Strona główna -> Duchowość -> Najtrudniesze drzewo, czyli na stopniach konfesjonału


Lubiłem słuchać, jako mały chłopiec, Ewangelii o Zacheuszu na sykomorze. Nie rozumiałem tylko, dlaczego księża robią taką sensację z chodzenia po drzewach. Z kolegami spędzaliśmy wiele godzin na rosnących przy domu wierzbach, czereśniach itd. Robiliśmy zawody, kto wdrapie się wyżej i zerwie ostatnią wisienkę. W dorosłym życiu drzewa są jeszcze większe. Najtrudniej wspinać się na „drzewo konfesjonału”.

Długa drabina przebaczenia

Nie znam nikogo, kto tryskałby radością na myśl, że trzeba wreszcie uklęknąć przy kratce konfesjonału. Chcąc przejść przez proces pojednania uczciwie i skutecznie, trzeba odnaleźć wolny czas i przeszukać zakamarki duszy.
Rachunek sumienia to pierwszy szczebel długiej drabiny przebaczenia. Różne są metody: według przykazań Bożych i kościelnych albo dzień po dniu. Można przemyśleć relację do osób, które nas otaczają, albo wyciągać to, co najbardziej boli. Chociaż ta ostatnia metoda bywa zawodna – nie zawsze boli to, co boleć powinno.
Szczebel drugi: żal za grzechy. Trudno żałować, kiedy grzech w świadomości nie jest grzechem. Warto jednak skłonić się ku Bożej wersji oceny zdarzeń, niż czekać, aż Bóg – w łaskawości, a nie za karę – dopuści, by skutki grzechu wydały owoce i ukazały swoją destrukcyjną siłę. A może trzeba po prostu mieć wrażliwsze serce i widzieć przed sobą Chrystusa zasmuconego moim grzechem? Każdy z nas ma chyba doświadczenie zranionej miłości, choćby takiej małej, ludzkiej…
Lubiłem słuchać, jako mały chłopiec, Ewangelii o Zacheuszu na sykomorze. Nie rozumiałem tylko, dlaczego księża robią taką sensację z chodzenia po drzewach. Z kolegami spędzaliśmy wiele godzin na rosnących przy domu wierzbach, czereśniach itd. Robiliśmy zawody, kto wdrapie się wyżej i zerwie ostatnią wisienkę. W dorosłym życiu drzewa są jeszcze większe. Najtrudniej wspinać się na „drzewo konfesjonału”.
Jeżeli decydujemy się wędrować dalej, Pan zapyta nas: „Czy naprawdę chcemy coś zmienić w swoim życiu? Czy tylko na chwilę odetchnąć? Postanowić poprawę? Czy zamalować na chwilę zagrzybioną ścianę sumienia, by goście weselni albo chrzcielni nie widzieli bałaganu, w którym mieszkamy?”. Katechizm mówi: „Mocne postanowienie poprawy”. Mocne, a więc żadne tam: „A może by? A gdyby tak?”. Mocne, głębokie, zdecydowane.
Krok czwarty: najłatwiejszy czy najtrudniejszy? Na pewno jedyny, którego nie można ominąć, ponieważ wymaga obecności i sakramentalnej posługi drugiego człowieka. Kapłani są różni, spowiedzi także, ale na końcu to Chrystus przytula do swojego serca skruszonego, a choćby tylko „lekko napoczętego” grzesznika.

Zadośćuczynienie

Ostatni wysiłek: zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu. To na pewno najtrudniejszy z etapów, jestem o tym głęboko przekonany. Czasem go omijamy. Delikatna pokuta, najczęściej modlitwa, przypomina Bogu, że ciągle chcemy być Jego dziećmi. Ale cóż począć z bliźnim? Z kasjerką, którą oszukałem w sklepie? Z kolegą, którego obgadałem przed szefem? Z politykiem, którego wyzwałem przed telewizorem od najgorszych bęcwałów? Z sąsiadem, któremu niechcący zarysowałem samochód? Z nieznajomą, której zerwałem kwiatek z ogródka przed domem? Z mężem, któremu nie powiedziałam, gdzie naprawdę byłam dziś po południu? Z rodzicami, których telefonów nie chcę odbierać? Z „nickiem”, któremu nawymyślałeś w Internecie? Z kobietą, z którą grzeszyłeś słowami i spojrzeniami? Z dzieckiem, które masz za nic i nie zamierzasz poniżać się do przepraszania? Z dziesiątkami innych osób, o których z pewnością już zapomniałem i które być może zapomniały też o mnie, ale gdzieś w górze wszystko zostało zapisane i przyjdzie czas rozliczenia?
Nie ma idealnej metody, by dotrzeć do sumienia i zrozumieć potrzebę zadośćuczynienia. Jednych ludzi przekonuje wizja ostatecznego sądu, kary, bojaźń dokuczliwego cierpienia w oczekiwaniu na własne zbawienie. Inni wychodzą z założenia, że zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje wyprostować zaburzone relacje między bliźnimi. Jeszcze inni potrzebują poczucia tej niezwykłej radości, która pojawia się jakby znikąd, ale bardzo konkretnie. W momencie przebaczenia i pojednania człowiek jest pewien – jak rzadko kiedy – śladu Bożej obecności, Bożej łaski, która doprowadziła do przełamania własnego egoizmu, niechęci, inercji i sprawiła, że udało się wyciągnąć rękę albo wyszeptać kilka prostych słów do osoby, której winniśmy zadośćuczynienie. Czasem tylko, kiedy nie ma innej możliwości, proszę – jako spowiednik – o modlitwę albo uczynek miłosierdzia ofiarowany w intencji tej osoby.
Niektóre osoby liczą na zapomnienie. Czas wypchnie stare grzechy, ale nowe nie będą dla nas łaskawsze, chyba że całkowicie stępimy sumienie. Sprawy niezapomniane bolą, drażnią, wzywają do uregulowania. „Pogódź się ze swoim przeciwnikiem, dopóki jesteś z nim w drodze” – proponuje Chrystus (por. Mt 5, 25). Gdy przyjdzie sędzia, czas się zatrzyma i będzie się liczyć tylko to, co odmierzyły wskazówki życia wędrujące po tarczy naszych dni.

ks. Janusz Stańczuk
"Sygnały troski" 2/2010
Odwiedzin :