Strona główna -> Dom i rodzina -> In vitro -> Wmawiali nam, że jedyną szansą jest in vitro


Planowaliśmy z mężem, że będziemy mieli dużą rodzinę. Bardzo podobały nam się wielodzietne rodziny ze wspólnot neokatechumenalnych - do jednej z takich wspólnot sami należymy. Przez kilka miesięcy chcieliśmy poczekać ze staraniem się o poczęcie dziecka, ale potem nie widzieliśmy żadnych poważnych powodów, aby czekać. Miesiące mijały, niestety nie dochodziło do poczęcia. Po roku zdecydowaliśmy się szukać przyczyny niepłodności. Poszliśmy do zwykłej przychodni, ale okres oczekiwania na wizytę u specjalisty okazał się bardzo długi - przerażająco długi. W sytuacji, gdy jest jakaś choroba i trzeba ją zdiagnozować, nikt nie chce czekać kilka miesięcy na wizytę u specjalisty.

Musieliśmy pójść na wizytę do prywatnej przychodni. Przyjął nas dość młody lekarz, miał przed sobą dobrego laptopa. Obejrzał nasze wyniki badań i powiedział, że nigdy nie będziemy mieć dzieci! Dla nas był to szok!
Powtórzył to kilkakrotnie, bo być może nie wyglądaliśmy na przekonanych. Powiedział, że jedyną szansą dla nas jest in vitro. Do głowy by nam nie przyszło, aby decydować się na taki krok. Po prostu wiedzieliśmy, że tej granicy nie można przekroczyć. Prosiliśmy za to o jakąś inną pomoc. Po prostu leczenie, jakieś leki czy witaminy. Nie wykluczaliśmy, że może będzie potrzebna operacja, bo wiedzieliśmy o pewnym schorzeniu, które miało jedno z nas. Zapytaliśmy więc, czy nie pomogłoby naszej płodności wyleczenie tego schorzenia. Lekarz nie miał tak naprawdę pojęcia i raczej przekonywał nas, że żadne interwencje lekarskie nam nie pomogą, a chirurgów to powinniśmy się bać i unikać. Zapytaliśmy, czy mógłby nam kogoś polecić. Również nie mógł tego zrobić. Ponieważ nie chcieliśmy się zdecydować na in vitro, nie mieliśmy już o czym rozmawiać z tym lekarzem, więc pożegnaliśmy się i wyszliśmy. Dopiero na ulicy pozwoliłam sobie na łzy. Obydwoje z mężem byliśmy zdruzgotani, zdenerwowani, zbuntowani. Nie wierzyliśmy temu lekarzowi, gdyż - tak jak w dowcipie o lekarzach - przyszliśmy do niego z pewnym schorzeniem, mówiąc mu o nim, aby już nie zmuszać go do myślenia, a on i tak nie zajął się problemem, tylko go ominął. Cóż - wróciliśmy do domu. I sami musieliśmy zostać ekspertami od naszej choroby. Zaczęły się poszukiwania informacji w internecie. Znamy kilka języków, więc próbowaliśmy w każdym z nich. Znaleźliśmy informacje o niepłodności, przyczynach. Jak prowadzić wywiad lekarski z parą z problemami z płodnością. To, co nas najbardziej zirytowało, to fakt, że lekarz nie zrobił wyczerpującego wywiadu medycznego, co - wydaje mi się - jest jakimś pierwszym krokiem. Mógł nam zaproponować wiele i badań, i leków. On po prostu chciał robić in vitro, jakby zachłysnął się techniką, a nie chciał już widzieć człowieka. Opatrzność jednak czuwała nad nami, bo znaleźliśmy pracę doktorską lekarza na temat schorzenia, które mogło obniżać naszą płodność. Z wyników wynikało, że operacja może pomóc. Natychmiast zgłosiliśmy się do niego i zaczęło się oczekiwanie na operację. Po kilku miesiącach doszło do zabiegu. Wszystko przebiegło pomyślnie. I znowu kazano nam czekać około roku na niezbyt pewną poprawę. Towarzyszyły nam nadzieja, wsparcie modlitewne. Przechodziliśmy bunt wobec Boga - dlaczego to nas musiało spotkać. Niestety, chroniczny stres działał negatywnie na nasze relacje ze znajomymi, bo przecież wszędzie dookoła rodziły się dzieci. A o takich parach jak my - z problemami, nie wiedzieliśmy ani nie słyszeliśmy. Po roku okazało się, że nie ma znaczącej poprawy i że i tak jesteśmy poza wszelkimi normami "nadawania się" do poczęcia dziecka. To był cios, o którym chyba najwięcej wiedziała nasza wspólnota, to ona nosiła nasz krzyż. Nie mogłam znieść komentarzy, dobrych rad, pocieszania, litowania się nad nami. Rzucałam kubkami o podłogę na wieść o każdym nowym poczęciu wśród znajomych. Trwaliśmy jednak na modlitwie z mężem. Nie było oskarżeń, była jedność i miłość - tego Pan Bóg darował nam wiele. W końcu znowu pojawiła się nadzieja. Znajomi powiedzieli nam o lekarzu, który podjąłby się leczenia. Poszliśmy do niego pełni zaufania. Słyszeliśmy o nim dobre rzeczy, spodziewaliśmy się spotkać wspaniałego lekarza. Zlecił u siebie nowe badania. Okazało się, że zupełna katastrofa. Lekarz powiedział, że może jego terapia przygotuje nas do in vitro w Białymstoku. Znowu musieliśmy się tłumaczyć, że nie chcemy in vitro. Tłumaczyliśmy lekarzowi, że jeżeli leczenie nie pomoże nam w sposób naturalny zajść w ciążę, będziemy rozważać adopcję. Nie wykluczaliśmy tego, że Pan Bóg nas do tego będzie chciał powołać, ale w tamtym momencie nie byliśmy jeszcze na to gotowi. No i zaczęło się. "Te dzieci was pozabijają, lepiej mieć pieska czy kotka, a nie adoptować dziecko!" - mówił lekarz. "To są ludzie gorszej kategorii!". Nie wytrzymałam i spytałam o skutki uboczne in vitro, bo o skutkach "ubocznych" adopcji już usłyszałam. Pan profesor doktor habilitowany odpowiedział, że nie istnieją żadne skutki uboczne in vitro! Miał pecha, bo trafił na wykształcone w tym temacie osoby. Dużo czytaliśmy o możliwości przestymulowania jajników, o skutkach ubocznych leków, które podaje się kobiecie w celu wywołania superowulacji, o rozwodach małżeństw, które zanim doczekały się dziecka z in vitro, już się rozwiodły (bo tak wyczerpujące były procedury, którym musieli się poddać w trakcie in vitro), o małej skuteczności tej procedury, o takiej koncentracji na pragnieniu posiadania dziecka, że przysłania ona życie innych dzieci, które może być zamrożone w ciekłym azocie. Pan profesor wyraźnie kłamał, abyśmy może bardziej skłonni byli poddać się temu zabiegowi? Zapytałam go: "Jak to nie ma żadnych skutków?". Pan profesor na to: "A jakie?". To już przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Powiedziałam, że jestem zszokowana jego podejściem do ludzi, do życia; zamilkłam, bo już prawie płakałam. Lekarz odmówił nam pomocy i jakiegokolwiek leczenia. "Dziękuję państwu i do widzenia!". "Do widzenia" - odparłam i wybiegłam z gabinetu, nie oglądając się na mojego męża. Już na ulicy zaczęłam krzyczeć, tak jak w kryminałach słychać krzyk kobiety w ciemnej ulicy. Byłam tak zszokowana, że robiłam to zupełnie bezwiednie. Nie wiedziałam, co dalej. To był ostatni lekarz, na którego myśleliśmy, że możemy liczyć. To oznaczało koniec naszej drogi związanej z leczeniem. Toczyła się we mnie walka duchowa. Jeden głos mówił mi: "Coś ty zrobiła? Dlaczego się odezwałaś? Twój mąż nie daruje ci tego! Gdybyś podjęła leczenie u tego lekarza, za rok miałabyś dziecko" itd. Drugi głos mówił: "To Bóg daje życie, a nie lekarz". Mąż dołączył do mnie. Był blady jak trup. Szliśmy ulicą pogrążeni w rozpaczy. Zastanawiałam się, czy mam iść przeprosić tego lekarza, aby mimo wszystko nas leczył. Mąż przekonywał mnie, że nie ma powodu, aby przepraszać za powiedzenie prawdy. Przyznał mi się jeszcze do tego, że pan doktor podarł na jego oczach wyniki naszych badań! Wróciliśmy do domu. W tym czasie modliłam się, czytałam Pismo Święte, a Bóg przychodził z ciągłym pytaniem o moją wiarę. Czy ja wierzę w to, że On może wszystko, że może sprawić iż będziemy uczestniczyli w Jego akcie stwórczym. Odpowiadałam: "Tak, Panie. Ty wszystko możesz". Trwała we mnie niewzruszona wiara w Jego potęgę. Minęły dwa tygodnie, miesiączka się nie pojawiła. Myśl o ciąży była tak nieprawdopodobna, że mój mąż odradzał mi zrobienie testu ciążowego. A jednak kupiłam go po kryjomu i zrobiłam. I wciąż zastanawiałam się, czy to możliwe, że poczęło się we mnie nowe życie. Wierzyłam, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, z drugiej strony, tak strasznie buntowałam się na Niego... Czyżby więc Bóg mógł kochać grzesznika, kogoś takiego jak ja, i chciał okazać mu miłosierdzie? Test był pozytywny! Odśpiewałam "Magnificat". Dostałam dowód na istnienie Boga w moim życiu po raz kolejny. A przede wszystkim dowód, że nie gorszy się moimi buntami i kocha mnie, właśnie jako grzesznika. Mąż - fizyk, cały dzień studiował ulotkę z objaśnieniami dotyczącymi testu ciążowego. Uwierzył w wyniki testu dopiero po zrobieniu badań krwi. Poczęło się nasze dziecko.
Jeszcze dzisiaj po kilku latach jestem tym ogromnie wzruszona i wdzięczna Bogu za Jego miłość do mnie. Potem był cudowny czas oczekiwania na narodziny. Pełen radości, energii. Nie miałam żadnych niedogodności związanych ze stanem błogosławionym. Wszyscy cieszyli się z nami, a obcy ludzie dziwili się tej wielkiej radości. Pan Bóg robi cuda nie tylko dla nas. Wiele osób przychodziło do nas, dzieląc się, jak to wydarzenie zmieniło ich życie. Dotyczyło to wiele razy otwierania się na nowe życie, dzięki zaufaniu, że to Bóg jest Panem Życia, a nie człowiek.
Prowadzimy też spotkania w poradni rodzinnej, przygotowując pary narzeczonych do ślubu. Za każdym razem każda z par słyszy nasze świadectwo. W momentach ciemności i cierpienia trudno widzieć działanie Pana Boga. Czasami trzeba przejść wiele prób trwających miesiącami czy latami, aby można było zobaczyć sens doświadczeń i tego, że historia mojego życia jest Świętą Historią.
Od momentu powrotu płodności po porodzie pragniemy mieć kolejne dziecko. Niestety, niepłodność nie została wyleczona, więc nadal mamy problemy z poczęciem. Córeczka ma już cztery lata. Zaczęło się cierpienie związane z tym, że nie ma rodzeństwa. W maju ubiegłego roku poszliśmy do ośrodka adopcyjnego, aby zacząć rozeznawać wolę Boga co do naszego rodzicielstwa. Spotkanie z psychologiem wyznaczono nam w naszą ósmą rocznicę ślubu. Modliliśmy się, aby Bóg pokazywał swoją wolę. I pokazał. Pani psycholog stwierdziła, że nie jesteśmy jeszcze gotowi do adopcji. Wyszliśmy znowu rozczarowani. Jak długo będziemy stać w miejscu?
To nie był, jak się okazało, koniec historii. Kilka tygodni później poprosiłam koleżankę o jakiś tekst do tłumaczenia, aby nie zapomnieć języka angielskiego. Okazało się, że był to tekst o nowym podejściu do leczenia niepłodności - naprotechnologii.
Potem przeczytałam książkę ze świadectwami kobiet, którym pomogło leczenie tą metodą.
Czytając doświadczenia innych, doszłam do wniosku, że nie zostałam całkowicie zdiagnozowana. Na podstawie badań hormonalnych - trzech w ciągu cyklu, stwierdzono, że wszystko jest w porządku. Jednak objawy, które miałam, wskazywały na to, że coś jest nie tak z moim zdrowiem. Dlaczego jednak po ośmiu latach dowiaduję się takich rzeczy? Odczytałam to jako kolejny plan Boga, aby mogła okazać się Jego chwała w moim życiu. Jakie są fakty dotyczące naprotechnologii? Dwadzieścia pięć lat temu profesor Hilgers poruszony encykliką "Humanae vitae" Papieża Pawła VI założył Instytut Papieża Pawła VI w Nebrasce w st. Omaha. Instytut miał zajmować się zdrowiem prokreacyjnym kobiety i mężczyzny bez łamania zasad moralnych, przy zachowaniu pełnej godności kobiety i mężczyzny. Pomoc udzielana jest każdej kategorii prokreacyjnej. Czy jest to problem bezpłodności, nawykowych poronień, depresji po porodzie, cykli nieregularnych, bezowulacyjnych, w okresie perimenopauzy itd. Celem jest znalezienie problemu i rozwiązanie go. Podstawą diagnozy są obserwacje cyklu przeprowadzone przez kobietę. Jest to zmodyfikowana metoda Billingsa, pod nazwą Creighton Model. Kobieta poznaje obserwacje przy pomocy instruktora metody, który uczy parę na kolejnych sesjach. Obserwacje muszą być przeprowadzane bardzo dokładnie, rutynowo. Chodzi o to, że ta karta obserwacji jest podstawą do rozmowy z lekarzem. Biomarkery, które obserwuje kobieta, a więc śluz, krwawienia, plamienia w nietypowych dniach cyklu, wskazują na choroby, które może mieć kobieta, np. zespół policystycznych jajników, mięśniaki, stan zapalny szyjki macicy, niedomogi hormonalne. Pewne symptomy są charakterystyczne dla wczesnego stadium raka. Po dwóch, trzech cyklach para udaje się do lekarza naprotechnologa, który może już zauważyć pewne problemy. Następnie zleca profil hormonalny, ale w ścisłym powiązaniu z fazą w cyklu kobiety, a więc np. trzeciego, piątego, siódmego, dziewiątego dnia po owulacji, po dniu objawu szczytu, który - jak zbadano - jest ściśle związany z dniem owulacji. Oczywiście to tylko przykład, ale to, co jest unikalne w tej metodzie, to fakt, że lekarz nie działa na oślep. Wie, kiedy zlecić te badania, bo pacjentka ma obserwacje cyklu. Po zidentyfikowaniu choroby lekarz proponuje leczenie farmakologiczne, stosując leki, które są ogólnie znane, ale rzadko stosowane. Dni podawania leków również skorelowane są z aktualną fazą cyklu, którą kobieta zna na podstawie obserwacji. Jeżeli chodzi o niepłodność, to jej przyczynę są w stanie znaleźć w 97 proc., a więc praktycznie nie występuje zjawisko niepłodności o niewyjaśnionej przyczynie. 20-40 proc. par niepłodnych zachodzi w ciążę bez leczenia, tylko po nauczeniu się prowadzenia obserwacji według Modelu Creightona. Prawie u 80 proc. par dochodzi do poczęcia i urodzenia dziecka, gdy dodatkowo zastosuje się leczenie farmakologiczne czy też operacyjne, "naprawiając" w ten sposób płodność. Jest udowodnione, że szanse pary na poczęcie są mniejsze, jeżeli para poddała się wcześniej zabiegowi in vitro.
Sami znaleźliśmy więc instruktorkę Modelu Creightona - jest nią Polka mieszkająca w Stanach Zjednoczonych, i przez telefon uczyłam się obserwacji cyklu. Nie wiedzieliśmy, co będzie potem, kto nas skonsultuje w Polsce. Opatrzność czuwała i w październiku ubiegłego roku fundacja MaterCare Polska z Marią Środoń na czele zaprosiła naprotechnologa doktora Phila Boyla do Warszawy na konferencję ginekologiczną. Kobieca intuicja pozwoliła mi znaleźć doktora Boyla wśród wykładowców i przedstawić się z kartą obserwacji w ręku. Doktor Boyle skonsultował nas, zaproponował leczenie i powiedział, że daje nam 75 proc. szans na poczęcie dziecka! Nie muszę mówić, że inni nie dają nam żadnych szans, pomimo urodzenia już jednego dziecka. "Pewnie cuda się zdarzają, ale niech państwo już więcej na cuda nie liczą" - usłyszeliśmy od innego lekarza, który nas konsultował. Oczywiście nie wiemy, czy Pan Bóg da nam kolejne dzieci, ale dzięki temu krzyżowi możemy pomagać parom niepłodnym. W połowie listopada zrobiłam kurs instruktora Modelu Creightona w Nowym Jorku. Teraz prowadzę pary małżonków, te z problemami z płodnością. I jak tu w końcu nie uwierzyć, że z krzyża płynie życie nie tylko dla mnie, mojego małżeństwa, ale też dla innych?
Agnieszka Pietrusińska

Odwiedzin :