Strona główna -> Duchowość -> Modlitwa zwyczajnych czynności


O modlitwie łatwo mówić. Szczególnie, kiedy się jest „zawodowym katolikiem”. Trudniej ją realizować.

Mam trzyletnie dziecko. Zanim się ono urodziło, odmawiałem brewiarz: jutrznię, nieszpory... Nawet mi się czasem zdarzało odmawiać jeszcze godzinę czytań. Byłem przekonany, że to model modlitwy, który zawsze będzie mi towarzyszył. Ale gdy na świat przyszła córa, wszystko się zmieniło. Małe dziecko niespecjalnie chciało respektować godziny modlitwy ojca. Było to dla mnie bolesne (śmiech). Teraz moja córa też już się modli, ale zupełnie inną metodą. Musiałem więc nauczyć się robić to na nowo, np. poprzez huśtanie dziecka na huśtawce. Nie mogłem być modlącym się półksiędzem. Mam wrażenie, że to ważna rzecz, aby umieć odkryć modlitwę w zwyczajnych czynnościach.

Św. Paweł mówi: „Módlcie się nieustannie”. Prawosławni powiedzą: „Nieustannie powtarzajmy modlitwę Jezusową”. I pewnie coś w tym jest, ale myślę, że trzeba odkryć umiejętność modlitwy właśnie w takiej zabawie, w byciu z własnym dzieckiem, w dostrzeżeniu drugiej osoby. Niekoniecznie chodzi tu o dziecko, może to być żona, ojciec albo matka – Alter Christi. Poprzez takie spotkanie także się modlimy. Oczywiście, nie kasuje to konieczności modlitwy osobistej, prywatnej.

Miałem też w życiu − jak pewnie każdy − okres trudności, żeby się zmobilizować do modlitwy po całym dniu pracy i po opiece nad dzieckiem, kiedy człowiek jest zmęczony. Gdybym powiedział, że nie mam z tym kłopotów teraz, to bym skłamał. Ten problem jest zawsze.

Najważniejsze (i jednocześnie wcale nie najprostsze) jest znalezienie czasu na modlitwę. Już niekoniecznie na cały brewiarz, ale chociaż na dziesięć minut spędzone nad Pismem Świętym. To prawda, że te pięć, dziesięć minut stanowi zaledwie jeden czy dwa procent całego czasu w ciągu dnia, ale i tak czasem trudno je znaleźć. Zmagam się z tym codziennie, co tydzień, co miesiąc. Raz jest lepiej, raz gorzej. Z tym też trzeba się jakoś pogodzić. Są wielcy w modlitwie i są maluczcy. Ale nawet jeśli jest się maluczkim, to i tak warto zmierzać tą drogą.

Bywa też, że mam wszystkiego dosyć i wtedy otworzenie Pisma Świętego, by przeczytać tych kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt zdań (bo to różnie bywa), jest dla mnie momentem otwarcia się na coś, co znajduje się poza mną. I to – mam wrażenie – w modlitwie jest najważniejsze. Dwa elementy: z jednej strony otwarcie się na codzienność, a z drugiej zrozumienie, że czas modlitwy jest czasem sakralnym. W chrześcijaństwie nie ma ścisłego podziału na „sakralne” i „codzienne”. Modlić się trzeba w codzienności, w normalności, w zwyczajności, nad talerzem zupy, z dzieckiem w piaskownicy. Ale modlitwa to także moment szczególny: wówczas absolutnie otwieram się na Innego i wtedy zaczynam inaczej widzieć codzienność. To napięcie jest trudne.

Owocem mojej modlitwy jest spokój i niepokój. Spokój, kiedy człowiek wchodzi w milczenie Boga i odkrywa, że decyzje, postanowienia, problemy, z którymi się zmaga, idą w dobrym kierunku. Niepokój natomiast pojawia się wtedy, gdy uświadamiam sobie, że decyzje, które podjąłem albo zamierzam podjąć, nie do końca są zgodne z tym, czego – jak się wydaje – chciałby Pan Bóg. Dla mnie nie ma istotniejszych owoców. Bo ten spokój to wyciszenie, a także akceptacja. Niepokój zaś to rachunek sumienia.

Tomasz Terlikowski – doktor filozofii
„Głos Ojca Pio” (nr 41/2006)

Odwiedzin :