istotnej podstawy rozeznania w tej trudnej dziedzinie ludzkiej moralności. Właściwy punkt widzenia winien zatem być personalistyczny, nie zaś seksuologiczny. Seksuologia może dostarczyć tylko spojrzenia uzupełniającego.
Seksuologia przyrodnicza wiąże się zwykle z medycyną, stając się przez to seksuologią lekarską. Punkt widzenia medycyny, która jest nie tylko nauką, ale również sztuką (sztuka leczenia, oparta na przyrodniczym spojrzeniu na ciało ludzkie), nie utożsamia się z punktem widzenia etyki. Medycyna jest nastawiona na zdrowie ciała – w nim widzi właściwy swój przedmiot oraz cel. Etyka natomiast widzi przedmiot właściwy i cel w dobru moralnym osoby. Samo zdrowie ciała nie utożsamia się jeszcze z dobrem moralnym całej osoby, jest to w stosunku do dobra moralnego tylko dobro cząstkowe. Wiadomo przecież, że istnieją ludzie zdrowi a źli, podobnie jak zdarzają się jednostki chore i słabowite o wybitnej wartości moralnej. Inna rzecz, iż samo poszanowanie zdrowia oraz ochrona życia biologicznego jest jedną z dziedzin moralności (przykazanie “Nie zabijaj”) – jedną, ale nie jedyną. Właściwy medycynie punkt widzenia (“należy starać się o zdrowie, a unikać choroby”) jest w zasadzie ubocznie tylko związany z etyką seksualną, w której dominuje punkt widzenia personalistyczny. Chodzi o to, co należy się kobiecie od mężczyzny oraz mężczyźnie od kobiety z tej racji, że oboje są osobami, a nie tylko o to, co służy ich zdrowiu. Punkt widzenia seksuologii lekarskiej jest więc znów jakimś punktem widzenia częściowym tylko – i winien być podporządkowany etyce, a w niej obiektywnym wymaganiom normy personalistycznej. Jasna rzecz, iż w polu widzenia tej normy, która wyklucza traktowanie osoby jako przedmiotu użycia, a domaga się szukania tego, co stanowi prawdziwe jej dobro, mieści się również troska o życie biologiczne i o zdrowie osoby jako o jedno z jej dóbr. Nie jest to jednak ani jej dobro jedyne, ani dobro nadrzędne czy też “ostateczne”.
Przednaukowe stwierdzenie: płeć jest właściwością indywiduum ludzkiego otwiera nam dalej sięgające horyzonty. Indywiduum ludzkie jest bowiem osobą, osoba zaś jest podmiotem i przedmiotem miłości, która rodzi się właśnie między osobami. Miłość ta rodzi się pomiędzy kobietą i mężczyzną nie dlatego, że są dwoma ustrojami różnopłciowymi, ale dlatego, że są dwiema osobami. Same różnice płciowe ujęte w sposób czysto przyrodniczy wskazują tylko na jeden cel – na rozrodczość. Różnica płci służy wprost i bezpośrednio rozrodczości. To, że rozrodczość winna znaleźć oparcie w miłości, żadną miarą nie wynika z przyrodniczej analizy płci, ale z metafizycznego (tj. “poza- i ponad-przyrodniczego”) faktu bycia osobą. Płeć dopiero jako właściwość osoby ma udział w powstawaniu i rozwoju miłości, sama z siebie nie stwarza jeszcze wystarczającej do tego podstawy.
Analizując w części drugiej rozdziału II miłość w aspekcie psychologicznym, zwróciliśmy uwagę na wartość “ciała i płci”, która jest przedmiotem właściwym reakcji zmysłowości, twierdząc równocześnie, że reakcje te dostarczają jakby tworzywa miłości pomiędzy kobietą a mężczyzną. Analiza przyrodnicza poszczególnych współczynników płci i życia płciowego nie ukazuje nam jednak jeszcze tej wartości ani też jej przeżycia. Fakty natury somatycznej oraz procesy fizjologiczne, które należą do dziedziny wegetatywnej, warunkują tylko “z zewnątrz” owo przeżycie wartości “ciała i płci”. Przeżycie to nie utożsamia się bynajmniej z faktami przyrodniczymi, choć nimi jest uwarunkowane. Że zaś przeżycie owo może mieć takie znaczenie dla miłości, na jakie wskazywaliśmy w rozdziałach poprzednich (zwłaszcza w II), pochodzi stąd, że płeć jest właściwością osoby ludzkiej.

Popęd seksualny

W rozdziale I określiliśmy popęd seksualny jako specyficzne skierowanie całego bytu ludzkiego wynikający z podziału gatunku Homo sapiens na dwie płci. Popęd ten zwraca się nie do samej płci jako właściwości człowieka, ale do człowieka drugiej płci, ostatecznym zaś celem popędu seksualnego jest istnienie gatunku ludzkiego. Istnienie różnic somatycznych oraz działalność hormonów płciowych wyzwalają i warunkują popęd seksualny, co jednak bynajmniej nie znaczy, że popęd ów pozwala się bez reszty sprowadzić do czynników anatomiczno-somatycznych oraz fizjologicznych. Popęd seksualny to osobna siła natury, która na tych czynnikach tylko się opiera. Przypatrzmy się pokrótce etapom rozwojowym popędu seksualnego.
Większość fizjologów i seksuologów uważa dopiero okres dojrzewania za moment właściwego obudzenia się popędu seksualnego. Okres ten wypada u dziewcząt między 12 a 13 rokiem życia, u chłopców nieco później. Wyprzedza go okres przed-dojrzewania (praepubertas). Fizjologiczna dojrzałość płciowa utożsamia się u dziewcząt z pojawieniem się miesiączki i zdolności zapłodnienia, u chłopców ze zdolnością do produkcji nasienia. Towarzyszą temu znamienne przejawy psychiczne: po okresie ożywienia i jakby przyspieszenia reakcji następuje okres ich zwolnienia i ociężałości (widoczny szczególnie u dziewcząt, które zwykle głębiej go przeżywają).
Przed okresem dojrzewania popęd seksualny istnieje w dziecku w postaci niesprecyzowanego i wręcz nieuświadomionego zainteresowania, które stopniowo dopiero dochodzi do świadomości. Okres dojrzewania przynosi szybki wzrost popędu, jakby jakiś jego wybuch. Z kolei stabilizuje się on w okresie fizycznej i psychicznej dojrzałości, następnie przechodzi fazę pobudzenia przed-starczego (klimakterycznego) i powoli zanika w starości wcześniej lub później.
Mówiąc o popędzie, o jego budzeniu się, wzroście czy zanikaniu, mamy na myśli raczej różnorodne przejawy reakcji popędowych, seksualnych. O nich też myślimy wówczas, gdy wskazujemy na różnice w natężeniu tego typu reakcji u poszczególnych osób, w różnym wieku czy też w różnych okolicznościach. Seksuologia dostarcza tutaj uzupełnienia zwłaszcza do analizy zmysłowości, która znajduje się w drugiej części rozdziału II. To, że u różnych ludzi spotykamy się z różnym “progiem pobudliwości” seksualnej, znaczy, iż różnie reagują oni na bodźce wywołujące podniecenie seksualne. Podstawy do tego istnieją m.in. w konstytucji somatycznej i fizjologii człowieka.
Samo podniecenie seksualne pozwala się przeto opisać od strony cielesnej. Powstaje ono na drodze odruchu nerwowego. Jest to stan napięcia wywołany podrażnieniem zakończeń nerwowych narządów zmysłowych, bądź bezpośrednio, bądź też drogą psychogenną poprzez skojarzenia wyobrażeniowe. Bodźce seksualne mogą być odbierane przez różne narządy zmysłowe, zwłaszcza dotyk i wzrok, ale także słuch i smak, a nawet węch, i powodują ów stan szczególnego napięcia (tumescencji) nie tylko w narządach rodnych, ale w całym organizmie. Znajduje to swój wyraz w reakcjach wegetatywnych, przy czym jest rzeczą znamienną, że stan pewnego napięcia wykazują oba układy, zarówno sympatyczny (współczulny), jak i parasympatyczny (przywspółczulny).
Bodźce seksualne przebiegają drogą odruchów nerwowych automatycznie i mimowolnie (łuk odruchowy na poziomie rdzenia S2-S3). Od strony fizjologicznej i somatycznej trzeba jeszcze zwrócić uwagę na to, że istnieją u człowieka miejsca szczególnie łatwo przewodzące bodźce seksualne, są to tzw. sfery erogenne (erogeniczne), których u kobiety jest znacznie więcej niż u mężczyzny. Stopień podniecenia zależy bezpośrednio od jakości bodźca oraz od narządu odbierającego. Różne czynniki w warunkach fizjologicznych mogą zwiększać lub zmniejszać pobudliwość seksualną, tak np. zmęczenie przyczynia się do jej obniżenia, nadmierne jednak zmęczenie podobnie jak bezsenność mogą działać w kierunku wręcz przeciwnym. Samo podniecenie seksualne wyprzedza akt współżycia seksualnego i może zaistnieć również poza nim.
Seksuologia wprowadza nas w sposób o wiele bardziej szczegółowy w ten zespół somatycznych i fizjologicznych uwarunkować zmysłowości, w której przejawia się działanie popędu seksualnego w człowieku. Warto jednak – nawiązując do rozdziału II – przypomnieć, że to, co samo z siebie trzeba uznać za przejaw popędu, przetworzone w życiu wewnętrznym osób może stać się realnym współczynnikiem miłości.

Problem małżeństwa i współżycia

W dwóch poprzednich punktach tego rozdziału spojrzenie uzupełniające na sprawy poruszone już w rozdziałach poprzednich sprowadzało się raczej do informacji z dziedziny seksuologii przyrodniczej. W punktach następnych bardziej dojdzie do głosu seksuologia lekarska. Posiada ona, podobnie jak cała medycyna, charakter normatywny, kieruje bowiem działaniem człowieka ze względu na zdrowie. Zdrowie, jak już wspomniano uprzednio, jest dobrem człowieka jako istoty psycho-fizycznej. W dalszych naszych rozważaniach będzie chodziło o wskazanie głównych momentów zbieżności pomiędzy tym właśnie dobrem, wokół którego koncentrują się wskazania seksuologii lekarskiej i które stanowi podstawę jej orzeczeń i norm, a dobrem moralnym, które określa etyka seksualna. Ta, jak wiadomo, nie wychodzi od samych faktów przyrodniczych, ale od pojęcia osoby i miłości jako wzajemnego stosunku osób. Czy etyka może być przeciwna higienie i zdrowiu mężczyzny i kobiety? Czy w ostatecznej i gruntownej analizie wzgląd na zdrowie fizyczne osób może pozostawać w konflikcie ze względem na ich dobro moralne, a więc z obiektywnymi wymaganiami etyki seksualnej? Nieraz spotykamy się z takimi sugestiami. W jakiejś więc mierze trzeba podjąć i ten temat. Nawiązujemy w ten sposób do rozdziałów III i IV (czystość i małżeństwo).
Właściwym uzasadnieniem małżeństwa monogamicznego i nierozerwalnego jest – jak stwierdziliśmy w rozdziale IV (część pierwsza) – norma personalistyczna przy równoczesnym uznaniu obiektywnego porządku celów małżeństwa. Z nie też wypływa zakaz cudzołóstwa w szerokim znaczeniu tego słowa, a więc i zakaz stosunków przed-małżeńskich.
Tylko głębokie przekonanie o ponad użytkowej wartości osoby (kobiety dla mężczyzny, a mężczyzny dla kobiety) pozwala nam w pełni, w sposób dogłębny i nieodparty, uzasadnić to stanowisko w etyce i szukać jego realizacji w moralności. Czy seksuologia potrafi je jakoś poprzeć i w ten sposób niejako dodatkowo uzasadnić? Trzeba w tym celu zwrócić uwagę na pewne bardzo istotne momenty współżycia seksualnego (które – jak już stwierdzono w rozdziale IV – zachowuje swój osobowy wymiar wyłącznie w małżeństwie, gdyż poza instytucją małżeństwa stawia osobę wyłącznie i całkowicie w pozycji przedmiotu użycia dla drugiej osoby, zwłaszcza stawia w tej pozycji kobietę dla mężczyzny).
Współżycie seksualne (akt płciowy) nie jest tylko prostym następstwem podniecenia seksualnego, które może powstać na ogół bez aktu woli, spontanicznie, a dopiero wtórnie napotyka jej przyzwolenie lub sprzeciw. Wiadomo, że podniecenie to może nawet dojść do momentu szczytowego, który seksuologia określa nazwą orgazmu (orgasmus), ale owo szczytowe podniecenie seksualne nie jest jednoznaczne ze stosunkiem płciowym (chociaż nie dochodzi do niego na ogół bez przyzwolenia woli i bez jakiegoś “działania”). Stwierdziliśmy już w analizie pożądliwości ciała (rozdział III część pierwsza), że reakcje zmysłowości mają swoją własną dynamikę w człowieku, łączy się ona jak najściślej nie tylko z wartością “ciała i płci”, ale również z odruchową dynamiką sfer seksualnych ciała ludzkiego, z fizjologią płci. Natomiast stosunek seksualny, współżycie płciowe mężczyzny i kobiety, nie da się pomyśleć bez aktu woli, i to zwłaszcza ze strony mężczyzny. Nie chodzi tu tylko o samą decyzję, chodzi także o fizjologiczną możność odbycia stosunku, do czego mężczyzna nie jest zdolny w stanach wyłączających jego wolę, np. we śnie czy nieprzytomności. Z natury samego aktu wynika, że mężczyzna gra w nim rolę czynną, on ma inicjatywę, podczas gdy kobieta jest stroną raczej bierną, nastawioną na przyjmowanie i doznawanie. Wystarczy jej bierność i brak sprzeciwu tak dalece, że akt płciowy może się odbyć nawet poza udziałem jej woli – w stanie wyłączającym całkowicie jej świadomość, np. w nieprzytomności, w śnie, w omdleniu. W tym znaczeniu współżycie seksualne zależy od decyzji mężczyzny. Ponieważ zaś decyzja ta bywa wywołana jego podnieceniem seksualnym, któremu może nie odpowiadać analogiczny stan u kobiety, stąd rodzi się zagadnienie o dużym znaczeniu praktycznym, i to zarówno lekarskim, jak i etycznym. Etyka seksualna, etyka małżeńska, musi tutaj wniknąć w strukturę pewnych faktów znanych dokładnie seksuologii lekarskiej. Miłość określiliśmy jako dążenie do prawdziwego dobra drugiej osoby, a zatem jako przeciwieństwo egoizmu. Skoro mężczyzna i kobieta w małżeństwie są zespoleni również na gruncie współżycia seksualnego, należy dobra tego szukać także w tej dziedzinie.
Z punktu widzenia miłości drugiej osoby, z pozycji altruizmu, należy wymagać, aby stosunek małżeński nie służył tylko doprowadzeniu do szczytowego momentu podniecenia seksualnego po jednej stronie, tj. po stronie mężczyzny, ale by odbywał się harmonijnie, nie kosztem drugiej osoby, ale przy jej zaangażowaniu. I to właśnie ze stanowiska tak gruntownie już przeanalizowanej zasady, która w odniesieniu do osoby wyklucza użycie, a domaga się miłości. Miłość zaś domaga się w danym wypadku uwzględnienia w całej pełni reakcji drugiej osoby, “partnera”.
Seksuologowie stwierdzają, że krzywa podniecenia seksualnego u kobiety przebiega inaczej niż u mężczyzny: wolniej narasta i wolniej też opada. Anatomicznie podniecenie to przebiega podobnie jak u mężczyzny (ośrodek pobudzenia znajduje się w rdzeniu S2-S3). Organizm kobiety, jak już wspomniano powyżej, jest wyposażony w większą łatwość reagowania podnieceniem z różnych miejsc ciała, co poniekąd kompensuje fakt, że podniecenie to narasta u niej wolniej niż u mężczyzny. Z tego powinien zdawać sobie sprawę mężczyzna, i to nie z uwagi na motyw hedonistyczny, lecz altruistyczny. Istnieje w tej dziedzinie jakiś rytm poddany przez samą naturę, który oboje małżonkowie powinni odszukać, tak aby szczytowy moment podniecenia seksualnego zachodził zarówno u mężczyzny, jak i kobiety i o ile możności wypadał u obojga równocześnie. Subiektywne szczęście, którego wówczas wspólnie doznają, posiada proste znamiona owego frui, czyli radości płynącej z uzgodnienia działań z obiektywnym porządkiem natury. Egoizm natomiast – w tym wypadku chodzi raczej o egoizm mężczyzny – kojarzy się najściślej z owym uti, w którym jedna strona dąży do własnej tylko przyjemności kosztem drugiej. Widać, że elementarne wskazania seksuologii są zbieżne z etyką.
Nieprzestrzeganie tych wskazań seksuologii we współżyciu małżeńskim jest przeciwne dobru współmałżonka oraz trwałości i spoistości samego małżeństwa. Trzeba się liczyć z faktem, że istnieje naturalna trudność, gdy chodzi o dostosowanie się kobiety do mężczyzny we współżyciu małżeńskim, pewna naturalna nierówność rytmu cielesno-psychicznego, potrzeba więc harmonizacji, która jest niemożliwa bez dobrej woli, zwłaszcza mężczyzny, i bez starannej obserwacji kobiety. Jeśli kobieta nie znajduje we współżyciu płciowym tego naturalnego uszczęśliwienia, wówczas wyłania się niebezpieczeństwo przeżywania przez nią aktu małżeńskiego w sposób niepełnowartościowy, bez zaangażowania całej osobowości. Taki zaś sposób przeżycia stwarza szczególną łatwość wywołania reakcji nerwicowej, np. wtórnej oziębłości seksualnej. Czasem oziębłość ta (frigiditas) bywa wynikiem jakiegoś zahamowania ze strony samej kobiety, jakimś – czasem nawet zawinionym – z jej strony brakiem zaangażowania. Najczęściej jednak jest ona wynikiem egoizmu mężczyzny, który nie uznaje subiektywnych pragnień kobiety we współżyciu oraz obiektywnych praw procesu seksualnego, jaki w niej zachodzi, szukając w sposób czasem wręcz brutalny własnego tylko zaspokojenia.
U kobiety rodzi to niechęć do współżycia i wstręt seksualny, który jest równie trudny lub nawet trudniejszy do opanowania niż popęd seksualny. Powoduje to również nerwice, a niekiedy także schorzenia organiczne (które pochodzą stąd, że przekrwienie narządów rodnych w czasie podniecenia płciowego doprowadza do stanów zapalnych w obrębie tzw. miednicy małej, gdy podniecenie to nie kończy się rozkurczem, rozkurcz zaś ściśle łączy się u kobiety z orgazmem). Psychologicznie biorąc, sytuacja taka wywołuje nie tylko obojętność, ale często wręcz wrogość. Kobieta bardzo trudno wybacza mężczyźnie brak uszczęśliwienia w seksualnym pożyciu małżeńskim. Staje się to dla niej trudne do zniesienia, a z latami może narosnąć do zupełnie niewspółmiernej reakcji urazowej. Wszystko to może prowadzić do rozpadu małżeństwa. Aby temu zapobiec, potrzeba odpowiedniego wychowania seksualnego – nie tylko pouczenia o sprawach płci, ale właśnie wychowania. Należy bowiem raz jeszcze podkreślić, że wstręt fizyczny nie istnieje w małżeństwie jako zjawisko pierwotne, ale jest na ogół reakcją wtórną: u kobiet jest to odpowiedź na egoizm i brutalność, u mężczyzn zaś na oziębłość i obojętność. Ale ta oziębłość i obojętność kobiety są często wynikiem błędów w postępowaniu ze strony mężczyzny, gdy ten szukając własnego zaspokojenia pozostawia kobietę niezaspokojoną, co nb. kłóci się nawet z ambicją męską. Jednakże sama wrodzona ambicja może w pewnych, zwłaszcza trudniejszych, sytuacjach nie wystarczać na dalszą metę: wiadomo, że egoizm z jednej strony zaślepia pozbawiając ambicji, a z drugiej strony rodzi niezdrowy jej przerost – tak czy tak, nie dostrzega się drugiego człowieka. Podobnie też nie może wystarczyć na dalszą metę naturalna dobroć kobiety, która czasem “udaje orgazm” (jak stwierdzają seksuolodzy), aby właśnie zaspokoić ambicję mężczyzny. To wszystko jednak nie rozwiązuje prawidłowo problemu współżycia, może tylko doraźnie wystarczyć. Na dalszą metę potrzeba wychowania seksualnego, i to potrzeba go wciąż. Najważniejszym zaś punktem tego wychowania jest urobić przekonanie: druga osoba jest stroną ważniejszą niż ja. Przekonanie takie nie zrodzi się nagle i z niczego na gruncie samego współżycia cielesnego. Może ono być tylko i wyłącznie wynikiem integralnego wychowania miłości. Samo współżycie seksualne uczy miłości, ale miłość – jeśli jest prawdziwą cnotą - okaże się nią również w małżeńskim współżyciu seksualnym. Wówczas dopiero “wykształcenie seksualne” może oddać właściwe usługi; bez wychowania może ono nawet wręcz zaszkodzić.
Z tym właśnie łączy się i do tego sprowadza kultura pożycia małżeńskiego. Nie sama technika, ale właśnie kultura. Często seksuologia (van de Velde) przywiązuje zasadniczą wagę do techniki, podczas gdy jest ona czymś raczej wtórnym, może nawet często przeciwnym temu, do czego w założeniu winna prowadzić. Popęd jest tak silny, że u normalnego mężczyzny i normalnej kobiety stwarza jakby instynktowną wiedzę na temat, “jak współżyć”; analiza sztuczna (a to właśnie łączy się z pojęciem “technika”) może całą sprawę raczej popsuć, tu bowiem chodzi o pewną spontaniczność i naturalność, oczywiście podporządkowaną moralności. Owa instynktowna wiedza musi zatem dojrzeć do kultury współżycia. Wypada w tym miejscu nawiązać do analizy czułości – zwłaszcza “czułości bezinteresownej” – która znajduje się w części trzeciej rozdziału III. Właśnie ta zdolność żywego odczuwania stanów i przeżyć drugiej osoby może odegrać wielką rolę w harmonizowaniu współżycia małżeńskiego. Wyrasta ona z uczuciowości, która nastawiona jest bardziej na człowieka i stąd może łagodzić i wyrównać gwałtowne reakcje zmysłowości nastawionej tylko na ciało i niepohamowane zapędy pożądliwości ciała. Właśnie przy znamiennej dla organizmu kobiety dłuższej i wolniej narastającej reakcji seksualnej owo zapotrzebowanie na czułość we współżyciu fizycznym, zarówno przed jego rozpoczęciem, jak i po zakończeniu, tłumaczy się wręcz biologicznie. W ten sposób akt czułości ze strony mężczyzny wyrasta w ramach współżycia małżeńskiego do znaczenia aktu cnoty – i to właśnie cnoty wstrzemięźliwości, a pośrednio miłości (zob. analizę w trzeciej części rozdziału III) – biorąc pod uwagę krótką i gwałtowniejszą “krzywą pobudzenia” po stronie mężczyzny. Małżeństwo nie może sprowadzać się do pożycia fizycznego, potrzebuje klimatu uczuciowego, bez którego cnota – i miłość, i czystość – staje się trudna do urzeczywistnienia.
Nie chodzi tu zresztą o płytki klimat uczuciowy ani też o powierzchowną miłość, która z cnotą niewiele ma wspólnego. Miłość powinna dopomagać w zrozumieniu człowieka, w jego odczuciu, bo tędy prowadzi droga do jego wychowania, a w życiu małżeńskim do współ-wychowania. Mężczyzna musi liczyć się z tym, że kobieta jest jakimś “innym światem” niż on, nie tylko w sensie fizjologicznym, ale także psychologicznym. Skoro we współżyciu małżeńskim on ma odegrać rolę czynną, winien poznać ów świat, a nawet o ile możności wczuwać się weń. To właśnie jest pozytywna funkcja czułości. Bez niej mężczyzna będzie tylko starał się podporządkowywać kobietę wymaganiom swego ciała i swojej psychiki, czyniąc to niejednokrotnie z jej krzywdą. Oczywiście i kobieta winna się starać o zrozumienie mężczyzny, a równocześnie o jego wychowanie w stosunku do siebie. O jedno nie mniej niż drugie. Zaniedbania w jednym z nich mogą w równej mierze być owocem egoizmu. Za takim sformułowaniem wymagań z zakresu moralności i pedagogiki małżeńskiej przemawia właśnie seksuologia, choć nie tylko ona.
Czy wszystko to, co seksuologia lekarska wnosi w problem współżycia płciowego mężczyzny i kobiety, przemawia też wprost za zasadą monogamii i nierozerwalności małżeństwa, czy przemawia przeciw cudzołóstwu i stosunkom przed- i poza-małżeńskim? Wprost może nie, nie można zresztą wymagać tego od seksuologii, skoro bezpośrednio zajmuje się ona samym tylko aktem seksualnym, jako określonym procesem fizjologicznym, lub co najwyżej psycho-fizycznym i jego uwarunkowaniami w organizmie i psychice. Pośrednio jednak sama seksuologia przemawia stale na rzecz naturalnej moralności seksualnej i małżeńskiej kierując się względem jak najgruntowniej rozumianego zdrowia psycho-fizycznego kobiety i mężczyzny. I tak, harmonijne pożycie seksualne jest możliwe tylko wtedy, gdy jest ono wolne od poczucia konfliktu z własnym sumieniem, gdy nie zakłóca go wewnętrznie reakcja lęku. Jeśli np. chodzi o kobietę, to może ona oczywiście przeżyć całkowite zespolenie seksualne w stosunku poza-małżeńskim, a jednak konflikt z sumieniem może przyczynić się nawet do zaburzenia naturalnego rytmu biologicznego. Spokój i pewność sumienia ma zdecydowany wpływ również na organizm. Samo z siebie nie może to jeszcze stanowić argumentu za monogamią i wiernością małżeńską, a przeciw cudzołóstwu; zawiera się tu raczej pewna konsekwencja naturalnych reguł moralności. Seksuologia nie musi dostarczać podstaw wyprowadzania tych ostatnich, wystarczy, jeśli ubocznie potwierdza reguły już skądinąd znane i w inny sposób uzasadnione. Z pewnością więc małżeństwo jako instytucja trwała, zabezpieczająca ewentualne macierzyństwo kobiety (matris-munus), uwalnia ją w jakiejś zasadniczej mierze od tych reakcji lękowych, które mszczą się nie tylko na jej psychice, ale również doprowadzają do zakłócenia jej naturalnego rytmu biologicznego. W ścisłym związku z tym pozostaje lęk przed dzieckiem – główne źródło nerwic kobiecych.
Małżeństwo zharmonizowane rozwiązuje i te sytuacje, wykazaliśmy jednak, że owa harmonia nie może być tylko funkcją jakiejś techniki, ale właśnie funkcją kultury współżycia, czyli w ostatecznej analizie – cnoty miłości. Z istoty swej małżeństwo takie jest owocem nie tylko doboru seksualnego, ale etycznie pełnowartościowego wyboru.
Z punktu widzenia samej bio-fizjologii nie można wyśledzić i sformułować jakichś praw, które określałyby, na jakiej zasadzie mężczyzna i kobieta decydują się na małżeństwo. Wydaje się, że żadne takie “czysto” biologiczne czynniki atrakcji nie istnieją, choć z drugiej strony osoby, które wiążą się małżeństwem, z pewnością są sobą także seksualnie zainteresowane – ludzie czujący do siebie od początku wstręt fizyczny nie zawrą małżeństwa. Prawa wzajemnej atrakcji tylko niekiedy pozwalają się określić psychologiczną zasadą podobieństwa czy wręcz przeciwnie – kontrastu; zwykle sprawa jest bardziej skomplikowana. Faktem jest, że w momencie wyboru bardzo mocno działają czynniki zmysłowo-uczuciowe, jakkolwiek analiza rozumowa winna mieć decydujące znaczenie.
Trzeba też stwierdzić, że propagowane “próby” współżycia seksualnego przed małżeństwem nie stanowią żadnego sprawdzianu “doboru”, inna bowiem jest specyfika pożycia małżeńskiego, a inna przed-małżeńskiego. Niedobór małżeństwa jest czymś więcej niż prostym niedoborem fizycznym i z pewnością nie pozwala się “z góry” sprawdzić przez współżycie przed-małżeńskie. Małżeństwa, które później uważają się za niedobrane, mają bardzo często na początku okres doskonałego współżycia seksualnego. Okazuje się, że rozpad przychodzi z innego powodu. Takie postawienie sprawy zbiega się ściśle z etyczną zasadą wykluczającą stosunki przed-małżeńskie, nie potwierdza jej co prawda wprost, ale w każdym razie prowadzi do uchylenia zasady dopuszczającej, a nawet zalecającej te stosunki.
Jeśli zaś chodzi nie tyle o dobór, ile o wybór współmałżonka, to zwłaszcza wzgląd na potomstwo nakazuje przestrzegać zasad zdrowej eugeniki. Medycyna posiada swoje przeciwwskazania wobec małżeństwa w przypadkach pewnych chorób, jest to jednak problem osobny, którego tu nie referujemy, dotyczy on bowiem nie tyle samej etyki seksualnej, ile etyki zdrowia i życia (przykazanie V, nie zaś VI).
Wnioski, do których dochodzi seksuologia medyczna, w żadnym punkcie nie przemawiają przeciwko głównym zasadom etyki seksualnej: monogamia, wierność małżeńska, dojrzały wybór osoby itd. Zasada wstydu małżeńskiego zanalizowana w części drugiej rozdziału III znajduje także swe potwierdzenie w istnieniu dobrze znanych seksuologom i psychiatrom nerwic, które są następstwem współżycia płciowego przeżywanego w atmosferze lęku przed zaskoczeniem ze strony jakiegoś niepożądanego czynnika z zewnątrz. Stąd potrzeba odpowiedniego miejsca, własnego domu czy bodaj mieszkania, gdzie życie małżeńskie może się toczyć “bezpiecznie”, tj. zgodnie z wymaganiami wstydu, gdzie mężczyzna i kobieta niejako “mają prawo” przeżywać najintymniejsze dla siebie sprawy.

Problem świadomego macierzyństwa

Rozważania na temat współżycia małżeńskiego prowadzone od strony seksuologii (aby uzupełnić punkt widzenia etyki) stawiają przed nami w sposób konieczny problem świadomego macierzyństwa. Jest to problem tak ściśle zespolony z poprzednim, że poniekąd stanowi tylko dopełnienie tamtego, jakby dalszy jego ciąg. Samo pojęcie “świadome macierzyństwo” może być rozumiane w sposób różnorodny. Może więc oznaczać świadomość tego, co to jest macierzyństwo (a przez analogię: ojcostwo) – problemowi temu poświęciliśmy dość dużo miejsca w rozważaniach rozdziału I oraz IV – zwykle jednak przez “świadome macierzyństwo” rozumie się co innego. Można by to krótko ująć w następującym zdaniu: “Wiedz, w jaki sposób kobieta we współżyciu małżeńskim staje się matką, i postępuj tak, abyś stawała się nią tylko wtedy, kiedy chcesz”. Zdanie to, chociaż w swoim brzmieniu zaadresowane do kobiety, odnosi się właściwie do mężczyzny jako do jej “partnera” we współżyciu seksualnym (małżeńskim), on bowiem decyduje tutaj w większości wypadków.
Wskazanie to czy też program – świadome macierzyństwo jest dzisiaj już wyraźnym programem – wypowiedziane w taki sposób jak powyżej może nie nasuwać żadnych zastrzeżeń. Przecież człowiek jest istotą rozumną i stąd dążność do jak najpełniejszego udziału świadomości we wszystkim, co czyni, jest zgodna z jego naturą. Jest z nią zgodna również dążność do świadomego stawania się matką – ojcem, jednego bowiem nie sposób oddzielić od drugiego. Świadomość, kiedy i w jaki sposób kobieta i mężczyzna współżyjąc z sobą po małżeńsku mogą stać się rodzicami, powinna kierować ich współżyciem. Są bowiem odpowiedzialni za każde poczęcie zarówno przed sobą, jak i przed rodziną, którą przez takie poczęcie tworzą lub pomnażają. Była już o tym wszystkim mowa w rozdziale IV (punkt: Rozrodczość a rodzicielstwo oraz Wstrzemięźliwość okresowa. Metoda i interpretacja). Rozważania niniejsze wyraźnie nawiązują do tamtych.
Program świadomego macierzyństwa łatwo może zejść na grunt założeń utylitaryzmu, gdzie zarysowuje się konflikt z ponad-użytkową wartością osoby – problem, któremu najwięcej chyba miejsca poświęcono w całej książce. Jedyne wyjście z tego konfliktu zgodne z charakterem osoby, a przeto w pełni godziwe, stanowi cnota wstrzemięźliwości, której ramy wyznacza poniekąd sama natura. Dokładne jednak zrozumienie tego wymaga znów pełniejszego naświetlenia od strony seksuologii.
Natura kobiety – jak wiadomo – reguluje liczbę poczęć w sposób precyzyjny i niejako “oszczędny”, w całym bowiem cyklu miesięcznym pojawia się tylko jeden raz dojrzała komórka jajowa, przedmiot możliwego zapłodnienia. Po stronie mężczyzny natomiast współżycie małżeńskie łączy się za każdym razem z potencjalną płodnością. Wyznacznikiem liczby potomstwa jest więc organizm kobiety. Zapłodnienie może nastąpić tylko w tym momencie, w którym organizm kobiety na to pozwala. Pozwala wówczas, kiedy jest do tego przygotowany przez cały ciąg uprzednich reakcji biochemicznych. Czas “płodności” jest możliwy do określenia, jednakże nie w sposób ogólny i szablonowy, lecz zindywidualizowany u każdej kobiety z osobna. Każda kobieta może zaobserwować zmiany, jakie zachodzą w niej w odpowiedniej fazie cyklu. Poza tym istnieją obiektywne metody naukowe biologiczno-lekarskie, które dostarczają wskaźników do oznaczania momentu owulacji, czyli okresu płodności.
Zacznijmy jednak od naświetlenia pozytywnej strony problemu. Mówi się w seksuologii o “instynkcie macierzyńskim i ojcowskim”. O ile ten pierwszy budzi się zwykle u kobiety już przed urodzeniem dziecka, a często jeszcze przed jego poczęciem, o tyle drugi rozwija się zwykle później, czasem dopiero wobec dzieci kilkuletnich. Instynkt macierzyński może się rozwijać u dziewcząt już w okresie dojrzewania, jest on bowiem biologicznie zależny od działania hormonów, a rytm płciowy kobiety co miesiąc przygotowuje ją do przyjęcia dziecka i nastawia jej organizm na to właśnie. Stąd zjawia się całe to nastawienie na dziecko, które seksuologia nazywa instynktem macierzyńskim, opierając się na fakcie, że nastawienie owo jest wywołane w znacznej mierze powracającymi co miesiąc stanami organizmu kobiety. We współżyciu małżeńskim nastawienie to nie dominuje w świadomości kobiety, a zwłaszcza mężczyzny i nie musi bynajmniej dominować (zgodnie z tym, do czego doszliśmy w rozważaniu na temat rozrodczości i rodzicielstwa w rozdziale IV). Natomiast jest rzeczą zrozumiałą, iż wraz z małżeństwem i współżyciem małżeńskim budzi się chęć posiadania dziecka jako zjawisko naturalne, podczas gdy przeciwne temu nastawienie woli i świadomości jest właśnie czymś nienaturalnym. I ten lęk przed poczęciem, lęk przed dzieckiem, jest momentem dużej wagi w problemie świadomego macierzyństwa. Jest to poniekąd moment paradoksalny. Z jednej strony bowiem on właśnie wywołuje cały problem “świadomego macierzyństwa” w formie: “Co uczynić, aby mieć dziecko tylko wówczas, kiedy się go chce”, a z drugiej strony tenże sam lęk przed dzieckiem w zasadniczej mierze utrudnia wykorzystanie tych możliwości, jakie pozostawia w tej dziedzinie sama natura.
I tu leży zasadnicza trudność, jeśli chodzi o – prawidłową z punktu widzenia i przyrodniczo-medycznego, i etycznego – regulację poczęć. Trudność ta nie tkwi w samej naturze, która liczbę poczęć reguluje w sposób przejrzysty i stosunkowo łatwy do odczytania. Czynniki zakłócające prawidłowość biologiczną u kobiety są przede wszystkim natury psychogennej. Z ich działaniem spotykamy się o wiele częściej niż z zaburzeniami natury organicznej. Z czynników zaś psychogennych na pierwszy plan wysuwa się właśnie ów lęk przed poczęciem, lęk przed zajściem w ciążę.
Wiadomo, że zmęczenie fizyczne, zmiana klimatu, stany stresowe, a zwłaszcza lęk wstrzymują miesiączkę lub ją przyspieszają. Lęk jest więc tym potężnym bodźcem negatywnym, który może zniszczyć naturalną prawidłowość cyklu płciowego kobiety. Praktyka ambulatoryjna potwierdza też tezę, że właśnie lęk przed zajściem w ciążę odbiera kobiecie ową “radość spontanicznego przeżywania miłości”, którą przynosi działanie zgodne z naturą. Lęk ów, jako uczucie dominujące, majoryzuje wszystkie inne doznania, doprowadzając do reakcji nieobliczalnych.
Wszystko to wskazuje pośrednio, jak decydująca w tej sprawie jest właśnie postawa moralna przeanalizowana w rozdziale IV. Owa postawa moralna sprowadza się do dwóch elementów: gotowości do rodzicielstwa podczas współżycia (“mogę być matką”, “mogę być ojcem”) oraz gotowości do wstrzemięźliwości, płynącej z cnoty, z umiłowania najbliższej osoby. Tylko na tej drodze może dojść do wyrównania biologicznego kobiety, bez którego nie sposób pomyśleć i realizować naturalnej regulacji poczęć. “Natura” u człowieka jest podporządkowana etyce – prawidłowy rytm biologiczny kobiety i wynikająca z niego możliwość naturalnej regulacji poczęć związana jest jak najściślej z miłością, która ujawnia się z jednej strony w gotowości do rodzicielstwa, z drugiej zaś w cnocie wstrzemięźliwości, w zdolności do rezygnacji i ofiary ze swego “ja”. Zaprzeczeniem miłości jest egoizm; przejawia się on w nastawieniach przeciwnych i stanowi najniebezpieczniejsze źródło owego dominującego lęku, który paraliżuje zdrowe procesy natury.
O tym się prawie nie mówi. Trzeba jasno stwierdzić, że u podstaw naturalnych metod leży jedna zasadnicza: “metoda” cnoty (miłość i wstrzemięźliwość). Kiedy się ją założy i przyjmie w praktyce, wówczas dopiero cała wiedza o procesach seksualnych i rozrodczych może się okazać skuteczna. Jeśli bowiem człowiek uświadomi sobie, że zapłodnienie nie jest “trafem” czy zbiegiem okoliczności, ale faktem biologicznym, starannie przez naturę przygotowanym, przy czym przygotowania te mogą być w całej rozciągłości prześledzone, to możliwości rozumnego i zgodnego z naturą kierowania zapłodnieniem wzrastają.
Świadome macierzyństwo sprowadza się do dwóch rodzajów “metod”, których analizę od strony etycznej przeprowadziliśmy już w rozdziale IV. Są to z jednej strony tzw. metody naturalne, z drugiej zaś – metody sztuczne, polegające na użyciu środków antykoncepcyjnych. Środki antykoncepcyjne są z natury swej szkodliwe dla zdrowia. Środki biologiczne obok wyjałowienia chwilowego mogą sprowadzić daleko idące i nieodwracalne zmiany w ustroju człowieka. Środki chemiczne są z natury swej jadami komórkowymi, inaczej nie miałyby siły do zabicia komórek rozrodczych, są więc szkodliwe fizycznie. Środki mechaniczne wywołują z jednej strony lokalne uszkodzenia w drogach rodnych kobiety, a prócz tego naruszają spontaniczność aktu płciowego, co jest nie do zniesienia zwłaszcza dla kobiety.
Najczęściej małżonkowie stosują akt przerywany, nie zdając sobie doraźnie sprawy z jego złych skutków. Skutki te jedna są nieuniknione. Pomijając fakt zawodności tej metody zapobiegania zapłodnieniu, powstaje pytanie, dlaczego ludzie tę metodę stosują. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to zachowanie wypływające wyłącznie z egoizmu mężczyzny. Głęboka jednak analiza wykazuje, że mężczyzna przerywając stosunek często uważa, iż w ten sposób “ochrania kobietę”. Istotnie, w takim zachowaniu, jakkolwiek są niszczone różne dobra, jak pozbawienie kobiety orgazmu, zachwianie jej równowagi nerwowej, to jednak pozostaje nietknięta jej podstawowa zdolność biologiczna: płodność. Stąd też nawet same kobiety mają nieraz przekonanie, że to “nie szkodzi”. Mężczyzna zaś ma poczucie, że to on kieruje sytuacją i o niej decyduje. Kobieta natomiast zachowuje postawę właściwej sobie bierności seksualnej zostawiając mężczyźnie odpowiedzialność. W tej właśnie postawie obojga można doszukać się pewnego dobra, jakkolwiek szukają go na niewłaściwej drodze. Jeśli bowiem małżonkowie doszli do usprawiedliwionego wniosku, że z poczęciem winno się zaczekać, to mężczyzna zamiast przerywać zaczęty akt, nie powinien go w tej chwili podejmować, lecz w poczuciu odpowiedzialności poczekać aż do momentu biologicznej niepłodności małżonki. W tym celu powinni oboje poznać organizm kobiety i decyzję swą uzależnić od dokładnego poznania jego funkcji. Ale w ten sposób wracamy właśnie do sprawy wstrzemięźliwości okresowej.
Metody naturalne są to sposoby kierowania płodnością, które polegają na wstrzemięźliwości okresowej. Stosowanie metod naturalnych wymaga dokładnej znajomości organizmu danej kobiety oraz jej rytmu biologicznego, a prócz tego wymaga ono spokoju i równowagi biologicznej, o czym już bardzo wiele powiedziano uprzednio. Przede wszystkim jednak potrzeba pewnego wyrzeczenia się i wstrzemięźliwości, i to doraźnie, zwłaszcza ze strony kobiety. Naturalnie bowiem biorąc, popęd seksualny odzywa się u niej najsilniej w momencie owulacji i w okresie płodności (nasilenie popędu jest jednym ze wskaźników tzw. zespołu owulacyjnego) – i właśnie w tym okresie trzeba zaniechać stosunków małżeńskich. Dla mężczyzny wstrzemięźliwość okresowa nie przedstawia tej trudności, popęd seksualny nie podlega bowiem u niego takim wahaniom jak u kobiety. Wstrzemięźliwość mężczyzny musi się więc dostosować do tych wskazówek, jakich dostarcza organizm kobiety. Ważniejszym zadaniem mężczyzny niż samo dostosowanie się do cyklu biologicznego kobiety jest stworzenie klimatu psychicznego dla ich wzajemnego współżycia, bez którego o skutecznym stosowaniu metod naturalnych nie może być mowy. Wymaga to właśnie regularnej wstrzemięźliwości ze strony mężczyzny i w ten sposób problem zgodnej z naturą regulacji poczęć apeluje w ostatecznej analizie do jego męskiej postawy moralnej. Współżycie małżeńskie wymaga z jego strony czułości, czyli zrozumienia dla przeżyć kobiety. W tym sensie świadome macierzyństwo apeluje do jego wstrzemięźliwości, bez której niepodobna uchwycić prawidłowego rytmu biologicznego w małżeństwie.
Jest to rytm natury i dlatego współżycie małżeńskie zgodne z nim jest równocześnie higieniczne, zdrowe, wolne od tych wszystkich nerwic powodowanych przez wymienione uprzednio sztuczne metody unikania ciąży. Nie można jednak metod naturalnych stosować doraźnie i mechanicznie bez uchwycenia całego rytmu biologicznego; stosowane doraźnie i mechanicznie – zawodzą. Trudno, aby mogło być inaczej wobec faktów przedstawionych powyżej. Jeśli natomiast mężczyzna i kobieta stosują je przy pełnym zrozumieniu tych faktów oraz przy równoczesnym uznaniu obiektywnej celowości małżeństwa, to metody naturalne pozostawiają im poczucie świadomego wyboru oraz spontaniczności przeżycia (“naturalność”) i – co najważniejsze – możliwość świadomego kierowania prokreacją. Wysiłek włożony w stosowanie tych “metod” jest natury przede wszystkim etycznej, jak na to wskazano już w rozdziale IV. Bez odpowiednio pojętej, wyrobionej cnoty wstrzemięźliwości nie sposób myśleć o naturalnej regulacji poczęć, o macierzyństwie, a także ojcostwie prawdziwie świadomym.
Zagadnieniu przerywania ciąży należałoby poświęcić osobne studium. Tutaj wypada bodaj w kilku słowach dotknąć tego tematu. Fakt sztucznego przerywania ciąży sam w sobie jest – abstrahując od jego kwalifikacji etycznej – w wysokim stopniu “nerwicorodny”, nosi wszystkie znamiona nerwic eksperymentalnych. Wszak jest to sztuczne przerwanie naturalnego rytmu biologicznego w skutkach swych daleko sięgające. Powstaje przy tym olbrzymi, z niczym nieporównywalny, uraz w psychice kobiety, która nie może tego faktu zapomnieć i nie może też wyzbyć się żalu do mężczyzny, który ją do tego doprowadził. Sztuczne poronienie wyzwala prócz reakcji somatycznych nerwicę lękowo-depresyjną z dominującym poczuciem winy, a niekiedy nawet głęboką reakcją psychotyczną. Znamienne są pod tym względem wypowiedzi kobiet cierpiących na depresję okresu klimakterycznego, które po kilkudziesięciu czasem latach wspominają z żalem przerwane ciąże i mają z tego powodu późne poczucie winy. Nie trzeba dodawać, że przerwanie ciąży jest z punktu widzenia etycznego bardzo ciężką winą. Rozpatrywanie tego problemu w łączności ze świadomym macierzyństwem (świadomym rodzicielstwem) byłoby ze względów merytorycznych zupełnie niewłaściwe.

Psychopatologia seksualna a etyka

Istnieje szeroko rozpowszechnione mniemanie, że brak współżycia płciowego jest szkodliwy dla zdrowia w ogóle, a w szczególności dla mężczyzny. Nie opisano jednak żadnego zespołu chorobowego, który mógłby potwierdzić słuszność tej tezy. Rozważania uprzednie wykazały, że nerwice seksualne są przede wszystkim następstwem nadużyć w życiu płciowym, że wynikają z niestosowania się do natury i jej procesów. Nie sama wstrzemięźliwość więc, lecz właśnie jej brak powoduje prawdziwe schorzenia. Brak ten może polegać również na nieodpowiednim tłumieniu popędu seksualnego i jego przejawów w człowieku, co błędnie uważa się za wstrzemięźliwość, a co – jak już wykazano w rozdziale III – z prawdziwą cnotą wstrzemięźliwości i czystości ma niewiele wspólnego.
Popęd seksualny jest w człowieku faktem, który powinien być przez niego uznany i zaafirmowany, jako źródło naturalnej energii – w przeciwnym razie może wywołać zaburzenia psychiczne. Sama reakcja popędowa, zwana podnieceniem seksualnym, jest w dużej mierze niezależna od woli, jako reakcja wegetatywna, a brak zrozumienia tego prostego faktu staje się często przyczyną ciężkich nerwic seksualnych. Człowiek staje wówczas w sytuacji konfliktowej, nurtują go dwie ambiwalentne tendencje, których nie umie pogodzić, i stąd reakcje nerwicowe. Znaczną część nerwic seksualnych stanowią nerwice związane z nieprawidłowościami współżycia małżeńskiego, o czym była już mowa w punkcie poprzednim.
Nerwice zwane seksualnymi mają obraz kliniczny podobny do innych nerwic i zwykle nie tylko w dziedzinie seksualnej się przejawiają. Bywa, że przyczyna nerwicy tkwi zupełnie gdzie indziej, a dochodzi do niepokoju i nieporządków w dziedzinie życia seksualnego wtórnie, gdyż nerwica właśnie utrudnia człowiekowi kierowanie sobą.
Nie miejsce tutaj na szczegółowy opis schorzeń, ale raczej chodzi o całościowe spojrzenie na ludzkie życie seksualne. Dla prawidłowości i zdrowia wydaje się konieczne wychowanie człowieka od dzieciństwa, z jednej strony wprawdzie, z drugiej – w szacunku dla spraw płci, jako spraw związanych najściślej z najwyższymi wartościami życia i miłości ludzkiej. Reakcje seksualne można wyzwolić w każdym wieku, już od wczesnego dzieciństwa. Wcześnie rozbudzonym w niewłaściwym okresie życia, popęd seksualny może stać się źródłem zaburzeń nerwicowych, gdy jest w nieprawidłowy sposób tłumiony. Dlatego tak ważne jest wychowanie seksualne, oparte na rzetelnej informacji biologicznej. Brak informacji, a zwłaszcza brak formacji postaw, może spowodować różnego rodzaju aberracje (takie, jak onanizm dziecięcy i młodzieżowy). Jest to bardziej problem wychowawczy niż lekarski, jakkolwiek z reguły tam, gdzie są nieprawidłowe postawy człowieka, występuje reakcja nerwicowa jako odpowiedź organizmu i systemu nerwowego na ciągłe napięcie.

 

 

Nie analizując w tej chwili objawów klinicznych różnych możliwych aberracji, chcielibyśmy raczej wskazać na sposoby zapobiegania takim reakcjom. Te wskazania ogólne można sprowadzić do kilku podstawowych:

1. Należy usunąć często u ludzi rozpowszechnione przekonanie, że popęd seksualny jest czymś z natury złym, co trzeba zwalczać w imię dobra. Przeciwnie, trzeba wprowadzić zgodne z właściwą koncepcją człowieka przekonanie, że reakcje seksualne są jak najbardziej naturalne i same w sobie nie zawierają jeszcze wartości etycznej. Nie są moralnie ani dobre, ani złe, ale można z nich zrobić moralnie dobry lub zły użytek.

 

2. Aby człowiek mógł nabrać przekonania, że jest zdolny kierować swoimi reakcjami, trzeba go najpierw wyzwolić od mniemania, że reakcje seksualne są koniecznościowo zdeterminowane i od woli ludzkiej całkowicie niezależne. Trzeba go przekonać, że ciało może mu być “posłuszne”, jeśli zostanie do tego przezeń usprawnione.

 

3. Trzeba wyzwolić człowieka, zwłaszcza młodego, z przekonania, że sprawy seksualne stanowią dziedzinę zjawisk niemal katastroficznych, niezrozumiałych, które w tajemniczy sposób wciągają człowieka i zagrażają jego równowadze, i sprowadzić je do rzędu spraw wprawdzie wielkich i pięknych, ale całkowicie zrozumiałych i jakby “zwyczajnych”. Wymaga to dostarczenia w porę prawidłowej informacji biologicznej.

 

4. Najważniejsze jest przekazanie człowiekowi właściwej hierarchii wartości oraz ukazanie pozycji, jaką w tejże hierarchii zajmuje popęd seksualny. Jego używanie zostanie wówczas podporządkowane celowi, któremu ma służyć. Przekonać trzeba dalej człowieka o możliwości i konieczności świadomego wyboru. Trzeba niejako “przywrócić” człowiekowi świadomość wolności woli oraz tego, że dziedzina przeżyć seksualnych w pełni tejże woli podlega.

 

5. Zdarzają się oczywiście przypadki schorzeń, w których potrzebna jest pomoc specjalisty seksuologa czy psychiatry, jednakże rady udzielane przez tych specjalistów powinny uwzględniać całokształt ludzkich dążeń, a nade wszystko integralną, personalistyczną koncepcję człowieka. Niekiedy bowiem dopiero rady lekarza “nerwicują” pacjenta stojąc w jawnej sprzeczności z tym, kim człowiek naprawdę jest. Biologistyczna postawa niektórych lekarzy, ukształtowana często pod wpływem “mitu orgazmu”, powoduje, iż udzielają oni rad całkiem sprzecznych z ludzkim rozumieniem i przeżywaniem spraw seksualnych.

 

Psychoterapia nerwic seksualnych różni się od pedagogiki seksualnej, ma bowiem za przedmiot nie ludzi odznaczających się normalną i zdrową skłonnością seksualną, ale jakimś zboczeniem czy też schorzeniem popędu. Dlatego też metody oddziaływania muszą być bardziej specjalne niż te, którymi posługujemy się w zwyczajnej pedagogice seksualnej. Osoby chore są mniej uzdolnione do “miłości i odpowiedzialności”, psychoterapia zaś zmierza do tego, aby im tę zdolność przywrócić. Kiedy dobrze przeanalizujemy wskazania, którymi się przy tym kieruje, dochodzimy do wniosku, że stara się przede wszystkim wydobyć je spod przytłaczającego mniemania o determinującej sile popędu i wyrobić w nich przeświadczenie o zdolności samostanowienia każdego człowieka w ramach popędu i wobec impulsów, jakie z niego się rodzą. Jest to właśnie punkt wyjścia całej etyki seksualnej. Psychoterapia, a poprzez nią seksuologia lekarska, nawiązuje w ten sposób do ponadmaterialnych energii w człowieku, stara się urobić odpowiednie przekonania, oparte na nich nastawienia itd., stara się więc niejako odzyskać jego “wnętrze”, aby w ten sposób dopiero pokierować jego “zewnętrznym” postępowaniem. W kształtowaniu zaś tego “wnętrza” zasadniczą rolę odgrywa prawda o popędzie. W metodzie tej kryje się przeświadczenie, że tylko taki człowiek może prawidłowo (czyli prawdziwie i dobrze zarazem) działać, który poprawnie myśli o przedmiocie swego działania.
Przedmiotem tym, jak wiemy z całej książki, jest nie tylko popęd, ale cała osoba związana z tą siłą natury, którą popęd stanowi, i dlatego wszelkie prawidłowe wychowanie seksualne, również to, które musi już przybierać formę terapii, nie może poruszać się wyłącznie na “przyrodniczej” płaszczyźnie popędu seksualnego, ale na płaszczyźnie osoby, z którą łączy się cały problem “miłości i odpowiedzialności”. I zdaje się, że w ostatecznej analizie nie ma tutaj ani innego lekarstwa, ani też innego środka pedagogicznego. Bardzo ważna, celowa i cenna jest gruntowna znajomość seksualnych procesów bio-fizycznych, ani jednak w wychowaniu, ani też w terapii seksualnej nie doprowadzi ona do właściwego celu, jeśli nie będzie rzetelnie osadzona w obiektywnej wizji osoby oraz jej naturalnego (i nad-naturalnego) powołania do miłości.

Karol Wojtyła


Odwiedzin :