Strona główna -> Dom i rodzina -> Pornografia -> Pornografia polityczna


Przyszło mi na myśl, że skoro istnieje coś takiego jak "ekonomia polityczna", to czemu nie ma prawa istnieć również "pornografia polityczna", ponieważ w obu przypadkach oba pojęcia nawzajem się interpretują i absorbują, wbrew obiektywnym kryteriom decydującym o ich znaczeniu. Ufam, że w tekście się to stopniowo wyjaśni. Bywa bowiem, że i polityka stacza się na poziom pornografii.

Krakowski "Raport"
Leży przede mną tekst "Raportu Społecznego Komitetu Zwalczania Pornografii" w Krakowie. Komitet zajmuje się zwalczaniem pornografii głównie na terenie Krakowa. Jednak sam problem nie ogranicza się do tego miasta. "Raport" zawiera dość szczegółowy opis sytuacji, który budzi uczucia bardzo pesymistyczne. Wygląda na to, że nasze społeczeństwo jest dosłownie oblężone przez pornografię, która niczym rak przeżarła naszą kulturę od wewnątrz. Sytuacja nieustannie się pogarsza i to niekoniecznie na zasadzie prostej bezwładności sił, lecz dlatego, że pewne formacje społeczne i polityczne pracują nad tym systematycznie i to wbrew obowiązującym przepisom prawnym. "Raport" stwierdza, że "mimo sprawowania przez różne 'siły polityczne' władzy, istnieje zupełny brak woli politycznej organów ścigania (prokuratury) do egzekwowania obowiązującego prawa zabraniającego narzucania pornografii". Zliberalizowany kodeks karny (dzięki "zasługom" SLD i UW) nie chroni dzieci przed wykorzystywaniem ich do produkcji materiałów pornograficznych i to niezgodnie z Konwencją Praw Dziecka przyjętą przez ONZ 20 listopada 1989 roku.
Zastanawiające jest, że "prokuratorzy odmawiają wszczęcia postępowania pod pozorem, że brak jest definicji pornografii". Polskojęzyczna prasa "drukuje opinie wykreowanych przez siebie liberalnych (libertyńskich) autorytetów" czarujących społeczeństwo hasłami "wolności przekazywania treści" i terroryzuje "rzekomą koniecznością europejskiej tolerancji", co w praktyce oznacza "tolerancję wszelkiego zła". Ostatnio program prawnego sprzeciwu przeciw pornografii ujrzał światło dzienne w polskim parlamencie dzięki Marianowi Piłce (PiS), który zebrał początkowo 25 podpisów pod swoim projektem. Niestety, parę dni później niektórzy posłowie PiS - nie wiadomo dlaczego - wycofali swoje podpisy. Podobno, jak twierdzą, czekają na lepszy projekt. Być może; lecz ja to "między bajki włożę". W środę, 11 kwietnia, w "Naszym Dzienniku" ukazał się rzeczowy i kompetentny wywiad z senatorem Janem Szafrańcem. Wypowiedź pana senatora zawiera fachowe informacje z różnych dziedzin nauki, ukazujące ogrom zła, jakie kryje się w pornografii i jakie poprzez to złożone ogniwo atakuje człowieka i społeczeństwo. Każdy, kto zaznajomił się z tekstem wywiadu pana senatora, zgodzi się z jego tezą zawartą w tytule artykułu, że "nie możemy marginalizować problemu pornografii".

Tajemnicza niezdolność dostrzegania faktu
Dlatego musi głęboko niepokoić, że apele kierowane przez krakowski Komitet na ogół pozostają bez echa, a prokuratorzy zasłaniają się brakiem definicji. Czasem rzeczywistość jest obecna brutalnie, aż do bólu, a ktoś jej nie dostrzega, ponieważ zatracił zmysł spostrzegania określonego wymiaru rzeczywistości. Na przykład w czyimś sumieniu zagasły kryteria odróżniające dobro od zła. Podobnie jak ktoś nie odróżnia kolorów i wszystko dla niego jest szare. Budzi się podejrzenie, że coraz większa liczba ludzi ulega znieczuleniu moralnemu, opisanemu przez amerykańskiego psychologia Victora Cline'a w pracy, do której odwołuje się senator Jan Szafraniec w wywiadzie dla "Naszego Dziennika" ("Szkodliwość pornografii", wyd. HLI, Gdańsk 1998). Ów Amerykanin wykazał, że istnieją cztery etapy degradacji psychiczno-moralnej człowieka w pełni uzależnionego od pornografii. "Etap trzeci znamionuje utrata wrażliwości (desensitisation). Sceny początkowo wywołujące szok stają się czymś normalnym i łatwym do zaakceptowania, a nawet zabawnym". Rodzi się niepokojące pytanie: czyżby panowie prokuratorzy, zasłaniający się brakiem definicji, byli już na tym trzecim etapie...? Może zbyt długo wnikali w skomplikowaną strukturę psychologiczną i społeczno-kulturowo-egzystencjalną oraz etyczno-prawną zjawiska pornografii i już nie zdołali się wywikłać z tej matni, bo poczuli się swojsko i normalnie w tym klimacie? Kiedy się zbyt długo wpatruje w jakiś obiekt (na przykład nieudaczne dzieło sztuki), to w końcu zaczyna się to podobać... Pamiętam, że kiedyś pewien naukowiec, zabierając głos w Radiu Maryja na podobny temat, zauważył, że na jednej wyższej uczelni w pracowni komputerowej wielu uczonych wpatrywało się w monitory, zgłębiając pracowicie złożone, z pewnością "naukowe", aspekty pornografii... Czy prokuratorzy nie mają podobnych trudności metodologicznych?
Główną przeszkodą utrudniającą zrozumienie problemu pornografii jest niezdolność dostrzeżenia etycznego wymiaru płciowości człowieka. Płciowość jest cechą istnienia osoby ludzkiej i stanowi składnik tożsamości człowieka jako podmiotu powołania i tym samym uczestniczy w godności osoby stworzonej na obraz Boży. Ale takie pojęcia, jak: "osoba", "tożsamość", "powołanie", "godność", stały się dla wielu ludzi nieczytelne, ponieważ nasza kultura cechuje się utratą myślenia metafizycznego (a być może myślenia w ogóle). Równocześnie wskutek gwałtownego postępu ideologii laicystycznych dla wielu ludzi przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie wszelka rzeczywistość, która czerpie swą prawdę z tajemnicy stworzenia. W komponowaniu różnych planów życiowych "liczy się" tylko to, co da się "przeliczyć" na płynną walutę. Symboliczne, choć tragiczne pod pewnym względem wydarzenie zanotował Dan Cortez, dziennikarz "Detroit Free Press", pod datą 1 kwietnia (daj Boże, aby to była wiadomość tylko "primaaprilisowa"). Otóż pewna "matka" zaoferowała nieznajomemu osobnikowi wypożyczenie swojej 7-letniej córki w celach pornograficzno-seksualnych (pedofilskich). Została aresztowana, kiedy spierała się z owym osobnikiem o wyższą zapłatę za "usługę". Osobnik okazał się tajnym agentem. Jest podane nazwisko szeryfa, adres sądu. Nadto artykuł referuje kilka podobnych przypadków, w których udało się wpaść na trop tego rodzaju transakcji w rejonie Detroit i Michigan. W takim wydarzeniu jak w soczewce skupiają się istotne rysy upadku moralnego człowieka i społeczeństwa w wyniku zagubienia etosu płci, a właściwie etosu małżeństwa i rodziny. Kiedy burzy się i przekreśla etyczną konstytucję rodziny, człowiek staje się tylko rzeczą, towarem, surowcem do przeróbki. Człowieka można wymienić "za gotówkę", człowiek w takim układzie kulturowym nie różni się od innych istot poruszających się po globie ziemskim.

Ślepota moralna
Owszem, w jakimś stopniu różni się od innych stworów ziemskich, zwłaszcza kobieta różni się od innych samic: jej ciało zachowuje (zwłaszcza gdy jest młoda) pewien powab estetyczny, oraz specyficzny wabik erotyczny zawierający informację skierowaną do mózgu mężczyzny, wywołującą określoną podnietę. Ten element daje się spożytkować ekonomicznie, kulturowo, a nawet politycznie, pod warunkiem, że ktoś za to zapłaci. Niestety nie brakuje kobiet, którym taka rola imponuje i ubiegają się o popularność za pośrednictwem różnych pism czy instytucji pornograficzno-rozrywkowych. W pięknej książce pod tytułem "Kobiety są jak róże" autor (ks. Henryk Łuczak) wspomina smutną historię pewnej dziewczyny węgierskiej, która po latach wyznała, że jednej rzeczy nigdy w swoim życiu nie miała: to jest wstydu (s. 145 nn.). A właśnie wstyd, zdolność odczuwania wstydu, jest niezbędnym warunkiem, aby człowiek mógł wychować się w poczuciu nietykalności swojej ludzkiej godności.
Owocem wychowania powinna być (między innymi) dojrzała cnota wstydliwości broniąca człowieka przed wmieszaniem się w sytuacje i akcje, które są sprzeczne z godnością ciała i płci i są nie do pogodzenia ze świętością osoby ludzkiej, a także świętością małżeństwa i rodziny. Wychowanie do wstydliwości jest jednak atakowane złośliwie i cynicznie na wszelki sposób przez fałszywe koncepcje wychowania, przez tak zwaną kulturę masową, przez pseudokulturę i pseudofilozofię, i przez całe rozwinięte "struktury grzechu", o których należałoby powiedzieć osobno. Wstydliwość jest niszczona właśnie przez pornografię, która zainfekowała całą wizualną sferę kultury społecznej. Trudno wyliczać wszystkie szczegóły; "Raport" krakowski robi to dokładnie, ale nie sposób ukazać cały ogrom tej ohydy, w której tonie nasze społeczeństwo. Wielu ludzi oswaja się z tym zjawiskiem i uważa je niemal za "normalne", ale to przytępienie wrażliwości moralnej wynikłe z oswojenia się ze złem nie dowodzi, że zło (obiektywnie widziane) przestało być złem.
W historii nieraz pewne społeczeństwa oswajały się ze złem popełnianym masowo i publicznie, na przykład z prześladowaniem chrześcijan, z handlem niewolnikami, z kanibalizmem, z zabijaniem Żydów (w Niemczech i na terenach okupowanych), z prostytucją, z mordowaniem dzieci nienarodzonych (i to w majestacie prawa), z eutanazją w niektórych krajach, z rozwodami, z masową propagandą antykoncepcji itd. Wielu uważa, że wszystko jest "w porządku", bo "wszyscy tak robią". Tymczasem nawet jeśli w Sodomie "wszyscy tak robili", to jednak to, co robili, nie przestało być grzechem; tylko musiało nastąpić coś wstrząsającego, aby ludzie przejrzeli. Także moda, nawet jeśli przyjęła się masowo (jedynie dzięki brakowi odwagi i krytycyzmu), nie staje się automatycznie czymś moralnie właściwym, jeżeli da się wykazać za pomocą obiektywnych kryteriów, że rani poczucie wstydu. Niestety, jest możliwy taki zbiorowy grzech bezwstydu, choć stopień odpowiedzialności moralnej nie we wszystkich przypadkach jest jednakowo wysoki.

Zjawisko uzależnienia
Cały problem dla pełniejszego naświetlenia wymaga wskazania na przyczyny już to tkwiące w samym człowieku, już to w samym społeczeństwie, powodujące łatwość rozpowszechniania się pornografii, jak i zdolność przenikania tego zjawiska do wszystkich dziedzin kultury.
Jeśli chodzi o tę pierwszą sprawę, czyli łatwość, z jaką człowiek poddaje się pokusie pornografii, to jasne światło na ten problem rzuca objawiona nauka o skutkach grzechu pierworodnego. W wyniku grzechu pierworodnego powstał w człowieku stan pewnego chaosu emocji, dążeń i celów, skutkiem czego człowiek bardzo łatwo skłania się ku decyzjom sprzecznym z prawem moralnym. Niebezpieczne jest to, że skłonność do zła zasłania się fałszywie dążeniem do dobra (pozorami dążenia do dobra), a nadto każdy wybór zła (wybór fałszywego dobra) utrwala w człowieku tendencję do kontynuacji tego wyboru. To daje początek zjawisku uzależnienia od integralnie pojętego przeżycia owego wyboru zła. To uzależnienie wzrasta z czasem do tego stopnia, że czyni człowieka niewolnikiem nałogu, osłabiając zarazem zdolność obiektywnego osądu moralnego. Ten osąd może w końcu skapitulować wobec umacniającej się dyktatury mechanizmu będącego źródłem uzależnienia (zniewolenia). W ten sposób pornografia i inne grzechy przeciw godności ludzkiego ciała praktycznie odbierają człowiekowi zdolność wyzwolenia z tej niewoli wyłącznie własnymi siłami. Nawrócenie i wyzwolenie może być tylko owocem łaski Bożej.
Tragiczne jest to, że nie tylko wewnętrzny nieład moralny więzi człowieka, ale także zorganizowane siły społeczne, ekonomiczne i polityczne pracują nad tym, aby go coraz głębiej pogrążać w tej niewoli. Finanse, wydawnictwa, reklamy, filmy, nauka, pedagogika, kultura (pożal się, Boże) - trudno wyliczać wszystko - pracują nad tym, aby na nowo rozbudzać głód seksualny i pragnienie kontaktu z pornografią, oplatając człowieka podstępną siecią, z której coraz trudniej się wywikłać. Ateizm, jako oficjalna religia szatana, pracuje nad tym, aby głód Boga zastąpić głodem ciała. W tym spisku uczestniczy niemal wszystko, co składa się na gmach społecznej kultury, szczególnie tej komputerowej. Wszystkie te elementy usiłują do końca zabić w człowieku poczucie człowieczeństwa.
Dla pełniejszego obrazu ukazującego proces upowszechnienia tego pornograficznego modelu "kultury" trzeba dodać, że poważny udział mają w nim także medycyna, cała służba zdrowia i prawo (jako smutny spadek epoki komunistycznej i postkomunistycznej, która jeszcze się nie skończyła). Te dziedziny wybitnie się przysłużyły do rozwoju zarazy pornograficznej wraz z epidemią rozwiązłości, która jest prostą konsekwencją pierwszej. Obie dziedziny wiedzy i służby społecznej (służby dla dobra wspólnego!) ułatwiają ludziom pławienie się w rozpuście bez ponoszenia konsekwencji wynikających w sposób naturalny z nadużyć seksualnych: pozwalają zlikwidować poczęte życie bez ponoszenia kary za zabójstwo. Rozbudowany system niszczenia płodności ludzkiej, zalecany przez pewne przestępcze organizacje działające pod szyldem ONZ pod hasłem "zdrowia reprodukcyjnego", stanowi oficjalną zachętę do uprawiania wszelkiej rozwiązłości bez ponoszenia konsekwencji. Międzynarodowe mafie ukrywające się za parawanem ONZ wywierają nacisk kolejno na różne państwa, zmuszając je szantażem i podstępem do legalizacji praktyki przerywania ciąży bez żadnych ograniczeń. Ostatnio Malta protestuje przeciwko takiemu naciskowi ze strony Unii Europejskiej (Steven Ertelt, 14 lutego 2007 r.). Nie ma tu miejsca, żeby wspominać o wszystkich nadużyciach prawa międzynarodowego w celu niszczenia rodziny. Bezwstydny przykład z ostatnich dni pochodzi z europejskiego podwórka, ze strasburskiego Trybunału Praw Człowieka, który potępił Polskę za to, że nie umożliwia praktyki aborcji na życzenie.

Głębsza warstwa antykultury
Masowe rozpowszechnienie pornografii - wraz z tak zwaną "mentalnością antykoncepcyjną" (w klimacie wytworzonym przez barbarzyńską "rewolucję seksualną") - niszczy od wewnątrz duchowy świat kultury, ponieważ rozbija w świadomości społecznej obraz człowieka, rozdzielając i przeciwstawiając sobie pewne treści czy sensy, które w istocie człowieka powinny pozostać nierozdzielone. Człowiek, będący niepodzielną jednością duchowo-cielesną, niepodzielnym podmiotem wartości wynikających z jego najgłębszej tożsamości, zostaje poszarpany na części i w wyniku takiej przeróbki hermeneutycznej "człowieczeństwo" staje się zbiorem różnych elementów niezwiązanych z sobą ani z właściwym podmiotem. Seks nie ma nic wspólnego z człowiekiem ani z miłością, "miłość" nie ma nic wspólnego z darem życia, życie nie jest zrodzone, tylko jest przypadkowym efektem zbiegu biologicznych współczynników, któremu nie udało się zapobiec. Nie ma żadnego związku między "partnerstwem" a małżeństwem i rodziną, nie ma związku między byciem mężczyzną a ojcostwem, nie ma związku między byciem kobietą a macierzyństwem; jakby jakaś bomba rozbiła duchową substancję człowieka, rozrywając na strzępy to, "co Bóg złączył". To, co zostaje na powierzchni globu po tej eksplozji, to tylko śmietnik kulturowy, z którego najwybitniejsi "archeologowie" nie będą zdolni odtworzyć wizerunku człowieka. Kiedyś prof. Jerôme Lejeune przestrzegał, aby nie rozbijać tego "atomu człowieczeństwa", którym jest małżeństwo widziane w swojej duchowej i etycznej substancji, ponieważ konsekwencje będą podobnie katastrofalne jak po użyciu bomby atomowej skonstruowanej na zasadzie rozbicia atomu. Tak właśnie pornografia rozkłada człowieka na "czynniki pierwsze", a raczej rozbija go do tego stanu, że człowiek przestaje zupełnie rozumieć, iż kiedyś był osobą i że był podmiotem zdolnym nadać swojemu życiu kierunek mocą prawdy i odpowiedzialności. Teraz jest biernym mechanizmem reagującym na odpowiedniego typu podniety, ślepo podążającym za podsuwanymi mu obrazkami obiecującymi "raj na ziemi" pod warunkiem, iż zapomni, że był człowiekiem.

Antyspołeczeństwo i struktury grzechu
To ten stan samozagubienia człowieka, jaki jest wymagany, aby stworzyć "nowe społeczeństwo" podporządkowane kryteriom (metodom) totalnego sterowania świadomością, w którym na miejsce prawdy pojawia się "informacja" i "siła opinii publicznej", na miejsce wolności pojawia się swoboda czynienia czegokolwiek dla zaspokojenia przyziemnych zachcianek, na miejsce sumienia i oceny moralnej pojawia się dyktat mody, prawo "poprawności politycznej" i ulotne hasełka typu "trendy", obostrzone swoistym profilem "tolerancji", na miejsce miłości pojawia się przepis, jak uzyskać doskonały orgazm za pomocą ulepszonych technik zaczerpniętych ze świata magii, na miejsce szczęścia pojawia się prawo do relaksu, a na miejsce religii pojawia się zestaw mitów wymyślonych przez rewolucję francuską i unowocześnionych przez specjalistów od neomarksizmu, przy niezmiennej wierności dla kultu złotego cielca w wersji naukowo i technicznie unowocześnionej. Pornografia stanowi doskonały nawóz dla użyźnienia gleby społecznej, aby mogło na niej wyrosnąć państwo totalitarne o ustroju niewolniczym i kulturze idealnie barbarzyńskiej. W tej kulturze życie człowieka będzie definiowane jako odcinek czasu między nieudaną aborcją (ewentualnie nieudaną antykoncepcją) a udaną eutanazją.
Takie społeczeństwo funkcjonuje nie w oparciu o prawa antropologiczne czy prawa filozofii społecznej, lecz w oparciu o prawa Freuda, Marksa i Nietzschego, czyli na prawie ubóstwienia zdegenerowanych namiętności, oddających człowieka w niewolę trzech pożądliwości pochodzących od "ducha tego świata" (por. 1 J 2, 16-17). W ten sposób powstają te "struktury grzechu", o których pisał Jan Paweł II (już w adhortacji "Reconciliatio et paenitentia"), a szczegółowo komentował je w encyklice "Centesimus annus", a zwłaszcza w "Evangelium vitae". Tragizm tych struktur grzechu polega na tym, że człowiek ulegający niewoli trzech pożądliwości jest równocześnie ofiarą niszczoną przez strukturę, oraz - ulegając biernie - użycza jej swojej energii psychicznej, która staje się siłą napędową takiej struktury, wciągając w swoje wiry coraz to nowe ofiary. Jest to podobnie jak z lawiną, która porywa po drodze wszystko, i to, co zostało porwane, włącza się w niszczącą akcję lawiny.

Tragiczny piątek, 13 kwietnia
Kiedy pisałem te refleksje, doszła do mnie hiobowa wiadomość, że polski parlament, pod przewodnictwem PiS, po którym tak wiele się spodziewaliśmy, zawiódł haniebnie nasze zaufanie i nie uchwalił tej koniecznej i oczywistej - na tle ogólnej sytuacji Polski i świata - poprawki do art. 38 Konstytucji RP. Nie miały dla posłów żadnego znaczenia modlitwy milionów Polaków, setki tysięcy podpisów, ogromna masa listów, apeli, odezw, dokumentów papieskich i wezwań kierowanych przez Episkopat Polski. Jakiś zły duch zamącił w umysłach polityków na najwyższych stanowiskach i zaczęli upierać się przy drugorzędnych i nieistotnych "poprawkach do poprawek", zostawiając w cieniu istotny charakter propozycji odnoszącej się do art. 38. Zapomniano o wyjątkowym charakterze tekstu Konstytucji i zepchnięto - przez roztargnienie czy przez celową manipulację - całą dyskusję na tory sporu międzypartyjnego, zamykając spór w formule "prawa aborcyjnego" i zastanawiając się nad tym, która partia najwięcej straci, jeśli się okaże, że taki poprawiony art. 38 uniemożliwi świadome i dobrowolne zabijanie dzieci poczętych lub likwidowanie przez eutanazję niedołężnych umysłowo staruszków, zbyt długo piastujących absorbujące urzędy państwowe.
Są powody, by przypuszczać, że jakiś zły duch wmieszał się w te spory, bo stwierdzono empirycznie, iż kolektyw posłów przeraził się panicznie obecności na ławach poselskich kopii listu ks. bp. Kazimierza Górnego, wzywającego przecież do dobrego uczynku. Pewien gorliwy poseł, w którym odżyła żyłka "woźnego Trybunału" postanowił "posprzątać" gorszące według niego teksty. Podarł je na strzępy i wrzucił do śmietnika. Jest to wydarzenie o głębokiej symbolice, które rzuca światło (albo cień) na cały problem i klimat sejmowej debaty. W sprawie, w której właśnie Kościół ma najwięcej do powiedzenia, zamyka się mu usta, aby nie niepokoił grona najemników politycznych nadstawiających ucha na sygnały "poprawności politycznej" idące od - nowego tym razem - "Wielkiego Brata" z Brukseli lub Berlina. Ktoś, kto odrzuca słowo Kościoła, dowodzi tym gestem, że nie interesuje go prawda tylko jakiś ciemny interes partyjny; tymczasem rozstrzygnięcia parlamentu lekceważącego głos prawdy zasługują właśnie na to, aby je wrzucić do "szamba" (jest to ostatnio ścisły termin polityczny).

Niepotrzebne sumienie?
Nie na tym się kończy cały skandal tego cyrku politycznego. Kiedy marszałek Jurek próbował bronić meritum sprawy, które domagało się uczciwego podejścia w sumieniu do całego splotu zagadnień, w które uwikłało się PiS, podobno - (według Onetu) minister Jasiński miał odezwać się do marszałka z zachętą, by "sumienie zostawił sobie w konfesjonale, w kościele", co miało oznaczać, że sprawy polityczne powinny być rozstrzygane "bez sumienia". Wprawdzie obaj panowie niedługo potem zdementowali tę wiadomość, czyli ustalili, że ten fakt nie miał miejsca, niemniej sam wydźwięk wiążący się z przebiegiem dyskusji i głosowania świadczył, że spodziewana wcześniej "koalicja sumienia" nie doszła do głosu.
Z relacji "Wiadomości" Onetu wynika, że także premier nie stanął w obronie sumienia, a więc dał się wciągnąć w aferę polegającą na świadomym bojkotowaniu obiektywnych podstaw moralności w sprawach, które właśnie z istoty swojej muszą być postawione na gruncie moralności, dokładniej na gruncie prawa naturalnego, o czym księża biskupi przypomnieli w oświadczeniu zaraz po tych skandalicznych wydarzeniach.
Już nikt z posłów pewnie nie pamięta, jak Ojciec Święty Jan Paweł II wołał o "ludzi sumienia" (w Skoczowie) i jak w encyklice "Evangelium vitae" upominał się, by oprzeć cywilizację na Prawie Bożym, czego nie da się zrealizować bez prawidłowego wychowania sumień ludzi na wszystkich szczeblach życia społecznego. A sami przywódcy PiS odwoływali się do nauki Jana Pawła II, a zwłaszcza do "Evangelium vitae", co przypomniał nam wszystkim nieoceniony "Nasz Dziennik". Jak to zrozumieć, że tak łatwo o tym zapomnieli i dlaczego przywódcy stronnictwa, z którym wiązaliśmy wielkie nadzieje, ufając, że pod ich kierownictwem Polska wyzwoli się wreszcie z tych szatańskich sideł kłamstwa, zbrodni i wszelkiej manipulacji zapoczątkowanej przez sowiecki komunizm, a kontynuowanej przez przystrojonych w barwy "demokracji" agentów i zdrajców służących nadal jakiejś międzynarodowej i antypolskiej mafii, tak nieszlachetnie nas zdradzili i "skopali" tak podstawową dla Polski sprawę? Jak się to wszystko dzieje i dlaczego Polska nie może żyć własnym życiem i wciąż musi być ofiarą tych antypolskich formacji politycznych popychających nasz kraj do ostatecznej zguby? Kompetentnie i wnikliwie pisał o tym ks. prof. Czesław Bartnik w swoich "Wielkopiątkowych refleksjach". Ten tekst powinien być przedmiotem debaty na forum wszystkich poważnych gremiów, pragnących szczerze odrodzenia Polski, począwszy od Episkopatu, skończywszy na parlamencie.
Chyba nadszedł czas, aby zdecydowanie powiedzieć: "Nie!" - tym wszystkim skompromitowanym partiom "politycznym", które niezmiennie okazywały się być "magnum latrocinium" (czyli "bandą złoczyńców"), zamieniając dobro Narodu na partykularne korzyści swojej grupki pasożytów. Już chyba najwyższy czas, by zaprosić do sprawowania władzy ludzi mądrych i szlachetnych, dla których sumienie nie jest frazesem ani listkiem figowym, lecz istotą duszy i szczytem myślenia zanurzonego w świetle Chrystusowej Prawdy. Przykro nam za polityków, dla których słowo Kościoła jest świstkiem godnym wyrzucenia na śmietnik, a sumienie zbędnym rekwizytem zasługującym na pozostawienie w parafialnym muzeum osobliwości. Jeżeli Chrystus został przez kogoś wcześniej zaproszony do parlamentu (do kaplicy, a raczej podziemnych kazamatów tego gmachu), to ma pełne prawo do tego, by w tym miejscu, tak eksponowanym, nie czuł się znowu jak w więziennym lochu Kajfasza lub w salonie Heroda, opluwany i policzkowany przez arcykapłanów złotego cielca.
ks. prof. Jerzy Bajda

"Nasz Dziennik" 2007-04-20
Komentarze :Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
wszystkie komentarze
Odwiedzin :