Powołanie


Pojęcie “sprawiedliwość względem Stwórcy”

Całe dotychczasowe rozważanie pozostawało na płaszczyźnie normy personalistycznej. Stwierdzając, że osoba nie może być przedmiotem użycia, lecz tylko przedmiotem miłości (stąd przykazanie miłości), norma personalistyczna wskazuje na to, co się osobie należy dlatego tylko, że jest osobą. W ten sposób miłość zakłada sprawiedliwość. Istnieje potrzeba usprawiedliwienia całego postępowania osoby względem osoby w dziedzinie seksualnej, potrzeba usprawiedliwienia różnych przejawów życia seksualnego ze względu na osobę ludzką. To główny wątek naszych dotychczasowych rozważań. Można by na ich marginesie mówić o sprawiedliwości w kierunku poziomym. Pozostaje jeszcze główny problem: sprawiedliwość w kierunku pionowym – potrzeba usprawiedliwienia całego postępowania w dziedzinie seksualnej wobec Boga. Wspomnieliśmy o tym już w pierwszej części tego rozdziału w punkcie: Wartość instytucji. Chodzi o to, ażeby ten aspekt całego zagadnienia teraz jeszcze bardziej ugruntować i rozszerzyć.
Sprawiedliwość jest w powszechnym przekonaniu cnotą kardynalną, podstawową, bez niej bowiem nie może być mowy o uporządkowanym współistnieniu i współżyciu osób. Mówiąc o sprawiedliwości względem Boga, stwierdzamy przez to samo, że jest On Bytem Osobowym, z którym człowiek również w jakiś sposób winien współżyć. Rzecz jasna, iż takie stanowisko zakłada poznanie i zrozumienie z jednej strony uprawnień Boga, z drugiej zaś zobowiązań człowieka. Uprawnienia te i zobowiązania wypływają przede wszystkim stąd, że Bóg jest Stwórcą, a człowiek jest stworzeniem. Wiara oparta na Objawieniu odsłania dalsze jeszcze dziedziny zależności pomiędzy człowiekiem a Bogiem: Bóg jest odkupicielem i sprawcą świętości człowieka przez łaskę. Objawienie pozwala nam poznać dzieło odkupienia i uświęcenia, poprzez które najpełniej uwydatnia się to, że Bóg odnosi się do człowieka jak osoba do osoby, że Jego stosunek do człowieka jest “miłowaniem”. W odniesieniu wzajemnym Boga i człowieka ma niejako najpełniejszą rację bytu “norma personalistyczna”, tam znajduje się jej pierwsze źródło – warto przypomnieć przykazanie miłości w jego całkowitym brzmieniu (“Będziesz miłował Pana Boga swego, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszystkich sił swoich i ze wszystkich myśli swoich, a bliźniego swego jak siebie samego”). Wiadomo jednak, że u podstaw tej normy (polecającej miłować osobę) stoi właśnie sprawiedliwość. Wynika stąd, że im pełniej człowiek poznaje miłość Boga ku sobie, tym pełniej też pojmuje te uprawnienia, jakie ma Bóg względem jego osoby i jego miłości. Widzi więc, jak daleko sięgają ludzkie zobowiązania w stosunku do Boga i stara się je realizować. Na tak pojętej sprawiedliwości względem Boga polega prawdziwa religijność, cnota religijności stanowi według św. Tomasza pars potentialis iustitiae.
Punktem wyjścia dla tej sprawiedliwości jest fakt stworzenia. Bóg jest Stwórcą, to znaczy, że Jemu zawdzięczają swe istnienie wszystkie byty znajdujące się we wszechświecie, wszystkie stworzenia, a wśród nich w szczególności człowiek. Bóg jest nie tylko Stwórcą, czyli nieustającym Dawcą istnienia, również same istoty poszczególnych stworzeń pochodzą od Niego, stanowią odzwierciedlenie odwiecznej myśli i planu Boga. W ten sposób w Bogu ma swe źródło cały porządek natury, ten bowiem opiera się bezpośrednio na istotach (czyli naturach) istniejących w świecie bytów, skąd wynikają wszystkie zależności, stosunki i związki pomiędzy nimi. W świecie istot niższych od człowieka, nierozumnych, ów porządek natury realizuje się z samej natury, drogą instynktowną, ewentualnie z udziałem poznania zmysłowego (świat zwierzęcy). W świecie ludzkim porządek natury musi być realizowany inaczej: na podstawie jego zrozumienia i rozumnego uznania. Otóż to zrozumienie i rozumne uznanie porządku natury jest równocześnie uznaniem praw Stwórcy. Na nim więc opiera się elementarna sprawiedliwość człowieka względem Boga. Człowiek jest sprawiedliwy względem Boga-Stwórcy przez to, że uznaje porządek natury i zachowuje go w swym działaniu.
Chodzi przy tym nie tylko o samo zachowanie obiektywnego porządku natury. Poznając go rozumem i zachowując w czynach, człowiek staje się uczestnikiem myśli Boga, particeps Creatoris, ma udział w tym prawie, które odwiecznie Bóg nadał światu stwarzając go. Otóż to samo jest dla siebie celem: wartość człowieka, istoty rozumnej, uwydatnia się najbardziej w tym, że jest on particeps Creatoris, że ma uczestnictwo w myśli Boga, w Jego prawie. Na tym też polega gruntownie rozumiana sprawiedliwość względem Stwórcy. Stworzenie rozumne, człowiek, jest sprawiedliwe względem Stwórcy przez to, że zdobywa się w całym swoim działaniu na tę właśnie ludzką wartość, że postępuje jako particeps Creatoris. Temu stanowisku przeciwstawia się tzw. autononizm: człowiek uwydatnia swoją wartość przede wszystkim przez to, że sam jest dla siebie prawodawcą, że czuje się źródłem wszelkiego prawa i wszelkiej sprawiedliwości (Kant). Stanowisko to jest błędne; człowiek tylko wówczas mógłby być sam dla siebie ostatecznym prawodawcą, gdyby nie był stworzeniem, gdyby sam był swoją ostateczną przyczyną. Skoro zaś jest stworzeniem, skoro w istnieniu zależy od Boga, któremu też w ostateczności zawdzięcza swoją naturę podobnie jak wszystkie inne stworzenia, przeto rozum winien służyć człowiekowi do prawidłowego odczytania praw Stwórcy wyrażonych w obiektywnym porządku natury, a z kolei dopiero do tego, aby stanowić swe ludzkie prawa w zgodności z prawem natury. Przede wszystkim jednak w zgodności z prawem natury winno pozostawać ludzkie sumienie, bezpośredni kierownik czynów, wówczas człowiek będzie sprawiedliwy względem Stwórcy.
Sprawiedliwość wobec Stwórcy zawiera w sobie po stronie człowieka, jak widać, dwa elementy: zachowanie porządku natury oraz uwydatnienie wartości osoby. Wartość osoby stworzonej (tj. stworzenia, które jest osobą) uwydatnia się najpełniej przez uczestnictwo w myśli Stwórcy, przez to, że jest ona particeps Creatoris w swym myśleniu i działaniu. To sprawia, że posiada prawidłowy stosunek do całej rzeczywistości we wszystkich jej częściach składowych, we wszystkich elementach. Stosunek taki jest swego rodzaju miłością, i to nie tylko miłością świata, ale również miłością Stwórcy. Inna rzecz, iż miłość Stwórcy zawiera się w owym stosunku w sposób tylko pośredni, niemniej realny. Człowiek, który ma prawidłowy stosunek do całej rzeczywistości stworzonej, pośrednio ma już przez to samo właściwy stosunek do Stwórcy, jest zasadniczo i elementarnie sprawiedliwy względem Niego. W każdym razie o sprawiedliwości względem Stwórcy nie może być mowy, jeśli tego prawidłowego stosunku do stworzeń brak. W szczególności chodzi o prawidłowy stosunek do innych ludzi – tu znajdujemy się już w orbicie normy personalistycznej. Człowiek tylko o tyle może być sprawiedliwy względem Boga-Stwórcy, o ile miłuje ludzi.
Zasada ta ma szczególne zastosowanie w dziedzinie współistnienia i współżycia osób różnej płci, mężczyzn i kobiet. Całe dotychczasowe rozważanie poświęcone temu problemowi, skoncentrowane wokół zagadnienia “miłości i odpowiedzialności”, było równocześnie analizą obowiązków sprawiedliwości względem Stwórcy. Nie może być mowy o tym, aby mężczyzna i kobieta postępowali sprawiedliwie względem Boga-Stwórcy, jeśli ich wzajemne postępowanie nie dorasta do wymagań normy personalistycznej. Bóg w szczególnym znaczeniu jest Stwórcą osoby, osoba bowiem w szczególnej mierze odzwierciedla Jego istotę. Będąc zaś Stwórcą osoby, jest Bóg przez to samo źródłem całego porządku osobowego, który wyrasta ponad porządek natury właśnie dzięki zdolności zrozumienia tego ostatniego oraz świadomego samostanowienia w jego obrębie. Sprawiedliwość względem Stwórcy domaga się przeto nade wszystko zachowania ze strony człowieka porządku osobowego. Szczególniejszym wyrazem tego porządku jest miłość, w której też w niezwykły sposób odzwierciedla się istota Boga, skoro Objawienie mówi, że “Bóg jest miłością” (1 J 4, 8).
Dziedzina płci jest w całej przyrodzie związana z rozrodczością. Współżyjąc po małżeńsku mężczyzna i kobieta pośredniczą w przekazywaniu istnienia nowej istocie ludzkiej. Życie płciowe jest i tutaj związane z rozrodczością, ponieważ jednak mężczyzna i kobieta są osobami, zatem mają świadomy udział w dziele stworzenia (procreatio) – są pod tym względem participes Creatoris. Dlatego trudno ich życie małżeńskie porównać z życiem seksualnym zwierząt pozostającym pod władzą instynktu. Ale właśnie dlatego zarówno w życiu małżeńskim, jak i w całym w ogóle współżyciu i współistnieniu osób różnej płci występuje problem sprawiedliwości względem Stwórcy, łączy się on najściślej z odpowiedzialnością za miłość. To prowadzi do samej instytucji małżeństwa, toteż domaga się prawidłowego zespolenia rozrodczości z rodzicielstwem w ramach samego małżeństwa. Człowiek bowiem, a raczej dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta, nie wywiązują się z obowiązków sprawiedliwości w stosunku do Stwórcy przez samą tylko realizację rozrodczości. Osoba wykracza ponad świat przyrody, a porządek osobowy nie mieści się bez reszty w porządku natury. Dlatego też mężczyzna i kobieta, którzy współżyją z sobą po małżeńsku, czynią zadość obowiązkom względem Boga-Stwórcy dopiero wówczas, gdy całe to współżycie stawiają na poziomie miłości, czyli prawdziwie osobowego zjednoczenia. Dopiero też wówczas są we właściwym znaczeniu tego słowa porticipes Creatoris. Ale też właśnie z tego powodu samo współżycie małżeńskie musi być przeniknięte gotowością rodzicielstwa. Nie tyle chodzi przy tym o samą rozrodczość, ile właśnie o miłość. Brak gotowości rodzicielskiej u mężczyzny i kobiety odbiera bowiem ich współżyciu wartość miłości, czyli zjednoczenia na prawdziwie osobowym poziomie, pozostaje tylko samo współżycie, a raczej wspólne użycie seksualne.

Dziewictwo a dziewiczość

Małżeństwo monogamiczne i nierozerwalne rozwiązuje problem współżycia osób różnej płci w sposób sprawiedliwy względem Stwórcy. W ramach małżeństwa sprawiedliwość względem Stwórcy domaga się prawidłowego połączenia rozrodczości z rodzicielstwem, bez tego bowiem mężczyzna i kobieta nie zachowują ani porządku natury, ani też porządku osobowego, który domaga się oparcia ich wzajemnego stosunku na prawdziwej miłości. W ten sposób sprawiedliwość względem Stwórcy realizuje się przez to, że stworzenia rozumne uznają najwyższe prawo Stwórcy w sferze natury i w sferze osoby i stosują do niego swe postępowanie. Jednakże samo pojęcie “sprawiedliwość” otwiera jeszcze dalsze perspektywy. Być sprawiedliwym znaczy oddać drugiej osobie wszystko, co jej się słusznie należy. Bóg jest Stwórcą, czyli nieustającym źródłem istnienia każdego bytu stworzonego. Istnienie zaś stanowi o tym wszystkim, czym dany byt jest i co w sobie ma. Wszystkie właściwości, przymioty, doskonałości danego bytu są tym, czym są, mają tę wartość, którą mają, dzięki temu, że ów byt istnieje, a one istnieją w nim. Wobec tego prawa Stwórcy sięgają w stworzeniu bardzo daleko: jest ono w całości własnością Stwórcy, również bowiem i to, co “stworzyło” samo w sobie, opiera się na fakcie istnienia – gdyby nie istniało, własna twórczość stworzenia byłaby niemożliwa. Kiedy człowiek rozważa to wszystko pod kątem sprawiedliwości względem Stwórcy, wyłania się następujący wniosek: jeśli chcę być w całej pełni sprawiedliwy względem Boga-Stwórcy, winienem skierować ku Niemu wszystko, co jest we mnie, cały mój byt, do tego wszystkiego ma On bowiem pierwsze prawo. Sprawiedliwość domaga się wyrównania; realizuje się ją, gdy się oddaje należność usque ad aequalitatem.
Możliwość doskonałego wyrównania zachodzi jednak tylko tam, gdzie zachodzi zasadnicza równość stron, równość osób. Z tego więc punktu widzenia pełna realizacja sprawiedliwości względem Stwórcy ze strony człowieka jest niemożliwa. Stworzenie nigdy nie potrafi wyrównać długu wobec Stwórcy, gdyż nie jest Mu równe. Nie zdoła stanąć naprzeciw Niego jako równorzędny “partner” czy “kontrahent”.
Stosunek do Boga, religia oparta na samej sprawiedliwości, jest w samym założeniu właśnie niepełna i niedoskonała, skoro realizacja sprawiedliwości w relacji człowiek – Bóg pozostaje w zasadzie niemożliwa. Chrystus dał inne rozwiązanie. Nie można stosunku do Boga oprzeć na samej sprawiedliwości, człowiek nie może Mu oddać wszystkiego z siebie tak, aby mógł stanąć wobec Boga jako “partner” czy też “kontrahent”, który spłacił całą należność, może Mu natomiast oddać siebie, rezygnując z tej postawy, jaką daje w ramach czystej sprawiedliwości poczucie “oddałem wszystko”, “nic nie jestem winien”. Oddanie siebie wyrasta z innego korzenia, nie z samej sprawiedliwości, lecz z miłości. Chrystus nauczał ludzkość religii opartej na miłości, która upraszcza drogę od osoby do osoby, od człowieka do Boga (nie pomijając przy tym problemu odpłatności dłużnika). Równocześnie zaś miłość stawia stosunek człowieka do Boga wyżej niż sama sprawiedliwość, ta ostatnia bowiem zupełnie nie idzie w kierunku zjednoczenia osób, podczas gdy miłość właśnie do tego dąży.
Na tle tak pojętego stosunku człowieka do Boga pełnego znaczenia nabiera idea dziewictwa. Pojęcie dziewictwa kojarzy się z pojęciem dziewiczości, “dziewiczy” znaczy tyle co “nietknięty” (w tym sensie mówi się np. o “dziewiczym lesie”). Szczególne zastosowanie znajduje to pojęcie, gdy chodzi o człowieka, o kobietę lub mężczyznę. “Dziewiczy człowiek” znaczy to człowiek nie tknięty przez nikogo, nienaruszony pod względem seksualnym. Dziewiczość znajduje tu swój wyraz nawet w ustroju fizjologicznym kobiety. Współżycie małżeńskie znosi tę cielesną dziewiczość kobiety; z chwilą, kiedy oddaje się ona mężowi, przestaje być “dziewicza”. Ponieważ jednak stosunek małżeński realizuje się pomiędzy osobami, zatem problem dziewiczości ma znaczenie głębsze, nie tylko fizjologiczne. Osoba jako taka jest nieprzekazywalna (alteri incommunicabilis), jest panią siebie samej, należy do siebie, a prócz tego tylko do Stwórcy, na tej zasadzie, że jest stworzeniem. Dziewiczość cielesna jest zewnętrznym wyrazem tego, że osoba należy do siebie tylko i do Stwórcy. Kiedy oddaje siebie drugiej osobie, kiedy kobieta oddaje siebie mężczyźnie we współżyciu małżeńskim, wówczas oddanie to winno mieć pełną wartość miłości oblubieńczej. Kobieta przestaje wtedy być “dziewicza” w sensie cielesnym. Ponieważ oddanie się jest wzajemne, zatem i mężczyzna przestaje być “dziewiczy”. Inna rzecz, iż to oddanie się tylko po stronie kobiety bywa przeżywane jako “oddanie”, mężczyzna przeżywa je raczej jako po “posiadanie”. W każdym razie małżeństwo opiera się na wzajemnej miłości oblubieńczej; bez niego obopólne oddanie się cielesne kobiety i mężczyzny nie posiadałoby pełnego pokrycia w osobach.
W ramach stosunku człowieka do Boga, pojętego jako stosunek miłości, może – a nawet powinna – rozwinąć się postawa oddania się Bogu. Jest ona zrozumiała zwłaszcza wówczas, gdy człowiek religijny ma świadomość, że Bóg w sposób boski i nadprzyrodzony oddaje mu siebie (tajemnica wiary, którą uświadomiło ludzkości objawienie dane przez Chrystusa). Zarysowuje się wówczas możliwość wzajemnej miłości oblubieńczej: dusza ludzka, która jest oblubienicą Boga, sama oddaje mu się wyłącznie. To wyłączne i całkowite oddanie się Bogu jest owocem procesu duchowego, który pod wpływem łaski dokonuje się wewnątrz osoby. Stanowi ono istotę dziewictwa; dziewictwo to miłość oblubieńcza zwrócona ku samemu Bogu. Nazwa “dziewictwo” wskazuje na ścisłe połączenie i związek z dziewiczością. Dziewiczość osoby ludzkiej, kobiety czy mężczyzny, to ów stan, w którym znajduje się ona przez całkowite wyłączenie od współżycia płciowego, od małżeństwa. Osoba bowiem, która wybiera całkowite i wyłączne oddanie się Bogu, łączy je z dziewiczością, którą decyduje się zachować. Dziewiczość osoby oznacza, że jest ona panią samej siebie i nie należy do nikogo prócz Boga-Stwórcy. Dziewictwo akcentuje jeszcze mocniej tę przynależność do Boga: to, co było stanem natury, staje się przedmiotem woli, przedmiotem świadomego wyboru i decyzji.
Dziewictwo jest ściśle związane z dziewiczością. Kiedy oddaje się Bogu – w sposób szczególny – osoba żyjąca w małżeństwie lub taka, która kiedyś w nim żyła, a później owdowiała, nie nazywamy już tego dziewictwem, chociaż samo oddanie się Bogu może być aktem miłości oblubieńczej analogicznie do tego, które tworzy istotę dziewictwa. Nie należy jednak mniemać, iż istota dziewictwa leży w samej tylko cielesnej dziewiczości lub też w stanie bezżeństwa. Dziewiczość jest tylko z jednej strony dyspozycją do dziewictwa, a z drugiej – jego skutkiem. Można do końca życia pozostać w stanie dziewiczym, a nigdy nie uczynić tej dziewiczości dziewictwem. Z drugiej strony jednak człowiek, który wybrał dziewictwo, trwa w nim tak długo, jak długo zachowuje dziewiczość.
Również samo bezżeństwo, czyli celibat (łacińskie coelebs – bezżenny), nie jest tym samym co dziewictwo. Celibat to tylko powstrzymanie się od małżeństwa, które może być podyktowane różnymi względami czy motywami. Tak więc powstrzymują się od małżeństwa te osoby, które zamierzają oddać się pracy naukowej czy w ogóle twórczej, działalności społecznej itp. Powstrzymują się od niego również osoby chore, niezdolne do małżeństwa. Prócz tego istnieje bardzo wiele osób, które bynajmniej nie chciały rezygnować z małżeństwa, niemniej pozostały poza nim. Osobnym zjawiskiem jest celibat kapłański w Kościele katolickim. Stoi on niejako na pograniczu bezżeństwa podyktowanego motywami pracy społecznej (kapłan jest duszpasterzem, winien żyć i pracować dla wielu ludzi, dla całej społeczności, np. parafialnej) i dziewictwa płynącego z miłości oblubieńczej do Boga. Celibat kapłański, który tak ściśle jest związany z oddaniem się sprawom królestwa Bożego na ziemi, postuluje, aby dopełnić go dziewictwem, choć sakrament kapłaństwa mogą otrzymać ludzie, którzy uprzednio żyli już w małżeństwie.
W ogóle istnieje problem późniejszego rozwoju tej postawy duchowej, która stanowi wewnętrzną istotę dziewictwa, tej woli całkowitego i wyłącznego oddania się Bogu – późniejszego, tzn. przychodzącego wówczas, gdy dana osoba nie dysponuje już dziewiczością w znaczeniu cielesnym. Bywa również często tak, że postawa ta wyrasta z wewnętrznego poszukiwania wśród różnych okoliczności życiowych: ktoś stara się rozwiązać problem swojego powołania życiowego w kierunku małżeństwa, nie znajdując jednak rozwiązania w tym kierunku – rezygnuje. Sama rezygnacja z małżeństwa jest jednak rozwiązaniem w znaczeniu tylko negatywnym. W człowieku tkwi potrzeba miłości oblubieńczej, potrzeba oddania się drugiej osobie. Czysto negatywny fakt nieznalezienia takiej osoby może być rozumiany jako swego rodzaju wskazówka: istnieje przecież możliwość oddania się samemu Bogu. Nie bez znaczenia jest tu trudność psychologiczna, która się wówczas wyłania: czyż można oddawać Bogu to, czego “nie udało się” oddać człowiekowi? Jest to trudność o tyle psychologiczna, że małżeństwo, a zwłaszcza dziewictwo wiążące się z miłością oblubieńczą winny być w przekonaniu większości ludzi owocem “pierwszej miłości”, tj. pierwszego wyboru. Ażeby przyjąć możliwość “wtórnego dziewictwa”, trzeba pamiętać, że życie ludzkie może i powinno być p o s z u k i w a n i e m drogi do Boga, drogi coraz lepszej i coraz bliższej.
Według nauki Chrystusa i Kościoła dziewictwo jest taką właśnie drogą. Człowiek wybierając dziewictwo, wybiera samego Boga, nie znaczy to jednak, że wybierając małżeństwo, nie wybiera Boga, lecz tylko człowieka. Małżeństwo oraz związana z nią miłość oblubieńcza człowieka, oddanie się drugiej osobie ludzkiej, rozwiązuje problem tylko w skali życia ziemskiego i doczesności. Samo zjednoczenie osoby z osobą realizuje się wówczas cieleśnie i seksualnie – zgodnie z cielesną naturą człowieka oraz naturalnym kierunkiem oddziaływania popędu seksualnego. Niemniej sama potrzeba oddania się osobie jest głębsza od popędu seksualnego i związana przede wszystkim z duchową naturą osoby. To nie seksualizm wyzwala w kobiecie i mężczyźnie potrzebę wzajemnego oddania się, ale wręcz przeciwnie – potrzeba oddania się, która drzemie w każdej osobie, rozwiązuje się w warunkach cielesnego bytowania i na podłożu popędu seksualnego przez zjednoczenie cielesne i seksualne mężczyzny i kobiety w małżeństwie. Sama jednak potrzeba miłości oblubieńczej, potrzeba oddania się osobie i zjednoczenia z nią, jest głębsza, związana z jej duchowym bytem. Nie znajduje ona ostatecznego i całkowitego zaspokojenia w zjednoczeniu z samym człowiekiem. Rozważane w perspektywie wiecznego bytowania osoby małżeństwo jest tylko pewną próbą rozwiązania problemu zjednoczenia z osobą przez miłość. Faktem jest, że większość ludzi wybiera tę właśnie próbę.
Dziewictwo rozważane w perspektywie wiecznego bytowania osoby jest inną próbą rozwiązania tego problemu. Wyraźniej niż małżeństwo wychodzi ono na spotkanie ostatecznego zjednoczenia z Bogiem osobowym przez miłość, uprzedza je niejako w warunkach doczesnej i cielesnej egzystencji osoby ludzkiej. I w tym leży wysoka wartość dziewictwa. Nie można jej widzieć w samym fakcie negatywnym, tj. w rezygnacji z małżeństwa i życia rodzinnego. Bardzo często wypacza się przez to istotę dziewictwa, uznając je za rozwiązanie narzucone człowiekowi przez los, za udział ludzi zawiedzionych lub niezdolnych do życia małżeńskiego i rodzinnego. O właściwej wartości dziewictwa nie stanowi też, jak się nieraz mniema, sama przewaga wartości duchowych nad cielesnymi. W ujęciu tym życie małżeńskie równałoby się wybraniu tych drugich, w każdym razie one miałyby w małżeństwie przewagę, a dziewictwo służyłoby zaakcentowaniu prymatu ducha nad ciałem i materią. Łatwo przy tym jednak o pomieszanie pewnego pierwiastka prawdy z manichejskim przeciwstawieniem ducha i materii. Małżeństwo bynajmniej nie jest tylko “sprawą ciała”. Jeśli ma posiadać pełną wartość, musi polegać podobnie jak dziewictwo czy celibat na rzetelnym zmobilizowaniu energii duchowych człowieka.
Jeśli chodzi o większą czy mniejszą “łatwość” małżeństwa lub dziewictwa, nie tu trzeba szukać właściwego kryterium w uznaniu wartości jednego i drugiego. Ogólnie biorąc, małżeństwo jest dla człowieka “łatwiejsze” niż dziewictwo, wydaje się bardziej leżeć na drodze jego naturalnego rozwoju, dziewictwo jest raczej czymś wyjątkowym. Ale są niewątpliwie i takie momenty, kiedy łatwiej jest żyć w dziewictwie niż w małżeństwie. Biorąc choćby pod uwagę samą stronę seksualną życia: dziewictwo od początku odsuwa człowieka od życia płciowego, małżeństwo wprowadza w nie, wprowadzając jednak, rodzi pewien nawyk i zapotrzebowanie w tym kierunku. Stąd trudności tego człowieka, który w małżeństwie musi się zdobywać na wstrzemięźliwość (choćby okresowa), mogą być doraźnie większe niż tego, który od początku odsunął się od życia płciowego. Jeśli są takie momenty, kiedy łatwiej jest człowiekowi żyć w dziewictwie niż w małżeństwie, to z pewnością istnieją też ludzie, którym łatwiej jest żyć w dziewictwie niż innym, a trudniej byłoby im żyć w małżeństwie – tak jak z drugiej strony są ludzie, którzy mają raczej dyspozycje do życia małżeńskiego, a zdecydowane przediw-dyspozycje do dziewictwa. Co prawda, same dyspozycje i przeciw-dyspozycje ostatecznie jeszcze nie rozstrzygają. Człowiek gruntownie zaabsorbowany motywami natury ideowej może wydobyć z siebie nieraz nawet taką postać życia, do której nie ma wyraźnych dyspozycji z natury, a czasem nabył przeciw-dyspozycje (przychodzi na myśl np. postać Karola de Foucauld czy św. Augustyna).
Tak tedy o wartości dziewictwa należy wnosić z racji innej niż nawet ta, która ma na względzie prymat ducha nad ciałem i materią. Wartość dziewictwa, owszem, jego wyższość nad małżeństwem, która wyraźnie jest zaakcentowana w Ewangelii, w liście do Koryntian (1 Kor 7) i stale podtrzymywana w nauce Kościoła, leży w tym, że dziewictwo spełnia wyjątkowo ważną funkcję w realizacji królestwa Bożego na ziemi. Królestwo Boże na ziemi realizuje się przez to, że poszczególni ludzie przygotowują się i dojrzewają do wiekuistego zjednoczenia z Bogiem. W zjednoczeniu tym obiektywny swój rozwój osoby ludzkiej osiąga swój szczyt. Dziewictwo – jako płynące z miłości oblubieńczej oddanie osoby ludzkiej samemu Bogu – wychodzi wyraźnie naprzeciw tego wiecznego zjednoczenia z Bogiem i wskazuje ku niemu drogę.

Problem powołania

Wypada w tym miejscu bodaj w kilku słowach nakreślić problem powołania. Pojęcie to jest ściśle związane ze światem osób i z porządkiem miłości. W świecie rzeczy nie ma ono sensu, trudno mówić o powołaniu jakiejś rzeczy, mówi się tylko o funkcjach, jakie poszczególne rzeczy spełniają, służąc takiemu lub innemu celowi. Nie ma też powołań w samym porządku natury, gdzie panuje determinacja, a brak zdolności wyboru i samostanowienia. Tak więc np. trudno mówić w odniesieniu do zwierząt, że spełniają one jakieś “powołanie” podtrzymując w istnieniu swój gatunek, służąc rozrodczości, odbywa się to bowiem na drodze instynktu. Kiedy mówimy o powołaniu, zakładamy zdolność osobistego zaangażowania się względem celu, do czego zdolna jest tylko istota rozumna. Tak więc “powołanie” jest wyłącznie udziałem osób – wkraczamy przez to pojęcie w bardzo interesującą, głęboką dziedzinę życia wewnętrznego człowieka. Może na pierwszy rzut oka związek z nią nie uwydatnia się tak jasno, słowo “powołanie” występuje bowiem najczęściej w znaczeniu administracyjnym i prawniczym. W tym znaczeniu mówi się np. o powołaniu do służby wojskowej lub też o powołaniu na jakieś stanowisko. Poza “powołaniem” stoi wówczas instytucja, nie dostrzega się natomiast człowieka, a zwłaszcza jego życia wewnętrznego. Nawet kiedy mowa o powołaniu kapłańskim, to i tutaj ten moment instytucjonalno-społeczny odgrywa dużą rolę. Rozumie się to powołanie jako wezwanie ze strony danej społeczności religijnej, np. diecezji, do sprawowania funkcji kapłańskich, wyraża się ono zaś w decyzji zwierzchnika tej społeczności, tj. biskupa, który dopuszcza danego kandydata do święceń.
Prócz tego znaczenia wyrazu “powołanie”, znaczenia zewnętrznego, społeczno-instytucjonalnego, istnieje jednak jeszcze drugie: wewnętrzne, osobowe. Do niego należy sięgnąć przy omawianiu problemu powołania. W znaczeniu to słowo “powołanie” wskazuje na to, że istnieje właściwy każdej osobie kierunek jej rozwoju przez zaangażowanie się całym życiem w służbie pewnych wartości. Kierunek ten każda osoba powinna trafnie odczytać przez zrozumienie z jednej strony tego, co w sobie nosi i co mogłaby z siebie innym dać, a z drugiej zaś – czego się od niej oczekuje. Odczytanie tego kierunku własnych możliwości działania i zaangażowanie się zgodnie z nim jest jednym z momentów decydujących, jeśli chodzi o proces kształtowania się osobowości – nie tyle o jej zewnętrzną pozycję wśród ludzi, co przede wszystkim o jej życie wewnętrzne. Na samym odczytaniu kierunku oczywiście się nie kończy, chodzi o to, aby czynnie zaangażować się w tym kierunku całym życiem. I dlatego powołanie oznacza zawsze jakiś główny kierunek miłości danego człowieka. Tam, gdzie się jest powołanym, tam nie tylko trzeba ukochać kogoś, ale i “dać siebie” z miłości. Analizując miłość stwierdziliśmy, że takie dawanie siebie może być najbardziej twórcze dla osoby: najbardziej realizuje ona siebie przez to właśnie, że najbardziej siebie daje.
Proces dawania siebie pozostaje w najściślejszym związku z miłością oblubieńczą. Osoba daje wówczas siebie drugiej osobie. Dlatego zarówno dziewictwo, jak i małżeństwo rozumiane do głębi personalistycznie jest powołaniem. Mówiąc o małżeństwie, trzeba podkreślić tę podstawę światopoglądową, wedle jakiej do niego się odnosimy, od niej bowiem zależy to, czy dostrzeżemy w nim powołanie czy też nie. Dotyczy to zresztą nie tylko małżeństwa, które przy założeniach materialistycznych, czysto “przyrodniczych”, nie może być niczym innym jak zrozumieniem pewnej konieczności zakorzenionej “w ciele i płci”. Również każde inne powołanie traci rację bytu w takim ujęciu rzeczywistości, w którym nie ma właściwie miejsca na osobę. Dziewictwo przy założeniach niepersonalistycznych będzie rozumiane jako prosta konsekwencja warunków-dyspozycji (czy raczej anty-dyspozycji) fizjologicznych i psychologicznych oraz zewnętrznej sytuacji społeczno-ekonomicznej. Powołanie ma rację bytu tylko w ramach personalistycznej wizji ludzkiego bytowania, gdzie świadomy wybór dokonywany przez osoby nadaje kierunek ich życiu i działaniu.
W ewangelicznej wizji ludzkiego bytowania powołanie osoby ludzkiej uzasadnia się nie tylko od wewnątrz. Płynąca z wnętrza osoby potrzeba odczytania głównego kierunku jej rozwoju przez miłość natrafia na obiektywne wezwanie Boga. Jest to ów podstawowy apel Ewangelii wyrażony w przykazaniu miłości oraz w zdaniu “Bądźcie doskonałymi [...]” – wezwanie do doskonałości przez miłość. Wezwanie to jest ogólne. Rzeczą każdego człowieka dobrej woli jest zastosować je do siebie i przez to samo skonkretyzować, przez odczytanie właśnie głównego kierunku życia. Do czego jestem powołany? To znaczy, w jakim kierunku ma pójść rozwój mojej osobowości w świetle tego, co w sobie mam, co mogę z siebie dać, czego ode mnie oczekują inni: ludzie i Bóg? Człowiek wierzący, gruntownie przekonany o prawdziwości i realności ewangelicznej wizji ludzkiego bytowania, zdaje sobie jeszcze sprawę z tego, że ów rozwój osobowości przez miłość nie dokonuje się tylko mocą jego własnych rezerw duchowych. Wzywając do doskonałości, Ewangelia podaje równocześnie do wierzenia prawdę o łasce. Działanie łaski stawia człowieka w orbicie działania Boga, niezgłębionego w swym życiu osobowym, oraz Jego miłości. Chodzi o to, aby odczytując właściwy kierunek rozwoju swej osobowości, a wraz z tym główny kierunek swej miłości, każdy człowiek umiał przez to równocześnie włączyć się w działanie Boga i odpowiedzieć na Jego miłość. Od tego zależy pełnowartościowe rozwiązanie problemu powołania.
Ewangelia wyraźnie wysunęła problem stosunku dziewictwa do małżeństwa (Mt 19, 8; 1 Kor 7). Wedle stałej nauki i praktyki Kościoła dziewictwo realizowane jako świadomie wybrane powołanie życiowe poparte ślubem czystości oraz związane z dwoma innymi ślubami: ubóstwa i posłuszeństwa stwarza szczególnie pomyślne warunki do tego, aby osiągnąć doskonałość ewangeliczną. Ów zespół warunków pochodzących z zastosowania w życiu poszczególnych ludzi, a zwłaszcza we wspólnym życiu, rad ewangelicznych nazywa się stanem doskonałości. “Stan doskonałości” to jednak co innego niż sama doskonałość, którą realizuje każdy człowiek przez to, że stara się w sposób dla swego powołania właściwy wypełnić przykazanie miłości Boga i bliźniego. Może być więc i tak, że człowiek, który znajduje się poza “stanem doskonałości”, jest dzięki spełnianiu tego największego przykazania efektywnie doskonalszy niż ktoś, kto wybrał ten stan. W świetle Ewangelii każdy człowiek rozwiązuje w praktyce problem swego powołania przede wszystkim przez to, że zdobywa się na świadomy osobisty stosunek do największego postulatu zawartego w przykazaniu miłości. Stosunek ten jest przede wszystkim funkcją osoby, stan (małżeństwo, celibat, nawet dziewictwo rozumiane tylko jako “stan” lub jego element) odgrywa w tym rolę drugorzędną.

Ojcostwo i macierzyństwo

Na temat ojcostwa i macierzyństwa była już mowa przy omawianiu stosunku rozrodczości do rodzicielstwa. Rodzicielstwo jest to nie tylko sam fakt zewnętrzny związany z rodzeniem, a zwłaszcza z urodzeniem dziecka i jego posiadaniem, ale jest to również pewien fakt wewnętrzny – postawa, która winna znamianować miłość kobiety i mężczyzny, gdy prowadzą współżycie małżeńskie. Tak więc rodzicielstwo – macierzyństwo u kobiety, ojcostwo u mężczyzny – rozważane na płaszczyźnie osobowej, a nie tylko “przyrodniczej”, jest jakby nową krystalizacją miłości osób, która wyrasta na podłożu dojrzałego już ich zjednoczenia. Nie wyrasta jednak nieoczekiwanie, ale tkwi korzeniami w całym bycie kobiety i mężczyzny. Utrzymuje się nieraz, że zwłaszcza kobieta wykazuje z natury skłonności macierzyńskie tak dalece, iż w małżeństwie raczej szuka dziecka niż mężczyzny. Pragnienie dziecka jest w każdym razie przejawem potencjalnego macierzyństwa. Jeśli występuje ono u mężczyzny, stanowi przejaw potencjalnego ojcostwa.. Wydaje się, że mężczyzna na ogół jest dalszy od tego pragnienia niż kobieta, co można by łatwo wytłumaczyć faktem, że sam jej organizm kształtuje się od początku dla macierzyństwa. Skoro zaś prawdą jest, że fizycznie kobieta staje się matką przez mężczyznę, to “wewnętrznie” (psychicznie i duchowo) ojcostwo mężczyzny kształtuje się dzięki macierzyństwu kobiety. Samo fizyczne ojcostwo mężczyzny nie zajmuje tyle miejsca w jego życiu, a zwłaszcza w jego organizmie, co fizyczne macierzyństwo kobiety w jej życiu i organizmie, dlatego też ojcostwo musi być specjalnie urabiane i wychowywane, aby stanowiło w życiu wewnętrznym mężczyzny pozycję tak samo ważną jak macierzyństwo w wewnętrznym życiu kobiety: same fakty biologiczne jej to poniekąd narzucają.
Mówimy w tej chwili o ojcostwie i macierzyństwie w znaczeniu przede wszystkim cielesnym, biologicznym. Polega ono na posiadaniu dziecka, któremu dało się życie, przekazało istnienie (procreatio). W fakcie tym wyraża się pewna naturalna doskonałość bytu: to, że może on dawać życie innemu, podobnemu do siebie, w pewien sposób uwydatnia własną jego wartość, zgodnie ze znanym łacińskim powiedzeniem: “Bonum est diffusivum sui”, na które chętnie powoływał się św. Tomasz i inni myśliciele chrześcijańscy. Dlatego też doskonale jest zrozumiałe to pragnienie dziecka, które dochodzi do głosu nie tylko u kobiety, ale również u mężczyzny. Oczekuje on tego dziecka od kobiety – i dlatego bierze ją w swoją opiekę (matris-munus) przez małżeństwo. Oboje znajdują w rodzicielstwie potwierdzenie swej dojrzałości nie tylko fizycznej, ale również duchowej i zapowiedź przedłużenia własnej egzystencji. Kiedy każde z nich zakończy życie przez śmierć ciała, będzie nadal żyło ich dziecko, “ciało z ich ciała”, ale przede wszystkim człowiek-osoba, którą oni oboje uformowali również od wewnątrz, ukształtowali w niej to, co głównie stanowi o osobowości. Osoba bowiem poniekąd bardziej jest “wnętrzem” niż “ciałem”.
W tym miejscu dochodzimy do istoty nowego zagadnienia. Ojcostwo i macierzyństwo w świecie osób stanowczo nie ogranicza się do funkcji biologicznej, do przekazania życia. Sięga ono wiele głębiej – tak głęboko, jak głęboko musi sięgnąć, skoro ten, kto przekazuje życie biologiczne, ojciec czy matka, jest osobą. Ojcostwo i macierzyństwo w świecie osób to znamię szczególnej doskonałości duchowej. Polega ono zawsze na jakimś “rodzeniu” w sensie duchowym, na kształtowaniu dusz. I dlatego owo ojcostwo i macierzyństwo duchowe ma zasięg o wiele szerszy niż cielesne. Ojciec i matka, którzy dali dzieciom samo życie biologiczne, muszą z kolei żmudnym wysiłkiem dopełnić swe rodzicielstwo ojcostwem i macierzyństwem duchowym przez wychowanie. To ostatnie jednak jest udziałem również innych ludzi poza nimi, rodzice muszą tutaj poniekąd dzielić się z innymi, a raczej umiejętnie włączać w swoje wychowanie to wszystko, co mogą ich dzieci wziąć od innych w znaczeniu cielesnym, duchowym, moralnym, wewnętrznym.
Ojcostwo i macierzyństwo duchowe jest cechą charakteryzującą dojrzałą wewnętrzną osobowość mężczyzny i kobiety. To duchowe ojcostwo jest o wiele bardziej podobne do macierzyństwa duchowego niż ojcostwo cielesne do cielesnego macierzyństwa. Dziedzina ducha stoi poza zasięgiem płci. Apostoł Paweł nie zawahał się napisać – mając na myśli swe duchowe ojcostwo względem Galatów: “Dzieci moje, które bolejąc rodzę [...]” (Ga 4, 19). Rodzenie duchowe jest symptomem dojrzałości osoby i jakiejś pełni, które chce się rozdać innym (“Bonum est diffusivum sui”). Szuka więc “dzieci”, tj. innych ludzi, zwłaszcza młodszych, którzy wezmą to, co chce dać. A ci, którzy biorą, stają się przedmiotem szczególnej miłości – podobnej jak miłość rodziców do dzieci – poniekąd znów dlatego, że w nich będzie dalej żyło to, co dojrzało w duchowym ojcu lub matce. Tak więc możemy zauważyć różne przejawy tego duchowego ojcostwa i różne krystalizacje tej miłości, która z nim się wiąże, np. miłość dusz u duchownych, miłość uczniów u uczonych. Pokrewieństwo duchowe oparte na związkach dusz jest często silniejsze niż pokrewieństwo wynikłe z samych związków krwi. W duchowym ojcostwie czy macierzyństwie zawiera się jakieś przekazanie osobowości.
Ojcostwo i macierzyństwo duchowe jako symptom wewnętrznej dojrzałości osoby ludzkiej jest celem, do którego w jakiś sposób (sposoby będą bardzo różne) jest powołany każdy człowiek, mężczyzna i kobieta, również poza małżeństwem. Powołanie to mieści się poniekąd w ewangelicznym powołaniu do doskonałości, które jako najwyższy jej wzór wskazuje “Ojca”. Człowiek więc szczególnie wówczas uzyskuje podobieństwo do Boga-Stwórcy, kiedy w nim także ukształtuje się owo przede wszystkim duchowe ojcostwo-macierzyństwo, jakiego Bóg jest pierwowzorem. Trzeba o tym powiedzieć przy końcu książki, która z problematyką rodzenia i rodzicielstwa dość ściśle się łączy. “Ojciec” i “matka” w świecie przyrody to dwa osobniki różnej płci, którym zawdzięcza swe życie biologiczne nowy osobnik tegoż samego gatunku. “Ojciec” i “matka” w świecie osób to poniekąd zrealizowane ideały, wzory dla innych osób, tych mianowicie, które mają się osobowo kształtować i rozwijać w sferze ich wpływu. W ten sposób porządek natury zatrzymuje się przy faktach, które w jego obrębie są skończone i ostateczne, ale w świecie osób otwierają się na nowo sięgając po nową treść – taką, której w samym porządku natury nie znajdują. Ewangelia uczy, że mają tę treść zaczerpnąć z samego Boga.
Każda natomiast próba wyzucia ludzkiej wielkości z elementów duchowego ojcostwa i macierzyństwa, jako też każda próba zepchnięcia ojcostwa i macierzyństwa poza margines społecznej ważności jest przeciwna naturalnym drogom rozwoju człowieka.


Odwiedzin :