Maryja pięknie prowadzi
– chociaż czasem i swojego syna podda próbie
„trzy pstryczki w nos”.

W tym roku, czyli 2011 w Medjugorie byliśmy od 4 do 11 lipca. Jak co roku Matka Boża zorganizowała ten wyjazd, bo tak po ludzku o własnych siłach na organizację trzeba by wysilić się 5 razy więcej, żeby taki wyjazd doszedł do skutku. Głównym organizatorem od strony ludzkiej, była Rodzina z Łańcuta i to właśnie oni zapisali najwięcej ludzi. Drugi punkt był w Rzeszowie, a trzeci w Toruniu. I tak spontanicznie, bez żadnego wysiłku organizacyjnego zebrał się pełny skład pielgrzymów. Tak to ta nasza rodzinna organizacja wygląda, pod patronatem Matki Bożej.
        Zaczęliśmy pielgrzymkę od Łańcuta, potem Rzeszów i Msza Święta na początek podróży u świętego Jana z Dukli na górze w pustelni. Pierwsze doświadczenie było już w Dukli po Mszy Świętej. Podeszła do mnie jedna pątniczka i powiedziała, że jest wśród nas pani, która ma pierścień atlantów – że ona już z nią rozmawiała. I poprosiła żebym ja z tą panią porozmawiał. Rozmowa była krótka, pani pierścień oddała, a ja wyrzuciłem go w zarośla. Ruszyliśmy spokojnie w dalszą podróż. Jechaliśmy przez Słowację, malownicze Węgry, zatrzymaliśmy się w Budapeszcie na górze św. Gelerta. Potem ruszyliśmy dalej do granicy Węgiersko – Chorwackiej, na przejście graniczne Letenye – Gorican.. Był to już piąty rok z kolei, kiedy to przejście unijne przekraczaliśmy – ale w tym roku okazała się szczególna złośliwość i upartość celników, dlatego musieliśmy jechać przez Słowenię, gdzie spokojnie i z europejską kulturą przejechaliśmy granicę Chorwacką. Do Medjugoria dojechaliśmy w tym roku 3 godziny później niż było zaplanowane. Był to pierwszy „pstryczek w nos”. Może był to duchowy odwet za ten pierścień atlantów?
      Podróż jak zawsze była otulona modlitwą różańcową. Dni pobytu w Medjugoriu, przeżywaliśmy głęboko, zatapiając się w modlitwę sercem, nie rozstając się z różańcem. Ja osobiście nie zwracam już uwagi na różne zewnętrzne znaki na słońcu, ale zawsze w tamtym miejscu u Matki Pokoju, czuję głęboki pokój serca i zauważam pokój wokół. Jest to miejsce głębokiej modlitwy i pięknych życiowych spowiedzi i nawróceń – coś niesamowitego. Moje kapłańskie siły i czas poświęcałem ludziom, których miałem pod opieką duchową. W atmosferze głębokiej modlitwy pokazałem im ważne miejsca Medjugorskie: Górę Krzyża, Górę objawień, Cenacolo, Wspólnotę Błogosławieństw, Matczyną Wioskę. Byliśmy także w Chorwackim Lourdes i nad wodospadami. Wszystkie spotkania i podróże były przepojone modlitwą, a my byliśmy wtuleni w płaszcz Matki Bożej Pokoju. Bogu niech będą dzięki za te cudne chwile modlitewnego pokoju.
      Ludzie, którzy ze mną jechali pięknie przeżywali to kilkudniowe spotkanie z Maryją, Matką Pokoju i w przedostatni dzień wielu zdecydowało się na spowiedź świętą. A tu „zły duch” strasznie chciał zamieszać. W sobotę 9 lipca w czasie obiadu nastąpił „atak”. Pani Maria, ta, która miała pierścień atlantów, teraz stosowała maseczki i olejki eteryczne, tak drażniące, że pielgrzymi się skarżyli. Jako dobry pasterz, który nie chowa głowy w piasek postanowiłem po raz kolejny upomnieć. I z Bożego pokoju, zrobiła się chwilowa wojna. Pani Marii otworzyła się buzia: ksiądz jest małolatem, ksiądz mało wie i nie będzie mnie pouczał. Ja byłam już na niejednej pielgrzymce – zwiedziłam wszystkie sanktuaria. Znam księży i wiem, jacy oni są – ksiądz mógłby być moim synem i nie będzie mnie pouczał. Pani Alina, była zaskoczona tą sytuacją i gdy próbowała zabrać głos, usłyszała: pani niech się nie wtrąca, z panią nie rozmawiam. A co do księdza to ja mu pokażę, jestem krewniaczką [jednego duchownego]- ja tą sprawę odpowiednio załatwię. A do księdza, to ja do spowiedzi nie pójdę. W tym momencie odezwałem się i powiedziałem: za daleko pani zaszła, przecież o spowiedzi nie rozmawialiśmy. Był to dla mnie drugi „pstryczek w nos”.
         Wieczorem poszliśmy do kościoła na Mszę Świętą, a przed Mszą ludzie, którzy wcześniej deklarowali, że chcą się wyspowiadać przyszli do spowiedzi. Między wierszami usłyszałem, że ta sytuacja przy obiedzie o mało, co ich od spowiedzi nie odciągnęła.
          W niedziele 10 lipca 2011 roku, przed południem ruszyliśmy w drogę powrotną, ze spokojem w sercu, który otrzymaliśmy od Matki Bożej Pokoju i z dobrze odprawionych spowiedzi świętych, nawet z całego swojego życia. Droga była piękna, malownicza, relaksująca, a przejścia graniczne przyjazne. Spokojnie wróciliśmy do Polski. Na zakończenie odprawiłem Mszę Świętą w mojej parafii Kopytowej i rozwiozłem pielgrzymów w miejsca skąd ich zabrałem. Było super, po Bożemu, a owoce podróży do Matki Bożej Pokoju wspaniałe.
        Kilka dni później, tak na koniec dostałem trzeci „pstryczek w nos”, czyli pismo, które było reakcją na złośliwe zarzuty pani Marii, która „wypełniła swoje groźby”. Nie żywię żadnej urazy z tego powodu do żadnego człowieka, bo źródłem zamieszania nie są ludzie.
          Panie Boże i kochana moja Mateczko, skoro tak się złożyło, to wszystko przyjmuję i jestem przekonany, że i ta sytuacja jest w granicach Bożej Opatrzności oraz przyniesie błogosławione owoce, jeszcze głębszego, prawdziwego Bożego Pokoju. Maryjo, Matko Pokoju, daj głęboki pokój swojemu niegodnemu synowi. Amen.

Ks. Witek

Odwiedzin :