Strona główna -> Duchowość -> Maryja - Totus Tuus -> Uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli


"Chcę, abyście nadal przychodzili do Cova da Iria trzynastego dnia miesiąca i codziennie odmawiali Różaniec. W ostatnim miesiącu uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli.
Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, nie mają bowiem nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił".

Mijają kolejne dni, które w życiu pastuszków przypominają zegarową tarczę; tu mamy jednak nie dwanaście, ale trzydzieści cyfr. Gdy wybije dzień trzydziesty, czas wchodzi w swą pełnię i na kilka chwil Niebo opiera swą dłoń o ziemię, a małym dzieciom ukazuje się Matka Najświętsza. I choć ten zegar tyka zawsze tak samo, to jednak dla dzieci czas mierzony tak samo wygląda inaczej. Wizja piekła zmieniła ich życie na zawsze. Kolor owego zegara jest... No właśnie, jaki on jest? Czy czarny, przepojony pesymizmem - wszak bardzo wiele dusz idzie na potępienie, a Matka Boża jest taka smutna? Nie, życie dzieci zostało nasączone czerwoną barwą - dodajmy, że niewidoczną dla postronnych. Kolor ten widać tylko z Nieba. Czy nie taka właśnie reguła obowiązuje w życiu duchowym? Czy prawdziwe cnoty nie są ukryte przed ludźmi, a wielkość przybiera postać uniżenia? Spójrzmy na bohaterkę objawień fatimskich. Dziś władczyni Nieba i Ziemi, chodząc po Nazarecie, choć Niepokalana, nikomu nie rzucała się w oczy. Gdy Jej Syn nawiedzi rodzinne miasto, jego mieszkańcy będą pytać powątpiewając: "Czyż nie jest to Syn Józefa? I czy nie znamy Jego Matki?". Gdyby Maryja była niezwykła, łatwo byłoby uwierzyć w wyjątkowość Jezusa. Tymczasem Matka Boża niczym nie różniła się od innych niewiast galilejskich. Była zwykłym człowiekiem - gdy patrzyło się na Nią z ziemi. Ale nie z Nieba. Oglądana stamtąd była niezwykłą, jedyną, najświętszą, przyciągającą Boga tak silnie, że faktem mogło się stać Boże Wcielenie!
Podobnie było z pastuszkami. Przybywający coraz liczniej pielgrzymi (wśród nich agenci władz, myślący, jak ośmieszyć Maryjne objawienia) nie dostrzegali w Hiacyncie, Franciszku i Łucji niczego szczególnego. Ale ich czas miał inną barwę: był intensywnie czerwony. Kolor ten oznacza miłość i ofiarę... Taka właśnie dominanta królowała w fatimskich dzieciach.
"O mój Jezu - powtarzały każdego dnia - przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do Nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twego miłosierdzia".
Ta modlitwa to streszczenie duchowości pastuszków i drogowskaz dla wszystkich idących ku Niebu fatimską drogą. Najpierw umacnia ona w nas pokorę, mówi, że jesteśmy grzeszni, że zasługujemy na karę, aż po tę największą, ostateczną, jaką jest potępienie. Ale zaraz na tej pokorze wznosi się wielka modlitwa za - jak pisała Siostra Łucja w swym niedokończonym dziele, w "Przesłaniu z Fatimy" - "dusze, które znajdują się w największym niebezpieczeństwie potępienia, czyli dusze będące w stanie grzechu śmiertelnego i ostatecznego braku skruchy, które nie pragną żałować za grzechy ani prosić Boga o wybaczenie, dusze uporczywie obstające przy złu". To ich trzeba najbardziej kochać, najczęściej o nich myśleć, najwięcej składać ofiar i najwięcej zanosić modlitw.
Dzień po dniu wizjonerzy ratują dusze. Są gotowi do coraz nowszych ofiar. Pragnienie ocalenia grzeszników tak ich rozpala, że są gotowi na wszystko. A za chwilę Bóg da im sposobność do zweryfikowania czy ta żarliwość jest tylko poranną mgiełką, którą rozproszy pierwsza pokusa, pierwsza przeszkoda, pierwsza próba, czy też jest to prawdziwy fundament ich duchowego życia.
Nie, dzieci zdadzą każdy, nawet najtrudniejszy egzamin. Przecież było w nich tak wiele łask! Po latach Siostra Łucja wspomina: "By nie zabrakło im łaski Bożej, aby nie osłabli, Pan zanurzył ich w Świetle swojego ogromnego Jestestwa, którego blask zalewa mnie, przyciąga mnie i obejmuje mnie. Gdziekolwiek zechce to Światło pójść, pragnę podążać za Nim, pragnę Je wielbić, pragnę Mu służyć i miłować Je, być dla Niego Hostią wiecznej chwały! Niczego więcej nie pragnę, niczego więcej nie pożądam. (...) W ten sposób Bóg staje się moim mieszkaniem, moją Świątynią, Życiem mojego życia oraz Jestestwem mojego jestestwa. Bez Niego nie istnieję. Od Niego otrzymałam istnienie, aby miłować Go, służyć Mu, wielbić z wiarą, nadzieją i ufnością, w pełnym oddaniu siebie Jego miłości do mnie". Czy ktoś tak napełniony mocami Bożymi może ulec ludzkim naciskom? Nie, nie może. Nawet jeśli na ich widok dziecięce serca zamierają ze strachu...
W dniu 13 sierpnia ludzie udaremnili Matce Najświętszej spotkanie z dziećmi. To nie jedyny tego rodzaju przypadek w historii objawień (przypomnijmy sobie Lourdes), ale skrajnie jaskrawy. Oto na scenie pojawia się Artur de Oliveira Santos, mason sprawujący urząd administratora Vila Nova de Ourem, zawzięty wróg Boga i Jego Matki - człowiek będący ucieleśnieniem tych, o których mówi przesłane z Fatimy: dusz, które najbardziej potrzebują miłosierdzia Bożego.
W dniu 13 sierpnia 1917 r. na miejscu objawień zgromadziło się sześć tysięcy ludzi. To - jak pisała Siostra Łucja - ludzie "zmęczeni i rozczarowani materializmem i oszustwami tego świata przybiegali spragnieni w poszukiwaniu nadprzyrodzonego Boga". Dziś to samo zmęczenie i głód ożywiają w ludziach pragnienie spotkania z Niebem w miejscach objawień, na rekolekcjach, w lekturach, które pisane były z uchem przy sercu Bożym. Jakie to uczucie, kiedy spotyka nas zawód? Najczęściej jest to gniew. Nawet jeśli jest bezsilny, z czasem staje się niebezpieczny. Ten, jaki obudził się w ludziach 13 sierpnia, stał się niebezpieczny już po tygodniu. Dlatego administrator odwozi dzieci na werandę plebanii w czasie, gdy ludzie gromadzą się w kościele. Chce, by wszyscy zobaczyli, że dzieci powróciły całe i zdrowie, że wszystko wróciło do normy. To było 19 sierpnia, w niedzielę, w dniu, w którym wspominamy czwarte objawienie fatimskie.
Przypadło ono 19 sierpnia, bo do wcześniejszego spotkania zaplanowanego przez Niebo nie doszło. Maryja przybyła z Nieba, ale nie zastała swoich małych wybrańców. Dzieci porwały siły zła... Tamtego dnia nastąpiła pierwsza konfrontacja sił Nieba i Ziemi na polu objawień fatimskich. Potem będą następne. Bo - jak wspomina Siostra Łucja - "kiedy ludzie pragną zwyciężyć przeciwnika, przygotowują narzędzia wojny. Natomiast Bóg przygotowuje narzędzia pokoju, modlitwy i poświęcenia...". Te jak magnes przyciągają nieprzyjaciela, aby pokonać w nim zło i postawić na drodze zbawienia. Wróg naszego zbawienia atakuje, ale nawet nie wie, że ta konfrontacja została wpisana w odwieczny plan Boży. Kiedy szatan atakuje świętych, traci władzę nad światem, a Królestwo Niebieskie rozrasta się jak drzewo. Bo wizjonerka pisze dalej: "Narzędzia te torują trudne ścieżki życia, stąpają po cierniach, wspinają się po stromym zboczu Kalwarii, stawiając swoje stopy po śladach pozostawionych przez Pana na drodze, którą szedł". To droga współzbawiania świata... Ale nie sądźmy, że Bóg tego chce. Nie, Bóg z pewnością nie zaplanował ani nie chciał tego, co stało się 13 sierpnia 1917 r. w Fatimie. To zło samo zostało przyciągnięte przez dobro tych dzieci. Jakie musiało być piękno duchowe, jaka żarliwość ich miłości i wielość ich ofiary, skoro uderzyło w nich takie zło!
Kiedy Matka Boża stawiła się na umówione z wizjonerami spotkanie, w Dolinie Pokoju nie było Łucji, Franciszka i Hiacynty. Na godzinę przed rozpoczęciem czwartego objawienia Artur de Oliveira Santos uprowadził dzieci do miasta. Był owładnięty diabelską gorliwością. Chciał wysunąć się przed szereg, pokazać się jako skuteczny, odważny i bezwzględny członek masońskiej loży. Śnił mu się awans? A może temu małemu człowiekowi przyświecała tylko nienawiść, to uczucie, które budzi się w człowieku, kiedy nienazywalna tęsknota jego serca za Bogiem staje się tak silna, że trzeba zadać kłam samemu przedmiotowi tęsknoty i udowodnić, że Boga nie ma?! Ale, skoro Boga nie ma, nie ma też sekretu fatimskiego. Dlaczego więc biedny Artur pytał o jego treść? Sam doprowadził siebie do absurdu...
Nic nie było w stanie pokonać łaski, jaka zamieszkała w małych fatimskich dzieciach. Nie pomogły groźby, wtrącenie do więzienia z pospolitymi przestępcami, bo dla dzieci była to okazja do ich nawracania. Nie pomogła przebiegła inscenizacja wrzucania kolejnych dzieci do kotła z wrzącym olejem. Hiacynta, Franciszek i Łucja płakali i drżeli ze strachu, ale Boga nie opuścili. W końcu Artur de Oliveira Santos musiał przyznać się do porażki. Odwiózł dzieci do Fatimy.
Matka Boża nie rozciągała cezury czasu. Ludzie opóźnili spotkanie, ale Ona go nie opóźni. Była tak "niecierpliwa", że nie czekała na to, by dzieci pojawiły się znowu w Cova da Iria. Pewnie byłyby tam już nazajutrz, ale dla Maryi to było zbyt późno. Nie czekała nawet na to, by wizjonerzy byli razem. Gdy tylko Łucja i Franciszek poprowadzili owce na wypas, gdy znaleźli się poza wioską, stanęła przed nimi.
Mason chciał ośmieszyć objawienia Matki Najświętszej i wydobyć od dzieci powierzony im przez Maryję sekret. Wszystko na próżno. Udało mu się to tylko, że sierpniowe objawienie fatimskie miało miejsce w innym dniu, w innym miejscu i bez sześciu tysięcy świadków...
Można by sądzić, że to niewiele, gdyby nie słowa Maryi o skutkach czynu administratora. W spóźnionym objawieniu Maryja powiedziała, że działania jednego człowieka, który wystąpił przeciwko Niej, pociągnęły za sobą poważne konsekwencje. Hiacynta przytacza Jej słowa: "Jeśli nie zostalibyśmy zabrani do Ourem, cud [w październiku] byłby wiele większy. Przyszedłby św. Józef z Dzieciątkiem, aby obdarzyć świat pokojem. Zbawiciel pobłogosławiłby lud. Matka Boża Różańcowa ukazałaby się z dwoma aniołami po bokach. Matka Boża Bolesna przyszłaby ozdobiona wieńcem kwiatów".
Pytamy: Jaki byłby, gdyby administrator tamtejszego rejonu, mason, nie wystąpił przeciwko Bogu i Jego Matce? Jak wielki byłby ten cud, "aby wszyscy uwierzyli", skoro, choć pomniejszony, był tak spektakularny, że rzucił na kolana ponad 70 tys. zebranych na miejscu objawień, że nawrócił wszystkich tam obecnych niedowiarków i wrogów Kościoła? Ale możemy też zadać inne pytanie: Czy podobnej tamy dla Bożych łask nie robi wielu z nas dziś...? Skoro jeden zły człowiek popełniający jeden zły czyn może tak bardzo zamknąć Niebo...
Jakby komentując bezbożny postępek administratora, w sierpniowym objawieniu Maryja zawarła swe najbardziej tragiczne przesłanie: "Wiele dusz idzie na wieczne potępienie". Moc zła jest tak potężna, że nie tylko potrafi wysuszyć wiele strumieni łask, ale i groźbę potępienia może uczynić rzeczywistością. Zło popełnione przez jednego człowieka może wpływać na losy całych narodów; może też zepchnąć wielu ludzi do piekła. Maryja ukazała to na przykładzie jednego człowieka, który walczy z Bogiem. Takie skutki miał czyn pana de Oliveira Santos, ale podobne może mieć grzech każdego pana Kowalskiego i pani Kowalskiej.
W tym samym sierpniowym objawieniu Maryja przekazała dzieciom lekarstwo na zło: "Chcę, byście odmawiali Różaniec...". To właśnie on miał sprawić, że podczas ostatniego objawienia dokonał się jednak zapowiedziany cud. I choć mniejszy, on również był w stanie pchnąć świat na nowe tory...
Bo mimo potęgi zła ostatecznie zwycięża jednak dobro.
Jesteśmy odpowiedzialni za świat. Przez swoje dobre czyny, przez ofiary, akty zadośćuczynienia i modlitwę mamy wielki wpływ na jego losy. Radujmy się, bo możemy przyspieszyć godzinę triumfu Niepokalanego Serca Maryi, przybliżyć nadejście wiosny chrześcijaństwa i cywilizacji miłości. Ale pamiętajmy, że swym życiem możemy też czas łaski oddalić i pomniejszyć.
Jeden człowiek może zmienić losy świata? Fatima zdaje się potwierdzać, że nasze dobre i złe czyny mają bezpośredni wpływ na to, co dzieje się nie tylko wokół nas, ale nawet w najdalszych zakątkach ziemi. Nasze grzechy pomniejszają wielkość łaski, jaką Bóg udziela światu. Czy nie o tym mówiły objawienia przy Rue du Bac w 1830 roku? Pamiętamy, że wiele pierścieni na palcach Matki Bożej nie promieniowało nieziemskim światłem... Maryja wyjaśniła: "Są to łaski, o które nikt nie prosi". A w jednym z objawień w Afryce Niepokalana Pani wołała: "Z całych sił muszę powstrzymywać strumienie łaski, bo nic nie czynicie, aby mi pomóc. Proszę was o pomoc, moi wybrańcy!".
Na koniec dodajmy jeszcze jedną uwagę. Sierpniowe objawienie w Valinhos dało nam wyraźny znak, że objawienia fatimskie nie są przywiązane do jednego miejsca. Niebo połączyło je ze swoimi wybrańcami: z Łucją, Franciszkiem i Hiacyntą. Objawienia, można rzec, idą za nimi - z Hiacyntą do Lizbony, z Franciszkiem do rodzinnego Aljustrel, z Łucją do Porto, Pontevedry, Tuy, Coimbry.
Wincenty Łaszewski
"Nasz Dziennik" 2007-10-13

Odwiedzin :