Modlitwa dla Ojca Pio, i w ogóle dla wszystkich Świętych i błogosławionych, to miejsce szczególnie bliskie i nie przecenione. Św. Alfons Liguorii nie miał żadnych wątpliwości, co do jej bezpośredniego związku ze Świętością, gdy pisał: Kto się modli, z pewnością się zbawia; kto się nie modli, z pewnością się potępia. A dużo wcześniej przed nim św. Jan Złotousty wołał: Nic nie jest tak ważne jak modlitwa; sprawia ona, że to co niemożliwe, staje się możliwe, to, co trudne, staje się łatwe.
Mocne są stwierdzenia Świętych, lecz właśnie takie słowa zmuszają do zastanowienia się czy każda rzeczywistość, którą my mamy zwyczaj nazywać modlitwą, jest nią w swej istocie. Czy poranny i wieczorny pacierz jest modlitwą? Czy odmówienie litanii, różańca, koronki jest modlitwą? Owszem może nią być, może być nawet bardzo głęboka modlitwa, ale nie musi. Częściej owe odczytywane, czy te powtarzane z pamięci gotowe, tradycyjne formuły są zaledwie preludium do modlitwy, jakimś niezwykle ważnym i cennym, ale tylko przygotowaniem dalszym do otwarcia się na prawdziwą modlitwą. Może się również zdarzyć, że taka recytacja stanie się swoistą rutyną w naszym życiu i zamiast pomocy może być wręcz zaporą i przeszkodą w drodze ku spotkaniu z Panem obecnym w głębi naszego serca.
Kiedy więc zaczyna się autentyczna modlitwa? Przychodzi taki moment, kiedy to uświadamiamy sobie, że Bóg jest Kimś – Osobą, przed Nim stajemy i czujemy się przez Niego ogarnięci, wówczas to prawdziwie zaczynamy się modlić. Wtedy zwykle kończy się potok wypowiadanych gdzieś w próżni´ słów, a rozpoczyna się trud słuchania Tego, który jest większy od nas i którego mądrość może nam kazać zmienić dotychczasowy sposób myślenia i działania. Wtedy modlimy się rzeczywiście, kiedy stajemy jako stworzenia przed Stwórcą, wyznając całkowitą zależność i fakt, że nie jesteśmy w stanie niczego przed Nim ukryć. Dlatego na modlitwie przed Bogiem jest miejsce by otworzyć całe swoje wnętrze, by wylewać wszystko, co w danej chwili życia znajduje się w naszym sercu. Nie ma w tym momencie sensu jakaś chora obawa, wyszukiwanie poprawnych słów, udawanie. Bóg staje przed nami jako Bóg i my stajemy przed Nim jako ludzie, z całą naszą aktualną kondycją. I właśnie tutaj zaczyna się owa zbawcza rozmowa zwana modlitwą. Wyrzucam wszystko, co w danym momencie schowane jest na dnie mojego serca, ale jednocześnie jestem gotowy słuchać i gotowy jestem do nawrócenia. Jestem gotowy uznać nawet to, czego nie rozumiem. Gotowy uznać, że On ma rację nawet wtedy, gdy wydaje się, że jest zwrócony przeciwko mnie. Jestem gotowy, ponieważ Mu ufam.
Taka właśnie była modlitwa bohaterów historii zbawienia, których imiona lub tylko samo doświadczenie odnajdujemy na kartach Pisma Świętego. Kiedy tam sięgniemy znajdziemy ludzi modlących się w każdym położeniu, nastroju i sytuacji życiowej. Odnajdziemy w Piśmie Świętym modlitwę wylania duszy przed Bogiem w gorącym pragnieniu i prośbie (1 Sm 1, 15n), modlitwę w ciężkim doświadczeniu (Ps 88), graniczącą z bluźnierstwem modlitw´ rozpaczy (Hi 3, 11-14; 10, 13-22; Ps 22), modlitwę buntu (Jr 20, 7-9), zmaganie się z Bogiem (Rdz 32, 25-30), targowanie się z Bogiem (Rdz 18, 22n), modlitw´ w grzechu (Ps 51), ale także modlitwę radości (Ps 100; 133), uwielbienia (Ps 136; 150), dziękczynienia (Wj 15), błogosławieństwa (Dn 3, 51- 90). Tak modlą się wielcy przyjaciele Boga: Abraham, Mojżesz, Anna, Dawid, Hiob, psalmiści, Jeremiasz, młodzieńcy w piecu ognistym, Paweł. Oni modlą się właśnie jako przyjaciele Boga, dlatego mają odwagę wypowiedzieć przed Nim wszystko, co aktualnie czują i co znajduje się w ich sercu, nawet bunt przeciw Niemu. Ale to właśnie ich modlitwę Bóg przyjmuje i jako taka zostaje wysłuchana.
Takiej modlitwy trzeba się uczyć i do takiej modlitwy wszyscy musimy dorastać. Z pewnością nie będzie nam łatwo przejść od naszych utartych schematów do takiej modlitwy przyjaciół Boga. Trudno jest bowiem stać się przyjacielem Boga. Trudne to, ale nie niemożliwe. Możliwe jest nie ze względu na nasze ludzkie siły, czy też jakieś wrodzone predyspozycje. Niemożliwe staje się możliwe, ponieważ to nie my jesteśmy inicjatorami modlitwy, ale Duch Święty, tajemniczo działający w naszym wnętrzu. Bez względu na naszą aktualną kondycję, przeżycia, emocje, sytuację – Duch Święty jest w stanie wzbudzić w nas modlitwę. Św. Paweł pisze w Liście do Rzymian: ...Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami (Rz 8, 26). Musimy jedynie pozwolić Duchowi na taką modlitwę w nas, musimy otworzyć się na to, co On sam będzie wzbudzał w naszym sercu i na naszych ustach. Tutaj właśnie bierze początek modlitwa chrześcijan. Sam Duch Święty, który od chrztu zamieszkuje w naszym wnętrzu wzbudza w nas te same uczucia, pragnienia, postawy, które były w Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. I On woła do Boga w nas: Abba, Ojcze (Ga 4,6). Chrześcijanin modli się wtedy prawdziwie, gdy daje się przekonać Duchowi, że jest dzieckiem Boga i jednocześnie zachowuje w każdej sytuacji tę ufność, która była w Jezusie, dziecięcą ufność wobec Ojca. Trudne to, ale nie niemożliwe
!

Waldemar Korba OFMCap.
"Głos Ojca Pio" styczeń/luty 2000
Odwiedzin :