Problematyka wstrzemięźliwości


Opanowanie i obiektywizacja

W części pierwszej niniejszego rozdziału zwrócono uwagę na to, że praktykowanie cnoty czystości wiąże się bardzo ściśle z tą cnotą kardynalną, którą św. Tomasz z Akwinu określił – za Arystotelesem – jako temperantia. Cnota ta ma miarkować poruszenia pożądliwości ciała, stąd też pochodzi jej nazwa w języku polskim – “umiarkowanie”. W dziedzinie seksualnej należy zwrócić szczególną uwagę na tę dyspozycję do cnoty umiarkowania, jaką stanowi opanowanie. Człowiek czysty to właśnie człowiek “opanowany”. Arystoteles i Tomasz z Akwinu znali pojęcie opanowania (continentia). Człowiek winien panować nad pożądliwością ciała, winien ją opanowywać wówczas, kiedy się w nim odzywa i domaga zaspokojenia wbrew rozumowi, wbrew temu, co rozum uznaje za słuszne, za prawdziwie dobre, przyjmuje się bowiem, że rozum zna obiektywny porządek natury, w każdym razie może i powinien go znać. W ten sposób zgodność z rozumem jest równocześnie warunkiem realizacji tego porządku i warunkiem godziwości działania. “Godziwe” jest właśnie to, co odpowiada rozumowi, co więc jest godne istoty rozumnej, osoby. Zasada godziwości w działaniu stanowi merytoryczne przeciwieństwo zasady użyteczności, wysuniętej przez utylitarystów. Tak więc godne osoby jest opanowanie pożądliwości ciała. Jeśli osoba tego nie czyni, naraża na szwank swoją naturalną doskonałość, pozwala działać w sobie temu, co jest od niej niższe i zależne, co więcej – sama siebie od tego uzależnia.
Takie postawienie sprawy opanowania wynika przede wszystkim z tendencji perfekcjorystycznych w etyce. Nie kłócą się one z całokształtem naszych rozważań, choć główny akcent jest tutaj położony na miłość osoby i w tym też kierunku idzie cała analiza czystości oraz jej “rehabilitacja”. Opanowanie pożądliwości ciała ma więc na celu nie tylko doskonałość tej osoby, która się na nie zdobywa, ale ma na celu realizację miłości w świecie osób, a przede wszystkim we wzajemnych stosunkach osób różnej płci. Opanowując pożądliwość ciała, musi człowiek powściągnąć poruszenia zmysłowej władzy pożądawczej (appetitus concupiscibilis), a tym samym miarkować różnorodne czucia czy też uczucia, które łączą się z tymi poruszeniami, bo towarzyszą reakcjom zmysłowości. Wiadomo zaś, że stąd właśnie rodzą się uczynki, czyny wewnętrzne lub zewnętrzne, które łatwo mogą kolidować z zasadą miłowania osoby będąc tylko jej używaniem, gdyż opierają się na samej wartości seksualnej.
Jeśli chodzi o zmysłowość i związaną z nią naturalną dynamikę czuć i uczuć zmysłowych (Tomaszowe passiones animae), to Arystoteles ogromnie trafnie zauważył, że istnieją w tej dziedzinie takie różnice pomiędzy poszczególnymi ludźmi, które nakazują mówić z jednej strony o nadpobudliwości zmysłowej, hyper-sensibilitas, z drugiej zaś – o hypo-sensibilitas, tj. o niedostatecznej, nienaturalnie obniżonej pobudliwości. Ponieważ od zmysłów odróżniliśmy uczuciowość jako zdolność do reakcji o innym zabarwieniu treściowym i o innym też nastawieniu kierunkowym, zatem paralelnie możemy mówić o nadwrażliwości uczuciowej oraz o niedostatecznej, o nienaturalnie obniżonej wrażliwości.
Pozostaje jeszcze do omówienia problem umiaru, który znów sugeruje samo słowo “umiarkowanie”. Przyjmując realistyczną koncepcję człowieka, godzimy się z tym, że zarówno pobudliwość zmysłowa, jak i wrażliwość uczuciowa jest w nim czymś naturalnym, czyli zasadniczo zgodnym z naturą, a przez to samo też zasadniczo nie sprzeciwia się realizacji miłości w świecie osób, zwłaszcza zaś w tej miłości, która łączy kobietę i mężczyznę. W świetle tego stanowiska wypada też rozwiązać problem owego umiaru, bez którego nie ma cnoty czystości we wzajemnym odnoszeniu się osób. Umiarem nazwiemy zdolność znajdowania takiej “miary” w opanowaniu pobudliwości zmysłowej i wrażliwości uczuciowej, która w każdym konkretnym wypadku, w każdej konfiguracji czy też sytuacji między-osobowej najlepiej pomaga realizacji miłości, omijając równocześnie niebezpieczeństwo wyłącznego nastawienia się na używanie, które – jak wiadomo – bardzo łatwo przyłącza się nie tylko do reakcji zmysłowości, ale nawet do uczuciowości.
Umiar ów nie utożsamia się jednak bynajmniej z jakąś “mierną” pobudliwością czy też “mierną” wrażliwością uczuciową. W takiej supozycji ci ludzie, którzy odznaczają się niedostateczną pobudliwością lub wrażliwością, “hypo-sensybilini”, tym samym byliby już umiarkowani. Umiarkowanie jednak to nie mierność, lecz zdolność utrzymania równowagi wśród poruszeń pożądliwości ciała. Chodzi zaś o to, aby owa równowaga tworzyła w dziedzinie zmysłowo-uczuciowej stałą “miarę” wewnętrzną, miarę czynów, a poniekąd też miarę przeżyć. Cnota jest najściślej związana z taką miarą, w niej się objawia, jest ona poniekąd stałą funkcją umiaru, którego nie pojmujemy w sposób sztywny, u różnych osób kształtuje się on bowiem różnie – w zależności od naturalnych dyspozycji w tej dziedzinie. Sama istota umiaru jest czymś jednoznacznym: kto go nie osiągnął, nie jest opanowany i umiarkowany – nie jest czysty. Natomiast formy realizacji tego umiaru będą różne, w zależności od różnorodnych dyspozycji wewnętrznych, warunków zewnętrznych, stanu czy kierunku powołania życiowego itp.
Trudno mówić o tych różnorodnych formach opanowania w dziedzinie seksualnej – opanowania, bez którego nie podobna być czystym. Można natomiast podjąć próbę scharakteryzowania głównych metod jego realizacji. Często słyszy się tutaj słowo “wstrzemięźliwość”. Sugeruje ono, iż podstawowa metoda, która słowo to określa, ma coś wspólnego z czynnością powstrzymywania. Obrazuje nam to doskonale te dobrze znane sytuacje wewnętrzne, w których osoba przeżywa coś w rodzaju inwazji znajdującej swe główne ośrodki dyspozycyjne w zmysłowości, w pożądliwości ciała lub też (pośrednio) w naturalnej uczuciowości. Wyrasta wówczas potrzeba defensywy, która rodzi się w samej rozumnej istocie osoby. Osoba broni się przed inwazją, która przychodzi od strony zmysłowości i pożądliwości ciała, broni się zaś przede wszystkim dlatego, że godzi ona w jej naturalną władzę samostanowienia. Osoba bowiem sama musi “chcieć”, nie powinna dopuszczać do tego, aby z nią coś niedobrego “się działo”. Dalsza racja tej naturalnej defensywy osoby leży już w porządku wartości. Na nim to właśnie opiera się opanowanie. Opanowanie jest mocno związane z naturalną dla osoby potrzebą panowania nad sobą.
Zwrócono już jednak poprzednio uwagę na to, że pełnego znaczenia cnoty nie posiada samo tylko hamowanie poruszeń pożądliwości ciała czy też reakcji zmysłowości przez spychanie do podświadomości tych treści, które one z sobą niosą. Czystość nie polega na metodycznym deprecjonowaniu wartości “ciała i płci”, tak jak z drugiej strony nie utożsamia się też z jakimś niezdrowym lękiem, który może budzić się wobec nich nawet odruchowo. Nie są to symptomy siły wewnętrznej, ale raczej słabości. Cnota zaś musi być siłą ducha ludzkiego. Siła ta płynie w ostatecznej instancji z rozumu, który “widzi” istotną prawdę o wartościach, a wartość osoby i miłość stawia ponad wartości sexus oraz ponad związane z nimi użycie. Ale właśnie dlatego czystość nie może polegać na “ślepej” powściągliwości. Powściągliwość, sprawność powściągania wolą pożądliwości ciała, zdolność skutecznego moderowania czuć związanych z reakcjami zmysłowości, a nawet uczuciowości, jest nieodzowną metodą opanowania, ale nie stanowi jeszcze o pełnej realizacji cnoty. Przede wszystkim powściągliwość nie może być sama dla siebie celem. Wynika to choćby z ogólnej analizy wartości oraz stosunku człowieka do nich. Wartością w znaczeniu przedmiotowym nazywamy to wszystko, ku czemu człowiek się otwiera swym życiem wewnętrznym, do czego dąży w swym działaniu. Samo więc tylko odcięcie się od jakichś wartości, np. od tych, ku którym zwraca się z natury zmysłowość czy uczuciowość, nie rozwija osoby, jeśli nie wypływa z uznania obiektywnego porządku związanego z przeżyciem prawdy o wartościach. Jest konieczne przynajmniej takie uznanie, jeśli nie można nawet mówić wręcz o “przeżyciu prawdy” w stosunku do wartości. Na tym właśnie polega metoda obiektywizacji. Sama “ślepa” powściągliwość nie wystarcza. Nie ma dojrzałej wstrzemięźliwości bez uznania obiektywnego porządku wartości: wartość osoby stoi ponad wartościami sexus. Chodzi zaś w tym wypadku o uznanie praktyczne, tj. takie, które ma wpływ na działanie. Podstawowym warunkiem opanowania w dziedzinie seksualnej jest to, aby uznanie wyższości osoby nad sexus mogło dojść do głosu wówczas, gdy zmysłowość, a także (pośrednio) uczuciowość reagują przede wszystkim na wartości seksualne. Można by tutaj mówić o jakiejś implantacji wartości osoby wśród przeżycia, które intensywnie zajmuje całą świadomość wartościami sexus. To pierwszy krok na drodze realizacji czystości: powściągliwość, podporządkowana tak pojętej obiektywizacji potrzebna jest po to, aby wśród wartości, za którymi opowiadają się zmysły, mogła dotrzeć do świadomości wartość osoby, za którą opowiada się rozum.
Z kolei zaś chodzi o to, aby wartość osoby niejako “objęła prowadzenie” w całym przeżyciu. Wtedy powściągliwość nie jest już “ślepa”. Nie kończy się na samym zahamowaniu i odcięciu, ale następuje wraz z nim także pewne nowe “otwarcie” w świadomości i woli – otwarcie w stronę wartości, która równocześnie jest prawdziwa i wyższa. Dlatego obiektywizacja ściśle łączy się z sublimacją.
W jakim stosunku pozostaje metoda obiektywizacji do konieczności powściągania poruszeń zmysłowych lub zmysłowo-uczuciowych? Obiektywizacja nie zwalnia od tej konieczności, gdyby ktoś tylko “obiektywizował”, tj. obiektywnie i trafnie ujmował wartość osoby w stosunku do wartości sexus, a nie powściągał przy tym poruszeń pożądliwości ciała, to żadną miarą nie można by go nazwać opanowanym ani czystym. Byłaby to jakaś teoria bez praktyki. Sama obiektywizacja bez powściągliwości nie stanowi jeszcze cnoty, natomiast powściągliwość dopiero dzięki obiektywizacji nabiera znaczenia pełnowartościowej cnoty. Człowiek jest bowiem istotą tak zbudowaną wewnętrznie, że poruszenia pożądliwości ciała nie ustępują z niego całkowicie, gdy tylko zostaną powściągnięte siłą woli – ustępują wtedy tylko jakoś powierzchownie; aby znikły zupełnie, musi człowiek wiedzieć, “dlaczego” je powściąga. Można pod to “dlaczego” podstawić sam zakaz, jakieś, “bo nie wolno”, ale to nie rozwiązuje sprawy dość gruntownie, toteż nie stanowi jeszcze prawdziwej obiektywizacji. Można o niej mówić dopiero wówczas, kiedy zostanie postawiona przed wolą taka wartość, która w pełni tłumaczy konieczność powściągnięcia tego, co zbudziło się w pożądliwości ciała i w zmysłowości. W miarę jak świadomość ta opanowuje świadomość i wolę , wola się uspokaja i wyzwala do znamiennego poczucia “straty”. Jest to bowiem fakt znany z doświadczenia wewnętrznego, że praktykowaniu opanowania i cnoty czystości towarzyszy – zwłaszcza we wcześniejszych fazach jej rozwoju – poczucie jakiejś straty, rezygnacji z wartości. Poczucie to jest zjawiskiem naturalnym, wskazuje ono na to, jak mocnym jest refleks pożądliwości ciała i świadomości woli. W miarę jak rozwija się w nim prawdziwa miłość osoby, refleks ten słabnie, wartości bowiem wracają na swe właściwe miejsce. Tak więc cnota czystości i miłość osoby warunkują się wzajemnie.
Sprawa sublimacji uczuć spełnia w całym tym procesie ważną rolę – powiedziano już przed chwilą: obiektywizacja łączy się ściśle z sublimacją. Pewna możliwość sublimacji uczuć istnieje już dzięki temu, że reakcja na osobę drugiej płci rodzi się nie tylko na gruncie zmysłowości, ale też uczuciowości. W związku z tym zmysłowa namiętność może ustąpić przed inną formą zaangażowania emocjonalnego, w której nie zawiera się owo znamienne dla zmysłowości nastawienie “na przedmiot użycia”. Czy jednak sama uczuciowość jest zdolna wyprzeć zmysłowość i ukształtować stosunek do drugiego człowieka w orbicie swoich reakcji i swego nastawienia? Że jest to nastawienie inne od tego, jakie dominuje w zmysłowości, to już wiadomo. Pragnienie nie odnosi się wówczas do samego użycia zmysłowo-cielesnego; jest to daleko bardziej pragnienie bliskości człowieka drugiej płci. Jeśli jednak wszystko pozostawimy biegowi samorzutnych reakcji, należy się raczej liczyć z niebezpieczeństwem obsunięcia (bodaj wtórnego) z płaszczyzny uczuciowości na płaszczyznę zmysłowości. O sublimacji uczuć trudno pomyśleć bez udziału refleksji i cnoty.
Uczuciowość może jednak odegrać w całym procesie sublimacji ważną rolę pomocniczą, Trzeba bowiem, by wartość osoby nie tylko była rozumiana “na zimno”, ale także odczuta. Samo abstrakcyjne pojęcie osoby nie rodzi jeszcze odczucia wartości osoby. W ogóle odczucie wartości osoby w pełnym jej metafizycznym znaczeniu zdaje się wyrastać ponad górną granicę naszego życia emocjonalnego, rozwija się ono natomiast w parze z uduchowieniem życia wewnętrznego. Otóż na drodze do tego odczucia można wykorzystać to, co tkwi właśnie w uczuciowości. Zdolność spontanicznego reagowania na wartość “człowieka drugiej płci”, na “kobiecość” czy “męskość”, zespolona z tendencją do jakiejś idealizacji wokół tych wartości może być stosunkowo łatwo sprzęgnięta w przeżyciu z pojęciem osoby tak, że cały samorzutny dla uczuciowości proces idealizacji emocjonalnej rozwinie się już nie wokół tych wartości “kobiecość”-“męskość”, ale właśnie wokół wartości osoby dojrzewającej równocześnie w umyśle na drodze refleksji. W ten sposób cnota czystości zyskuje dla siebie również pewne oparcie w sferze emocjonalnej.
O to zresztą chodzi w dobrze pojętej praktyce owej cnoty, jak na to wskazał już Arystoteles i Tomasz z Akwinu. Jeden i drugi podkreślali, że w stosunku do zmysłowo-uczuciowej sfery wewnętrznego życia człowieka należy stosować odpowiednią taktykę czy nawet jakąś dyplomację (principatus politicus); sama metoda imperatywu niewiele tutaj daje, może nawet sprowadzić skutki wręcz przeciwne do zamierzonych. Takie postawienie sprawy jest dowodem wielkiego doświadczenia i mądrości życiowej. Istotnie, każdy człowiek musi w sobie samym odpowiednio rozegrać te energie, które drzemią w jego zmysłowości i uczuciowości, tak aby stały się one sprzymierzeńcami w dążeniu do prawdziwej miłości, mogą bowiem być, jak wiadomo, także jej wrogami. Ta umiejętność czynienia potencjalnych wrogów sprzymierzeńcami jest może bardziej jeszcze znamienna dla istoty opanowania oraz cnoty czystości niż sama “czysta” powściągliwość. W tym zawiera się pierwsza część tej specyficznej problematyki, którą tutaj, zgodnie z najczęstszym sposobem wyrażania się, nazwaliśmy problematyką wstrzemięźliwości (ciąg dalszy jej omówienia w rozdziale następnym) w analizie moralności małżeńskiej. Część druga dotyczy wzajemnego stosunku czułości i zmysłowości – przebiega ona paralelnie do pierwszej; czasami zdaje się z nią spotykać, nie utożsamiając się z nią jednak. Omówimy ją z kolei.

Czułość a zmysłowość

Należy tutaj jeszcze rozważyć zagadnienie czułości, wyrasta ona bowiem także z uczuciowości i kształtuje się na podłożu owych uczuć o charakterze pożądawczym, o których kilkakrotnie już była tutaj mowa. Posiada jednak całkowicie swoiste znaczenie i spełnia swoistą rolę w życiu ludzkim, a zwłaszcza we współżyciu mężczyzny i kobiety – sublimacja ich wzajemnego stosunku w dużej mierze opiera się na czułości. Dlatego jej rolę musimy sobie obecnie wyjaśnić.
Przeżywamy czułość wobec jakiejś osoby (czy też nawet wobec jakiejś istoty nierozumnej, np. zwierzęcia czy rośliny) wówczas, gdy sobie uświadamiamy w pewien sposób jej łączność z nami. Świadomość wspólnoty w istnieniu i działaniu, radości czy cierpieniu każe nam z czułością myśleć nie tylko o innych ludziach, ale także np. o zwierzętach, które dzielą nasz los. Ogarnia nas czułość wobec tych różnych jestestw, z którymi czujemy się tak zespoleni, że możemy niejako wczuć się w ich stan wewnętrzny i przeżyć ten sam stan na terenie własnego wewnętrznego “ja”. Czułość bardzo blisko graniczy ze współ-odczuwaniem (nie ze współczuciem, które raczej można uznać za następstwo czułości, choć czasem rodzi się w człowieku niezależnie od niej). Niejednokrotnie owo wczuwanie się w stan wewnętrzny drugiej osoby jest bodaj częściowo fikcyjne, tak np. gdy przypisujemy zwierzęciu takie przeżycia “wewnętrzne”, jakie są tylko naszym “ludzkim” udziałem, gdy myślimy o “krzywdzie” zdeptanych czy złamanych roślin. Człowiek słusznie dostrzega swój związek i zespolenie z całą przyrodą, z natury jednak najbliższy mu jest związek i zespolenie z innymi ludźmi – i dlatego też w nim tkwi szczególna podstawa czułości. W stosunku człowieka do człowieka zachodzi przy tym szczególna możliwość, a zarazem potrzeba wczuwania się w jego przeżycia i stany wewnętrzne, w całe życie jego duszy, oraz możliwość, a także potrzeba, sygnalizowania mu tego. Są to właśnie funkcje czułości.
Czułość jest nie tylko wewnętrzną zdolnością współ-odczuwania, uczuleniem na cudze przeżycia i stany duszy drugiej osoby. Wszystko to zawiera się w czułości, ale nie stanowi jeszcze jej istoty, w której wyraża się tendencja do objęcia własnym uczuciem tych cudzych przeżyć i stanów duszy drugiej osoby. Tendencja ta wyraża się na zewnątrz, zachodzi bowiem potrzeba zasygnalizowania drugiemu “ja” własnego przejęcia się jego przeżyciami czy stanami wewnętrznymi, tak aby ten drugi człowiek odczuł, że ja to wszystko podzielam, że również przeżywam. Czułość, jak widać, wyrasta z odczucia sytuacji wewnętrznej drugiej osoby (a pośrednio także i zewnętrznej, wewnętrzna bowiem wśród niej się kształtuje) i zmierza do czynnego zakomunikowania własnej bliskości względem tamtej osoby oraz jej sytuacji. Bliskość ta wypływa z zaangażowania uczuciowego; analiza uczuciowości przeprowadzona w rozdziale poprzednim wskazała na to, że uczuciowość uzdalnia do przeżycia bliskości względem drugiego “ja”: uczucie z natury przybliża człowieka do człowieka. Na tym tle rodzi się też potrzeba czynnego zakomunikowania bliskości i dlatego czułość wyraża się w pewnych uczynkach zewnętrznych, które przez sam swój charakter odzwierciedlają owo wewnętrzne przybliżenie do drugiego “ja”. Mogą to być uczynki bardzo różnorodne w swym zewnętrznym wyglądzie, we wszystkich jednak chodzi o to samo: wspólne jest ich wewnętrzne znaczenie. Na zewnątrz wyraża się to więc np. w jakimś przygarnięciu drugiego człowieka, objęciu czy choćby wzięciu pod ramię (co zresztą może być tylko formą pomagania drugiemu człowiekowi; co innego jednak tzw. chodzenie pod rękę), również w pewnych formach pocałunku. Są to czynne przejawy czułości. Sama gotowość ich odbierania nie dowodzi jeszcze w całej pełni wzajemności uczucia, dowodzi tylko, że nie istnieje żaden sprzeciw uczuciowy wobec tej osoby, która w taki sposób zewnętrzny daje wyraz swej czułości. Czułość leży w wewnętrznym odniesieniu uczuciowym, a nie w samych przejawach zewnętrznych, te ostatnie bowiem mogą być czymś czysto konwencjonalnym i publicznym. Czułość natomiast jest zawsze czymś osobistym, wewnętrznym, własnym – w pewnej przynajmniej mierze ucieka przed wzrokiem innych, jest wstydliwa. Może się swobodnie objawić tylko wobec tych, którzy ją właściwie rozumieją i odczuwają.
Należy bardzo wyraźnie odgraniczyć czułość i różne formy zewnętrzne czułości od różnych form zaspokajania zmysłowości. Całkowicie różne jest źródło, z którego płyną jedne i drugie, o co innego też w nich chodzi. Zmysłowość z natury jest nastawiona na “ciało jako możliwy przedmiot użycia seksualnego” i naturalną drogą zmierza do zaspokojenia tej potrzeby użycia, mówimy wówczas o wyżywaniu się pod względem seksualnym. Czułość natomiast wypływa z uczuciowości i reakcji na “człowieka drugiej płci”, która jest dla niej znamienna. Nie wyraża się w niej pożądanie, ale raczej życzliwość i oddanie drugiemu człowiekowi. Oczywiście, że i w niej dochodzi do głosu jakaś potrzeba zaspokojenia uczuciowości, ale potrzeba ta ma zasadniczo inny charakter niż potrzeba zaspokojenia zmysłowości. Uczuciowość jest bardziej skoncentrowana na “człowieku”, nie na “ciele i płci”, chodzi w niej bezpośrednio nie o “użycie”, lecz o “przeżycie bliskości”.
Wszystko to zasługuje jak najbardziej na podkreślenie. Czułość zarówno w swej wewnętrznej orientacji, jak i w zewnętrznych przejawach różni się od zmysłowości i od użycia zmysłowego tak, że nie można jednej do drugiej sprowadzać i jednej z drugą utożsamiać. Uczynki, zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne, które mają swe źródło w czułości, domagają się zupełnie innej kwalifikacji etycznej niż te, których źródłem jest zmysłowość i wola użycia seksualnego. Czułość w odróżnieniu od nich może być zupełnie bezinteresowna, wówczas gdy przede wszystkim zaznacza się w niej wzgląd na drugiego człowieka, na jego sytuację wewnętrzną. Bezinteresowność ta ustępuje, w miarę jak różne przejawy czułości służą przede wszystkim potrzebie zaspokojenia własnej uczuciowości. Ale i to ostatnie może być jeszcze wartościowe, o ile przynosi z sobą przeżycie bliskości człowieka w stosunku do człowieka, zwłaszcza gdy ta bliskość jest potrzebna jednemu i drugiemu. Pewna “bezinteresowność” mieści się w ludzkiej miłości, nie przekreślając zresztą w niczym jej właściwego charakteru, jak wykazała to jej analiza metafizyczna. Człowiek każdy jest dobrem ograniczonym i dlatego też zdolnym do ograniczonej tylko bezinteresowności.
Istnieje zatem problem wychowania czułości, i to jako część problemu wychowania miłości “w” mężczyźnie i kobiecie, a w konsekwencji “między” nimi. Problem ten mieści się w granicach problematyki wstrzemięźliwości. Czułość bowiem domaga się pewnej czujności zwróconej ku temu, aby różnorodne jej przejawy nie nabrały innego znaczenia, nie stały się tylko formami zaspokajania zmysłowości i wyżycia seksualnego. Dlatego czułość nie obejdzie się bez wyrobionego opanowania wewnętrznego, które w tym ujęciu staje się wykładnikiem wewnętrznej subtelności i delikatności względem osoby drugiej płci. Podczas gdy sama zmysłowość pcha w stronę użycia, a człowiek wyłącznie nią opanowany nie widzi nawet, że może być jakiś inny sens i inny “styl” obcowania mężczyzny i kobiety, czułość objawia niejako ten sens i umożliwia ten “styl” wzajemnego obcowania, a z kolei czuwa nad tym, aby go nie zagubić.
Czy można mówić o “p r a w i e d o c z u ł o ś c i”? Wyrażenie to trzeba rozumieć z jednej strony jako prawo do odbierania czułości, z drugiej zaś – jako prawo do jej okazywania. Tendencyjnie i w tym drugim wypadku mówimy o “prawie”, a nie o obowiązku, choć nie ulega wątpliwości, że istnieje czasem również pewnego rodzaju obowiązek okazywania czułości drugiemu człowiekowi. I tak prawo do czułości mają ci wszyscy ludzie, którym jest ona szczególnie potrzebna, np. słabi, chorzy, cierpiący w jakikolwiek sposób, również moralnie. Zdaje się, że szczególne prawo do czułości mają dzieci, dla których (zresztą nie tylko dla nich) czułość jest naturalnym sposobem objawiania miłości. Ale dlatego też trzeba w te – zewnętrzne zwłaszcza – przejawy czułości wprowadzić jedną jedyną miarę, mianowicie miarę miłości osoby. Istnieje bowiem również niebezpieczeństwo podsycenia egoizmu tą drogą. Może się do tego przyczynić przesadna czułość, czułość, która osobie okazującej ją służy przede wszystkim do zaspokajania własnej uczuciowości, a nie liczy się z obiektywną potrzebą i dobrem drugiego człowieka. Dlatego prawdziwa ludzka miłość, miłość “do” osoby i miłość “pomiędzy” osobami, musi łączyć w sobie dwa momenty: czułości i pewnej twardości. W przeciwnym razie zatraci swój zdrowy i jędrny profil wewnętrzny, zamieni się w bezowocne rozczulenie i miękkość. Nie wolno zapominać, że miłość człowieka musi zawierać w sobie również pewne elementy walki – walki o tego właśnie człowieka, o jego prawdziwe dobro.
Owszem, sama czułość zyskuje na wartości przez to, że jest zespolona z pewną twardością i “zasadniczością”w postawie woli. Czułość zbyt łatwa, zwłaszcza tzw. czułostkowość, nie budzi głębokiego zaufania, wręcz przeciwnie, budzi podejrzenie, że człowiek w ten sposób czuły szuka w przejawach czułości samego zaspokojenia swej uczuciowości, a może nawet zmysłowości i chęci użycia. I dlatego też te tylko formy czułości mają swe moralne uzasadnienie, które znajdują pełne, dojrzałe pokrycie w miłości osoby, w tym, co naprawdę łączy człowieka z człowiekiem. To zrozumiałe – czułość ma jedyną rację bytu w miłości. Poza nią nie mamy “prawa” do jej okazywania ani też do jej odbierania, jej przejawy zewnętrzne są wówczas zawieszone w próżni.
Uwagi te mają szczególne zastosowanie, jeśli chodzi o wzajemne odniesienie kobiety i mężczyzny. Tutaj szczególnie trzeba wymagać, aby różne formy czułości miały gruntowne pokrycie w prawdziwej miłości osoby. Należy się bowiem liczyć z tym, że miłość kobiety i mężczyzny kształtuje się w ogromnej mierze z tego potencjału, jaki kryją w sobie zmysłowość i uczuciowość, domagające się zaspokojenia, nasycenia. Stąd różne formy czułości łatwo mogą odbiegać od miłości osoby, a zbliżać się w stronę egoizmu zmysłów czy choćby egoizmu uczucia. Prócz tego zewnętrzne przejawy czułości mogą stwarzać pozory miłości, takiej miłości, jakiej naprawdę nie ma. Mężczyzna uwodziciel posługuje się z reguły różnymi metodami czułości, podobnie kobieta kokietka stara się grać na zmysłach, chociaż w jednym i drugim wypadku brak prawdziwej miłości osoby. Abstrahując jednak od faktów jakiejś “zabawy w miłość”, która różnie bywa nazywana (flirt, romans itp.), trzeba zwrócić uwagę na to, że każda miłość między kobietą a mężczyzną, również ta, która w intencji obojga ma być prawdziwa i uczciwa, rozwija się na ogół w ten sposób, że jej profil subiektywny narasta szybciej niż obiektywny. Różne elementy jej psychologicznej struktury niejako wcześnie kiełkują, podczas gdy sama jej etyczna istota musi dojrzewać stopniowo i z wolna. Wiele zależy tutaj również od wieku i od temperamentu. U ludzi młodych rozbieżność tych dwóch procesów wewnętrznych jest na ogół większa niż u starszych i ogólnie dojrzałych. U ludzi obdarzonych temperamentem żywym i zapalny (np. u sangwiników) miłość jako przeżycie, jako uczucie, wybucha gwałtownie i z mocą, natomiast cnota musi być tym bardziej wychowywana i kształtowana z wewnętrznym trudem.
Zgodnie z tym należy odwoływać się do tym większej odpowiedzialności w przyznawaniu kobiecie i mężczyźnie “prawa do czułości”, zarówno do jej doznawania, jak i do jej okazywania. Na pewno istnieje tendencja – zwłaszcza u niektórych ludzi – do rozszerzenia tych spraw, do przedwczesnego korzystania z nich wówczas, gdy mamy do czynienia u obojga tylko z rozbudzeniem uczuciowości, a wraz z nią zmysłowości, ale gdy brak jeszcze obiektywnego profilu miłości i zjednoczenia osób. Taka przedwczesna czułość w obcowaniu y-x niejednokrotnie nawet niszczy miłość albo przynajmniej nie pozwala jej się rozwijać w całej pełni, w całej wewnętrznej i obiektywnej zarazem prawdzie.
Nie myślimy w tej chwili o różnych formach poufałości, które należą do innego jeszcze rzędu faktów w zakresie obcowania mężczyzny i kobiety; nadmierna poufałość to forma nieodpowiedzialnego użycia seksualnego, poza tym może to być również przejaw prostactwa czy zwyczajny nietakt. Chodzi jednak tylko o czułość. Bez cnoty umiarkowania, bez czystości i opanowania nie sposób wychować jej i tak rozwinąć w człowieku, aby nie przeszkadzała miłości, lecz jej służyła. Zachodzi bowiem poważne niebezpieczeństwo jakiegoś płytkiego, powierzchownego przeżycia – i zarazem “zużycia” miłości (tj. zużycia jej “tworzywa”, z którego ona się kształtuje w kobiecie i mężczyźnie) – w granicach takiego przeżycia oboje nie dopracują się jej obiektywnego profilu i właściwego dobra, lecz pozostaną przy czysto subiektywnych przejawach czerpiąc z nich tylko doraźną przyjemność. Wówczas miłość, zamiast wciąż się zaczynać na nowo i wciąż narastać pomiędzy nimi, wręcz przeciwnie - wciąż się niejako kończy i urywa. Dodajmy, że między innymi bardzo wiele zależy tutaj od prawidłowego wychowania czułości, od odpowiedzialności za jej przejawy.
Trzeba bowiem raz jeszcze podkreślić, że jest ona ważnym współczynnikiem miłości. Nie sposób kwestionować prawdy, że miłość mężczyzny i kobiety w ogromnej mierze opiera się na uczuciu – jest to tworzywo, którego winna stale dostarczać naturalna uczuciowość, ażeby obiektywny profil miłości był gruntownie zespolony z subiektywnym. Chodzi zaś nie tyle o te “pierwsze” uniesienia uczuciowości, które w pewnym sensie “sztucznie” potęgują wartość osoby umiłowanej nawiązując do przeżycia “kobiecości” czy “męskości”. Chodzi daleko bardziej o stały udział uczucia, o stałe jego zaangażowanie w miłości, ono bowiem czyni kobietę i mężczyznę bliskimi sobie, ono stwarza wewnętrzną atmosferę komunikatywności i wzajemnego porozumienia. Na takim podłożu czułość jest czymś naturalnym i prawdziwym, autentycznym. Takiej czułości ogromnie wiele potrzeba w małżeństwie, w całym tym wspólnym życiu, gdzie przecież nie tylko “ciało” potrzebuje “ciała”, ale przede wszystkim człowiek potrzebuje człowieka. Ma tutaj czułość ogromną rolę do spełnienia. Gruntownie zespolona z prawdziwą miłością osoby, bezinteresowna, zdolna jest ona wyprowadzić miłość z różnych niebezpieczeństw egoizmu zmysłów, z niebezpieczeństw postawy użycia. Czułość to zdolność odczuwania całego człowieka, całej osoby, we wszystkich najbardziej ukrytych nawet drgnieniach jej duszy, a zawsze z myślą o prawdziwym dobru jej osoby.
Takiej czułości kobieta oczekuje od mężczyzny, ma ona do niej szczególne prawo w małżeństwie, w którym oddaje siebie mężczyźnie, gdzie przeżywa te niesłychanie ważne i trudne dla siebie momenty i okresy, takie jak ciąża, poród i wszystko to, co się z nimi wiąże. Jej życie uczuciowe jest przy tym na ogół bogatsze i stąd również większe zapotrzebowanie na czułość. Mężczyzna potrzebuje jej również, choć w innej mierze i w innej postaci. Tak u kobiety, jak i u mężczyzny czułość wywołuje to przeświadczenie, że nie jest się samemu, że to wszystko, czym żyje, jest również treścią życia drugiej, najbliższej osoby. Przeświadczenie takie ogromnie pomaga i podtrzymuje świadomość zjednoczenia.
Pomimo to może się wydać dziwnym fakt, że rozważania na temat czułości znalazły się w tej części rozdziału, która mówi o “problemie wstrzemięźliwości”. A jednak związek jest ścisły i rozważania te są tutaj na swoim miejscu. Nie może być prawdziwej czułości bez dojrzałej powściągliwości, która ma swe źródło w woli gotowej zawsze miłować i konsekwentnie przezwyciężającej postawę użycia narzucaną przez zmysłowość i pożądliwość ciała. Bez takiej powściągliwości naturalne energie zmysłowości oraz wciągnięte w ich orbitę energie uczuciowości staną się tylko “tworzywem” egoizmu zmysłów, ewentualnie egoizmu uczucia. Trzeba to bardzo jasno i wyraźnie stwierdzić. Życie uczy tego na każdym kroku. Ludzie wierzący wiedzą, że kryje się za tym tajemnica grzechu pierworodnego, którego następstwa ciążą w jakiś specjalny sposób nad dziedziną sexus i zagrażają osobie, największemu wśród dóbr stworzonego wszechświata. Niebezpieczeństwo to zaś niejako graniczy z miłością: opierając się na tym samym “tworzywie” może się wszak rozwinąć prawdziwa miłość – zjednoczenie osób, równie dobrze jak “miłość” pozorna, która jest tylko osłoną dla wewnętrznej postawy użycia, dla egoizmu sprzecznego z miłością. Jakże ogromną i w rezultacie pozytywną rolę spełnia tutaj wstrzemięźliwość, która uwalnia od tej postawy i od egoizmu, a przez to samo pośrednio kształtuje miłość. Miłości kobiety i mężczyzny nie można zbudować inaczej jak na drodze pewnej ofiary i zaparcia się siebie. Formułę tego zaparcia znajdujemy w Ewangelii, w słowach Chrystusa: “Kto chce iść za mną, niech zaprze się samego siebie [...]”. Ewangelia uczy wstrzemięźliwości jako sposobu miłowania.


Odwiedzin :