Świadectwo wiary – Medjugorie 2011

Jestem człowiekiem prostym i słabym nie mam wyższego wykształcenia więc i słowa moje będą proste ale z serca wypływające. Jestem parafianinem Łańcuckiej Fary pod wezwaniem św. Stanisława biskupa. Żyjąc w dzisiejszych czasach (w dobie opluwania kościoła i jego oddanych apostołów czyli kapłanów ) odczuwam wewnętrzną potrzebę napisania kilku słów. Niech to będzie moje świadectwo życia i wzrastania w wierze w naszej parafii nie tylko w niej. Na początek się przedstawię: Ryszard syn Jana, z Łańcuta. Dom moich rodziców odwiedzało wielu kapłanów, ze względu na to że ojciec mój św. pamięci Jan udzielał się w różnych pracach dla kościoła w Łańcucie jak również w innych parafiach. Był znanym i szanowanym mieszkańcem miasta. Podczas wizyty Papieskiej w Rzeszowie miał zaszczyt nieść do poświęcenia, przez obecnie Bł. Jana Pawła II korony dla Matki Boskiej Szkaplerznej z Łańcuckiej Fary. Tak więc zostałem wychowany w duchu chrześcijańskim i został mi wpojony szacunek dla kapłanów. Zawsze mam w uszach słowa „Najpierw wyciągnij belkę ze swego oka…..” Pisze między innymi dlatego, ponieważ oczernia się kapłana ks. Witolda Głuszka.
Kapłan ten jest mi dobrze znany i mam dla niego szczególny szacunek, za pomoc duchową jakiej udziela mi i mojej rodzinie. Wykazuje on wiele cierpliwości i zaangażowania, zawsze ma czas na szczerą rozmowę, spowiedź czy indywidualne błogosławieństwo. Jest on bardzo oddany Jezusowi i Maryi, co widać podczas odprawiania przez niego Mszy Świętej i nabożeństw Maryjnych. W moim życiu działo się różnie. Nigdy nie odszedłem od Boga i nie zaniechałem praktyk religijnych ale uwikłałem się w bardzo podstępny sposób w okultyzm i wcale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Poprzez członka mojej dalszej rodziny zostałem wciągnięty w praktyki bioenergoterapii i radiestezji. Co prawda nie działałem na wielką skalę ale w domu próbowałem leczyć żonę, dzieci, kolegów w pracy. Energetyzowałem również siebie za pomocą wahadła radiestezyjnego, które miało promieniować bezpieczną energią. Wiedzę czerpałem z bogatych zasobów wiedzy mojego wujka, który zresztą para się tym do chwili obecnej. Przeczytałem parę artykułów. Nie jest to lektura dla gorliwego katolika. Wszystko szło dobrze, wydawało mi się nawet że jestem skuteczny, tylko jakoś sprawy wiary stawały mi się trochę mniej ważne: spowiedź dwa razy do roku, od święta i to z oporem, stanie na Mszy pod kościołem nawet lekka awersja do sakrum, trudno było mi zatrzymać wzrok na krzyżu, obrazie Jezusa ,czy Maryi. Wydawało mi się, że nie jestem godny (pewnie tak było) W naszym Łańcuckim kościele nigdy nie słyszałem że są takie zagrożenia duchowe jak okultyzm w wydaniu bioenergoterapii czy radiestezji, leczeniu ludzi za pomocą bliżej nieokreślonych energii. Pan Jezus jest jednak łaskawy i nie zostawił mnie w tym zakłamaniu. Moja żona dowiedziała się o odbywających się Mszach i nabożeństwach z modlitwą wstawienniczą o uzdrowienie i uwolnienie w Jarosławiu prowadzonych przez Sekretariat Ewangelizacji Matki Boskiej Anielskiej z Krakowa w osobie o. Józefa Witko i Teodora Knapczyka. Choć nie byłem tym zachwycony moja żona zapałała nagłą i nieodpartą chęcią uczestnictwa w takiej Mszy Św. Wróciła i następnym razem musiałem już z nią pojechać choć nie bez oporów. I tak się zaczęło: najpierw trzecia środa z ojcem Witko potem pierwszy piątek z księdzem Markiem Wasągiem, konferencje ks. Rajchela w Jarosławiu i ks. Golenia w Rzeszowie. Wszędzie tam słyszałem, że bioenergoterapia, radiestezja, reiki itp. są poważnym zagrożeniem duchowym (grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu) Postanowiłem się z tego wyspowiadać, ale to dopiero początek.
Zacząłem odczuwać naciski, wręcz dręczenia, bałem się o tym mówić, próbowałem się spowiadać ale nie pomagało. Jeździliśmy z żoną nadal na nabożeństwa wstawiennicze. Chwilę czułem się lepiej, a potem wracało. Byliśmy całą rodziną (ja ,żona i dwóch synów prywatnie po błogosławieństwo i modlitwę wstawienniczą) u ks. Rajchela w opactwie w Jarosławiu. U mnie nastąpiła lekka poprawa, ale nie na długo. W niedługim czasie moja żona zapragnęła pojechać na pielgrzymkę do Medjugorie i znalazła taką okazję. Pojechała i wróciła zachwycona, promieniowała pokojem i łagodnością. Pielgrzymka przebiegała pod opieką duchową ks. Witolda Głuszka - wtedy z parafii Kopytowa. Tak więc na spotkanie po pielgrzymkowe pojechaliśmy już razem. Słyszałem wiele świadectw wypowiadanych przez uczestników. Urzekła mnie też skromna i pokorna postawa ks. Witolda (przetarte siatkowe buty dawały wiele do myślenia). Kapłan który potrafi być wesoły, a jednocześnie słucha i nie śpieszy się z oceną sytuacji, mówi raczej mało niż za dużo, więcej słucha. Już wtedy czułem, że chciałbym z nim porozmawiać o moich problemach duchowych. Dowiedziałem się, że pości on o chlebie i wodzie w każdą środę i piątek od kilku lat. Tak więc w następnym roku udałem się z moją rodziną do Medjugorie (żoną i dziećmi).Tam zobaczyłem jak wiele czasu i serca w posługę kapłańską i opiekę duchową wkładał ks. Witold Głuszek. Mógłbym wiele pisać o Medjugorie, ale zapewne wielu wie o łaskach i przeżyciach jakich tam ludzie doznają. Ja powiem tylko, że dla mnie to wielkie przeżycie i ogromne wzruszenie.
Tam pod kierownictwem duchowym ks. Witolda otworzyły mi się oczy na żywą wiarę. Zobaczyłem również, że Chrystus umarł za wszystkie narody i nie tylko Polacy potrafią się pięknie modlić. Zdrowaś Maryjo i Ojcze Nasz w innych językach brzmią równie pięknie. Wróciłem odmieniony. Dalsze kontakty z ks. Witoldem doprowadziły wreszcie do trudnej dla mnie rozmowy, o moich problemach duchowych. Ku mojemu zdziwieniu rozmowa nie była trudna dla ks. Witolda i dostałem cenne porady i wskazówki jak również błogosławieństwo. Po rozmowie czułem, że moje problemy wreszcie się zakończą. Po kolejnych spowiedziach, w tym po ostatniej u ks. Witolda wreszcie uzyskałem pokój ducha, znikły też moje dręczenia. Wiem, że bez tej pomocy nie dałbym sobie rady. Czuję też moc modlitwy, która ze strony ks. Witolda wspiera mnie do dziś. Jestem Mu niezmiernie wdzięczny. Po pielgrzymce do Medjugorie w 2011 roku, jako jedne z owoców mogę podać, że przyjąłem dożywotnio dwie Margaretki za kapłanów: za ks. Witolda Głuszka i Ojca Chrystiana Wójcika cystersa pracującego na misjach w Norwegii.
Moje życie zmieniło się na lepsze: Świadome przeżywanie Mszy Świętej, częste spowiedzi św., przyjęcie szkaplerza św., częste odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia i Różańca św. Wiem że w razie problemów duchowych nie jestem sam, bo Pan dał mi takiego przewodnika. Nie wierze, aby jakiekolwiek skargi innych osób na tego kapłana były uzasadnione. Chcę również podziękować Panu Bogu za mianowanie na Proboszcza Łańcuckiej Fary ks. dr Tadeusza Kocóra, który również pokazał się jako oddany i zaangażowany w sprawy duchowe pasterz. Jest nam niezmiernie przykro, że Łańcut przywitał go niezbyt gościnnie. Mam nadzieje że, to niewielka garstka zagubionych owiec przysporzyła mu tych przykrości. Patrząc na oba przykłady ludzkiej nieżyczliwości poczułem się zobowiązany o tym napisać. Uważam że, nie jest dobrze kiedy ludzie, którzy znają dobro milczą, bo wtedy zło triumfuje. Są też świadectwa innych osób, które w obliczu pomówień dotyczących ks. Witolda Głuszka, również zapragnęły się podzielić swoimi przeżyciami. Z wielkim szacunkiem pozdrawiam i zapewniam o wsparciu modlitewnym z mojej strony.

Łańcut 25.09.2011

Odwiedzin :