Strona główna -> Duchowość -> Maryja - Totus Tuus -> Historia miłości


Zupełnie inne było życie kolejnego Świadka Fatimy, najważniejszego Świadka... Jest nim Siostra Łucja, która jako dziesięcioletnia pasterka dostąpiła w Fatimie łaski objawień Matki Bożej i której Maryja zleciła misję zaprowadzenia na świecie nabożeństwa do Jej Niepokalanego Serca.

Jej życie znamy coraz lepiej (przede wszystkim to ważniejsze, wewnętrzne), niedawno ukazało się bowiem kilka pozycji przybliżających jej postać i misję. To wspomnienia przełożonej klasztoru w Coimbrze, gdzie Siostra Łucja żyła od 1948 r. do śmierci. To niedokończone zapiski samej wizjonerki opowiadające o objawieniach fatimskich "przez pryzmat czasów i wydarzeń". To wreszcie dokumentacja "Ukryte życie Siostry Łucji" zawierająca obfitą korespondencję wizjonerki, opatrzoną komentarzem dwóch wielkich autorytetów fatimskich: o. Martinsa i ks. Foksa.

Uzupełniona biografia
Nie będziemy tu przypominać jej biografii, bo jest ona dobrze znana. Dziś skorzystajmy z okazji, by rzucić na jej życie kilka strumieni światła odkrywających to, co dotychczas było przed nami zakryte. Ograniczymy się do ich ukazania; oglądane przez nas fakty nie potrzebują chyba komentarza.
Siostra Łucja żyła długo, bo 98 lat. Pół roku przed swym odejściem do nieba śmiała się, że Maryja obiecała, iż wizjonerka pozostanie na ziemi tylko "przez pewien czas". Wyglądało na to, że nie będzie musiała żyć tak długo, że przekroczy próg nowego tysiąclecia. Przecież "niedługo" skierowane do pozostałej dwójki wizjonerów, Hiacynty i Franciszka, okazało się krótką chwilą - kuzyni Łucji umarli w ciągu trzech lat. Tymczasem "pewien czas" dany Łucji oznaczał blisko 90 lat! Jak opornie przyjmował świat orędzie z Fatimy, że Maryja musiała rozciągnąć życie swojej wybranki... A ona do końca pozostała wierna swej trudnej misji, czerpiąc do tego moc z Eucharystii.
Sama podkreślała, że jej życie zostało powiązane z tym wielkim sakramentem. Przyszła na świat 22 marca 1907 r., tuż po tym, jak jej matka przyjęła Komunię Świętą. Z radością powtarzała, że zanim się urodziła, pierwszy raz przystąpiła do stołu eucharystycznego. Tak "eucharystycznie" rozpoczęło się niezwykłe życie człowieka wybranego na świadka mocy Maryi. Potem została wybrana przez niebo na wizjonerkę objawień fatimskich, w których centrum stoi Eucharystia! Potem zmarła w Roku Eucharystii!... Może to ważny wątek dla naszej refleksji nad wypełnianiem przez nas fatimskiego orędzia.
Podobnie jak ten drugi, oczywisty: Maryjny. Zresztą i tu samo niebo dawało znaki. Cela, którą otrzymała w Coimbrze, była poświęcona Niepokalanemu Sercu Maryi. Habit karmelitański, przez który upodobniła się do Matki Bożej Fatimskiej z ostatniego objawienia, przywdziała 13 maja 1948 roku...
Jaka była? To był zwykły człowiek. Zwykły na zewnątrz, niezwykły w skrytości serca. Jak głosi motto Karmelu: "Na zewnątrz jak każdy inny, w środku jak nikt inny!". Współsiostry wspominają: "Mogłaby myśleć, że skoro niebo udzieliło jej tyle nadzwyczajnych doświadczeń, nie powinna żyć zwykłym życiem, lecz znajdować się na innej orbicie. Nic w tym rodzaju!".
Była świętą, ale świętą prawdziwą. Miała swój charakter, własną osobowość. Nie była bezwolna - choć posłuszna. Błyszczała dowcipem, była pełna wigoru, głośno się śmiała, lubiła śpiewać i opowiadać historie z dzieciństwa. Im bliżej dnia odejścia, tym była radośniejsza: "Pod koniec życia jej serce stało się lekkie" - wspominają karmelitanki z Coimbry. Miała pamięć tak świetną, że niektórzy nazywali ją fotograficzną. Pod koniec życia ta cecha dotyczyła tylko objawień, resztę zaczynał pokrywać mrok starości: "Gdy w grę wchodziły orędzia z nieba, jej pamięć była doskonała jak zawsze".
Miała się za nic. "Kiedy przychodzili do niej najwięksi ludzie tego świata i najważniejsze osobistości Kościoła, powtarzała: "To z powodu Matki Najświętszej". Rozmawiała z kardynałami i książętami z tą samą prostotą i naturalnością, z jaką gawędziła z naszym ogrodnikiem...". "Wszystko dla niej wydawało się proste - była uosobieniem prostoty - była w pełni czysta".
Taka była od zawsze. To rodzice nauczyli ją spoglądać na świat oczami Boga, przed którym wszyscy są równi i dla którego każdy jest tym jedynym, najważniejszym. Gdy Siostra Łucja spotykała bliźniego, traktowała go zawsze jako kogoś wyjątkowego, najważniejszego na świecie. Dawała mu całą miłość, którą Bóg umieścił w jej sercu.

Prostota i odwaga
Była zwyczajna, szczera, nie było w niej fałszu, dwulicowości, jakiejkolwiek pozy. Ilustrują to wspomnienia przełożonej z Coimbry.
Tuż po objawieniach, kiedy Łucja mieszkała w Porto, ustrojono ją dla gości (biskupa Leirii i słynnego kanonika Formigao) w gorset i najmodniejsze szaty. Wspominając tamto zdarzenie, mówiła, że czuła się jak Dawid, którego Saul odział w swą zbroję: "Nie mógł się poruszyć" (1 Sm 17, 39). Łucja siedziała przy stole i czuła się coraz gorzej. Nie mogła oddychać, nie mówiąc już o jedzeniu. W swej prostocie wstała w milczeniu od stołu, wyszła z salonu, by za kilka minut pojawić się... w swoim własnym ubraniu. Przełożona z Coimbry przypomina sobie: "Zajęła miejsce przy stole jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, teraz gotowa, by jeść".
Kiedy w szkole w Porto wybuchła grypa i wiele dziewcząt mogło umrzeć, zdecydowano, że wszystkie chore uczennice otrzymają ostatnie namaszczenie. Jedna z nich, Miquelina, nie chciała, bała się bowiem, że tym samym potwierdzi gotowość na śmierć, a chciała żyć. Ona jedna umarła. Kiedy jej matka przyjechała na pogrzeb i Łucja zapytała ją o powód płaczu, powiedziała, że boli ją strata dziecka, a poza tym nie ma pieniędzy na powrót do domu. Łucja "zdjęła z uszu duże pierścienie (tak je opisywała), jakie przywiozła z domu, i dała kobiecie, polecając, by spieniężyła je u jubilera"...
Uwielbiała jazdę konną. Jeszcze jako uczennica w Porto "wybierała najsilniejszego konia i pędziła na nim galopem, podczas gdy jej przerażona przyjaciółka wołała: 'Uważaj, byś nie upadła'. Popędziwszy na szczyt wzgórza zawracała, by znaleźć przyjaciółkę niemal w tym samym miejscu, zawołała ją i znów puściła się galopem".
Podczas wojny domowej w Hiszpanii mieszkała w domu zajętym przez garnizon wojskowy. "To ona wlewała odwagę w serca swoich towarzyszek. Jej serce zdawało się niedostępne dla lęku". Wychodziła do ogrodu, raz nawet pojechała samochodem pełnym żołnierzy do Madrytu, by odwiedzić współsiostry. "Podczas podróży siostra Maria das Dores (czyli Łucja) zachęciła wszystkich żołnierzy do śpiewania 'Rosario da Aurora' (Zorza różańcowa), co przyciągnęło mnóstwo ludzi, przestraszonych, ale zaciekawionych, do okien, by ujrzeć, co się dzieje. W tamtych czasach była to rzecz zdumiewająca".
Kiedy mieszkała w Vila Nova de Gaia, prowadziła wychowanki na spacery. Po drugiej stronie ulicy szli naigrywający się z nich chłopcy, śpiewając: "Siostry Miłosierdzia, pum, pum, pum. Żyją w żółtym domu, pum, pum, pum!". "Pewnego dnia Siostra Łucja zamieniła się miejscami z siostrą, tak że znalazła się po tej samej stronie co chłopcy. Kiedy gromada się zbliżyła, złapała jednego z nich i zaczęła walić w niego jak w bęben w rytm muzyki, jaką śpiewali. To był koniec zabawy! Potem, ilekroć chłopcy się zbliżali, by zacząć, a któryś z nich ujrzał siostrę, która otrzepała ich z kurzu, ostrzegał swych kumpli, mówiąc: 'Nie, nie te'".
Miała odwagę, ale umiała też żartować. Potrafiła wygonić z kuchni nowicjuszki, posługując się drewnianą łyżką, kiedy te, przebrane za profeski, próbowały podejrzeć przygotowywane przez Siostrę Łucję niespodzianki.
Kiedyś, jeszcze jako uczennica w Porto, będąc na spacerze, "spotkała jakichś ludzi idących w stronę klasztoru. Zapytali ją, jak się dostać do klasztoru, w którym żyje wizjonerka z Fatimy. Grzecznie pokazała drogę, dodając, że o tej porze wizjonerki może nie być w domu. Mając nadzieję, że spotkają ją może gdzieś na ulicy, zapytali, jak wizjonerka wygląda. 'Mniej więcej tak jak ja' - odpowiedziała i ruszyła dalej".
Nie ustępowała w rozmowach. Kiedyś specjalnemu wysłannikowi Stolicy Apostolskiej oświadczyła: "Nie mam zamiaru się spowiadać". To ks. kard. Bertone zadał jej pytanie, na które, jej zdaniem, nie musiała odpowiadać.
Kiedyś pewien teolog powiedział do niej: "Nie wydaje mi się, by Anioł mógł odmawiać modlitwę do Trójcy Przenajświętszej". Siostra Łucja ma to: "Nie wiem, czy Anioł był teologiem czy nie, ale wiem, że Anioł tę modlitwę odmawiał".
Nie była bezwolna. Kiedy opuszczała doroteuszki, zaproponowano jej Karmel w Oporto lub w Fatimie. Ona odrzuciła obie propozycje - miasta te były zbyt blisko klasztoru, w którym dotąd mieszkała, i miejsca rodzinnego. Zgodziła się na Coimbrę, "która była w połowie drogi".

Marzenia i posłuszeństwo
Była ciekawa świata, otwarta na nowości. Już licząc ponad 70 lat, zaczęła się uczyć pisania na elektrycznej maszynie "i nie miała kłopotów z nauczeniem się".
Miała marzenia. Zawsze chciała wstąpić do Karmelu, ale w tamtych czasach w Portugalii pozostały tylko "użyteczne" zgromadzenia, jak doroteuszki, u których uczyła się w szkole w Porto. "Nosiła się nawet z myślą nauczenia się francuskiego, by wstąpić do klasztoru w Lisieux! Ale w tamtych czasach nie było łatwo uczyć się języków!".
Chciała zostać misjonarką w Afryce. Ponieważ było to niemożliwe, ewangelizowała Czarny Kontynent w inny sposób. Robiła dla misjonarzy setki, tysiące różańców, które na jej prośbę wysyłano do Afryki. Robiła je w każdej wolnej chwili, z wielką gorliwością i dbałością. W listach wiele razy dopominała się o lepszy drut, by jej różańce były mocniejsze.
Przy okazji dowiadujemy się, że była praktyczna i nie znosiła źle wykonanej pracy. Siostry, które w Karmelu uczyły się od niej wyrabiania różańców, rzadko zasługiwały u Łucji na pochwałę.
Obowiązki wypełniała "dokładnie i pilnie". Ale szczególnie angażowało ją wypełnienie misji z nieba. "Czyniła wszystko, by wypełnić żądanie Maryi. Generał zakonu karmelitańskiego wspomina: 'Nie zaznała spokoju, dopóki nie wciągnęła mnie w swoje zadanie głoszenia przesłania Najświętszej Maryi Panny'". Angażowała się w służbę orędziu z radością: "Wszystko, co dotyczyło poznawania orędzia, dawało jej przyjemność".
Przede wszystkim była posłuszna. Jej sekret to posłuszeństwo woli Bożej. Było ono tak głębokie, że o. Low Kondor myślał nawet zrobić film, którym byłoby jedynym tematem.
Postawę Siostry Łucji wyraża list z 10 października 1943 r.: "Niech się dzieje Jego wola. Nie proszę Go o zdrowie ani o chorobę, o życie ani o śmierć. Niech ześle mi to, co się Mu najbardziej podoba. On wie, w jaki sposób sprawię Mu najwięcej radości i oddam najwięcej chwały. To jedyna rzecz, o jakiej myślę...".
Wolę Bożą widziała w życzeniach swych przełożonych. Kiedy zdawało się jej, że to, czego domaga się Kościół, nie zgadza się z tym, czego żądał Bóg, oddawała się modlitwie. Wiemy, że Bóg udzielał jej przez Maryję odpowiedzi, czasem poprzez objawienia. Tak było na przykład 2 stycznia 1944 r., kiedy wizjonerka leżała chora w infirmerii, a Matka Najświętsza ukazała się jej "na ścianie naprzeciwko korytarza, jaki łączy pokoje matki Meirelas i matki Cabral". Wówczas ukazała się po to, by potwierdzić, że nasz Świadek Fatimy powinien spisać trzeci sekret.
Siostra Łucja. Człowiek, którego Bóg wybrał na świadka i apostoła Niepokalanego Serca Maryi. Człowiek prostoty, ukrytej świętości, odwagi i posłuszeństwa. "Jak wiele łask otrzymał świat przez jej ofiarę i modlitwę?" - pyta przełożona Karmelu. Nikt tego nie wie, choć jest ich z pewnością więcej, niż potrafi ogarnąć nasz rozum. A życie największego Świadka Fatimy? Jak je zdefiniować? Wystarczą dwa słowa: "historia miłości".
Siostro Łucjo, najważniejszy Świadku Fatimy, bądź nam wzorem i przewodnikiem.
Wincenty Łaszewski
"Nasz Dziennik" 2006-10-13

Odwiedzin :